środa, 6 stycznia 2021

Asuna XIX


      Talion leżał wygodnie na posłaniu ze skór. Słuchał tego, co mówiła Ssen. Cierpliwie. Bez cienia gniewu, czy jakichkolwiek emocji. Raz tylko wymienili porozumiewawcze spojrzenie z Muką, który również przysłuchiwał się jej relacji stojąc w niedbałej pozie oparty ramieniem o framugę drzwi.
-     -   Mówił, że ja to pomyślałem? Że chcę mu złamać rękę? Tak się wyraził? – zapytał, gdy skończyła.
-       -Taki był sens...
-       - Hm... To oznacza, że… bywa omylny. Albo manipuluje. Doskonale pamiętam tę myśl. Pomyślałem, że jeśli go nie puszczę, złamię mu rękę. Zamierzałem puścić.
-     -   Dary nie manipulują – zaprzeczył Muka.
-     -  No, właśnie…
-      - Mamy przynajmniej pewność, że to się odzywa, gdy chłopak chce się bronić... Lub to chce bronić jego – zauważył Muka.
-       - Nie wiemy nic... Poza tym, że miałem rację. To się nie ulotniło, nie przeszło po prostu na Nithrę – mruknął ponuro Talion. – A twoje założenie, można by to przyjąć, Muka, gdyby nie to, co się stało w Arte, przy brodach. Żaden z Heurów go nie atakował... Odwrotnie... Chcieli mu pomóc.
-       - Znasz to tylko z jego relacji, nie?
-       Niezupełnie. Ale w większości to rzeczywiście jego zeznania – westchnął. – Niemniej porządnie musiałem go wkurzyć, by coś się zaczęło dziać.
-       Nauczył się to hamować... Nawyki... – zaproponował rozwiązanie Muka.
-       To pewnie też... Ale... Ja myślę, że naprawdę powstrzymują go zasady. Ktoś go wyuczył.  
-       Wierzysz, że przekonania są w stanie zrobić coś takiego?
-       Do niedawna nie wierzyłem. Ale teraz dopuszczam tę możliwość. Możliwość, bo jak sam zauważyłeś „dary nie manipulują”. Jeżeli to nie błędna interpretacja, to…
     Muka poczuł, że Ssen przygląda mu się uważnie. Musnął ją wzrokiem i natychmiast uciekł spojrzeniem gdzieś w bok nieporadnie udając, że jego spojrzenie było przypadkowe.
-       Nie ma w nim zła... - podjął Talion. - W chłopaku. Irytuje się, gdy dotykasz jego życia. Jak każdy. Bywa rozgniewany. Ale zła nie ma. Za grosz... Za to, coś co w nim siedzi jest złe – mruknął kwaśno Talion. – Tak to czułem. Nigdy nie spotkałem się z czymś takim...
     Muka zmarszczył brwi nie rozumiejąc o co chodzi Talionowi. Nie istnieją ideały. To zło gdzieś musi być. Im głębiej ukryte, tym groźniejsze. To, o czym mówił Talion musiałoby oznaczać deformację osobowości.
-       On nawet jak atakuje, nie jest twoim wrogiem... - podjął Talion. - Nie w pełni w każdym razie. Ale... To, co jest w nim, jest inne. Stajesz się celem. Tylko celem. Bez emocji. Zupełnie tak, jakby coś spojrzało na ciebie tak jak ty patrzysz na środek tarczy. 
-       Takie to dziwne? Nas też się uczy, że nie powinniśmy ulegać uczuciom... Może Arteńczycy to rozumieją...
-       Nie... – podrapał się zdrową ręką po brodzie. – To trudniejsze...  My po prostu wiemy, że nie powinniśmy... On... Po prostu nie czuje nic. Gdy atakuje. Bo gdy tego nie robi, stara się nie ulegać emocjom, ale nie jest z kamienia. Czuje. Nie umiem tego wyjaśnić...
-       Nie umiesz... – potwierdził Muka.
   Talion zamyślił się.
-       To było jak...Jakby chłopaka już nie było. Jakby zostało coś innego. 
-       Może jakaś sugestia? – wtrąciła Ssen.- Nie wierzę w ten brak uczuć. Obserwuję go... 
-       Nie. Jestem na nią odporny – przypomniał Talion. – Ale ja też nie wierzę. Niemniej to chyba... Coś innego. Ale... Muka... Wyobraź sobie przeciwnika, od którego pragniesz zwycięstwa, którego przewaga cię cieszy, albo napełnia spokojem. Kiedy zbierasz bęcki, jest w porządku…  
-       Próbuję... – mruknął kwaśno. – Ponoć są tacy, którzy cenią sobie ból, poniżenie… Nawet je lubią.
-       Nie – zaprzeczył Talion. – To nie to. On nawet w chwili, gdy uaktywnił się Dziki Dar, nie pozwolił mu na działanie w pełni…
- Mówiłeś, że chłopaka jakby nie było - przypomniała. 
- Właśnie. Ale był. Nie dam rady... - mruknął z rezygnacją. - Jakoś na to wpłynął. Cofną to. Powstrzymał. 
-       Uważasz, że gdyby pozwolił, okazałby się okrutniejszy...
-       Zrobiłby to, co powinien.
-       Kiria... – mruknął Muka. – Dalej nie rozumiem...
-       Mógł go zabić… - mruknęła Ssen. – Powstrzymał Dziki Dar. To próbuje powiedzieć.
   Talion nieznacznie skinął głową. 
-       Dzikich Darów nie da się powstrzymać – zaoponował Muka. – Właśnie dlatego, że są dzikie.
-       No właśnie… - potwierdził Talion zwężając lekko oczy. – Może to coś zupełnie innego?
-       I temu odkryciu warto poświęcić rękę?
-       Poświęcić? Ponoć się zagoi… - mruknął. – Nie dążyłem do poświęceń. Przyszły same. 
-       I nie odkryłeś nic poza pytaniami.
-       Ssen, powiedz... Jak on się zachowuje teraz?- zapytał Muka. 
-       Teraz... Jest przybity. Mało mówi. Mało je. Wykonuje polecenia.
-       Może czas mu zakłócić spokój... – mruknął Muka. – Skoro Talion niczego nie wyjaśnił, może czas zapędzić go do nauki...
-       Czego ty go chcesz, Muka, uczyć?
-       Zacznijmy od zwykłych rzeczy... Cóż mógłbym innego?... 
   Uciekli przed jego spojrzeniem. Równocześnie. Ciążyło im to. Podobnie jak jemu. Ale nie potrafili o tym rozmawiać. 



   Muka oparłszy się o ścianę przyglądał się jak Ssen ściąga znad paleniska kociołek. Odkąd tu wszedł i pozwoliła sobie na okazanie jakiejś radości z tego, że go widzi, nie spojrzała na niego ani raz więcej. Zupełnie jakby gotowanie pochłonęło jej uwagę tak dalece, że zapomniała o wszystkim. Wiedział, że tak nie było. Pewnie bała się tego spotkania. Sam trochę się obawiał. Rzuciła mu w końcu przelotne spojrzenie, za którym zaraz poszło skulenie ramion. Nie powinien milczeć, zdał sobie sprawę, to nie pomaga.
-       Ssen...
-       Usiądź... Dlaczego tak stoisz? Wychodzisz?
       Zawahał się. Taki miał zamiar. Chciał jej powiedzieć, że nie pochwala jej decyzji. Tyle. Nic nad to. Chciał, choć niezupełnie było to zgodne z tym, co myślał naprawdę. Świadomość, że jest tu ktoś, z kim zna się od lat była dość przyjemna. Usiadł.
-       Jesteś głodny? – zapytała wycierając ręce w płachtę lnu.
-       Jestem głodny...
   Uśmiechnęła się lekko i skinęła twierdząco głową.
-       Coś tam dla ciebie znajdę – przemknęła wzrokiem po opasce na jego czole i zorientowała się, że zauważył to spojrzenie. – Chciałabym zobaczyć... – wyjaśniła.
-       Ale nie zobaczysz – uciął chłodno. – Jest dobrze... – mruknął łagodniej.
   Skinęła głową na znak zgody.
-       Obiecali ci wyjaśnić... – zaczęła.
-       Wyjaśnili – mruknął czując, jak mięśnie brzucha reagują skurczem. – Mieli rację twierdząc, że lepiej nie wiedzieć.
-       Wiem – powiedziała spokojnie.
-       Jak to?
-       Wiem i już. Tak to... – skrzywiła się lekko.
-       Nie chcę o tym mówić.  
-       W porządku... Rozumiem – wyczuła jego napięcie.
      Nie było się czemu dziwić. Sięgnęła po zawinięte w len placki zbożowe. Zawahała się. Wiedziała doskonale jaką przewidziano dla niego dietę. Dziękowała nawet bogom, że ona sama nie musi się poddawać podobnym rygorom kulinarnym. Ewentualnie... Nie umrze od tego – uśmiechnęła się lekko i sięgnęła po wędzony ser i szynkę.
-       Masz... – podała mu talerz i siadła naprzeciw.
   Nie zdołał ukryć zadowolenia z jej decyzji. Karmiono go ostatnio niemal wyłącznie jarzynami. Miał tego serdecznie dość.
-       Bardzo nieprzepisowe... – mruknął.
-       I dobre – uśmiechnęła się. – Nie udawaj. Jedz.
   Nie musiała powtarzać.
-       Posłuchaj – usiadła naprzeciw niego. - Chciałam tu pracować między innymi dlatego – mruknęła. – Ktoś musi czasem pomyśleć o tym, na co ty masz ochotę.
   Zakrztusił się. Zaskoczyła go tymi słowami. Spodziewał się, że swoim zwyczajem będzie uciekała od właściwego tematu. Nigdy nie mówiła wprost o tym, że poświęca mu więcej uwagi, niż każdemu innemu. A teraz uśmiechała się. Jakoś tak po prostu. Tyle, że to właśnie do niej nie pasowało.
-       Zdziwiony? Nie powinieneś być... Chyba masz oczy, Muka? Chyba nie byłeś przez te wszystkie lata aż tak ślepy?
    Nie był „aż tak” ślepy. Ale miał nadzieję, że ona nigdy nie zbierze się w sobie, by mówić otwarcie o jakichś uczuciach. Ona też nie była ślepa. Musiała rozumieć, że pomimo iż bardzo ją lubi i za wiele szanuje, to jednak nie podziela jej uczuć. Odsunął talerz. Powiodła spojrzeniem za ruchem jego ręki. I uśmiechnęła się z politowaniem.
-       Muka... – zaczęła zanim cokolwiek zdążył powiedzieć.  – To naiwne. Nie jesteśmy dziećmi. Ja wiem, jak jest. Ty wiesz, jak jest. Odarto nas z wszelkich sentymentów już dawno temu. A czego nie zrobiono nam podczas szkolenia, uczyniliśmy sobie nawzajem... Już dawno nie żyję marzeniami zakochanej w tobie dziewczyny, którą bez wątpienia byłam.
-       Hm... Jakimi więc żyjesz? – zapytał głucho.
      Nigdy się od tego nie potrafił uwolnić... Od uczucia, że właśnie on nie powinien czerpać z tego, co ona miała do zaoferowania... Bo nie mógł dać niczego w zamian. Niczego z tego, co oczekiwała. A jednak było wygodnie sięgać po jej pomoc. Nie zawodziła. W żadnej kwestii. Nie trzeba się było zastanawiać nad szczerością jej intencji. Była zawsze szczera. Jak każdy, kto kocha.
-       Jakimi? Lubię cię mieć na oku. Sprawia mi to egoistyczną przyjemność, gdy wiem co się z tobą dzieje. Niczego więcej nie chcę. Już... Dawno. Rzecz w tym, że ty trochę oślepłeś na to, co się zmienia... – uśmiechnęła się lekko. – Dopuściłeś do siebie myśl, że byłam zakochana, nie zauważyłeś jednak kiedy odpuściłam. Dawno... Parę lat temu, Muka, zrozumiałam, że najwyżej cenię sobie przyjaźń, jaka nas łączy. Że jeżeli będę się upierać przy swoim, ta przyjaźń nie będzie możliwa. Zrozumiałam, że... Nie potrzebuję cię na własność. Ot i co... Nie zauważyłeś...
-       Niezupełnie potrafię uwierzyć.
-       W co? Własną ślepotę, czy naiwność? Co ty sobie, Muka, wyobrażasz na mój temat? Że nie śpię po nocach z miłości do ciebie? Że nie potrafię złączyć się z kimś innym, bo ciągle mam przed oczyma ciebie? Że moje życie stało się przez ciebie niepełne, albo trudniejsze?
   Trafiała bezbłędnie. Tak właśnie sądził. I nie zawsze miał ochotę radzić sobie z tym, że ją unieszczęśliwia w jakiś sposób. Słuchał więc w milczeniu. Roześmiała się.
-       Muka, w tych kwestiach utknąłeś na poziomie nastolatka! – jej oczy rzeczywiście się śmiały. – Zrozumiałam to, jak uciekłeś po raz pierwszy... Nie próbuję cię obrazić... – powiedziała łagodnie widząc jego minę. – Po prostu musimy sobie coś wyjaśnić. Śpię spokojniej, jak wiem, że jesteś cały i zdrowy. To prawda, ale twoja osoba raczej rzadko spędza mi sen z powiek. Chyba, że robisz coś głupiego... No, mniejsza... Byłam z wieloma mężczyznami. Tak wieloma, że to nawet trochę śmieszne, że nigdy z tobą... Ale tu właśnie na przeszkodzie stało nie to, co ja o tobie myślałam, ale to co ty myślisz na mój temat. Zresztą... Twoje istnienie nie przeszkadzało mi w spełnieniu w tych kwestiach i nie wyobrażałam sobie będąc z kimś innym, że jestem z tobą... Byłam też zakochana w kimś innym, czego też nie dostrzegłeś... Zapewniam cię... Moje życie jest pełne i robię w nim zazwyczaj to, na co naprawdę mam ochotę. To, że jestem tutaj ma wprawdzie związek z tobą, ale nie taki, jak ty sądzisz. Uważasz pewnie, że marnuję swoją przyszłość, że mogłabym zajść znacznie dalej, więcej znaczyć. Może trudno ci to pojąć, ale... Nie interesuje mnie to większe znaczenie. Tutaj mam sporo do powiedzenia i moje umiejętności naprawdę się przydają. To cieszy. Dobrze to przemyślałam, zanim podjęłam decyzję. I zrobiłam to dla siebie. Nie dla ciebie. Przynajmniej nie w takim stopniu, byś musiał się obawiać.
-       Chcesz mnie gładką mową wytrącić z przeświadczeń nastolatka? – powiedział chłodno. – Obawiam się, że dobrze przemyślałaś co mi dzisiaj powiedzieć, bym postrzegał sprawy tak, jak ty chcesz bym je widział. Nie przygotowałem się na tę rozmowę tak dobrze jak ty, więc chyba ci w niej nie dorównam...
-       Nie przygotowywałam się na nią, Muka. Próbuję być szczera. Drażnią mnie też niektóre z twoich zachowań. Chciałam uniknąć tej rozmowy równie mocno jak ty, ale jeszcze bardziej nie chcę więcej zastanawiać się, co mogę, a czego nie mogę zrobić, powiedzieć i poczuć w stosunku do najlepszego przyjaciela jakiego kiedykolwiek miałam. Widzisz... Z przyjaźnią jest tak, że niewiele różni się od miłości. To jakieś braterstwo, które łączy dwoje ludzi. Niemniej różnica jest.
-       Zasadnicza – mruknął.
-       Owszem. Kiedy łączy nas miłość, należymy do kogoś. Nawet, gdybyśmy sobie długo tłumaczyli, że druga osoba nie jest naszą własnością i starali się to bardzo szanować, to jednak... My sami w jakiś sposób do niej należymy. Naiwnością jest zakładanie, że można tego uniknąć. W przyjaźni tego nie ma. Wciąż należymy wyłącznie do siebie i ciągle możemy postępować tak, jak ktoś wolny. Robimy wtedy więcej dla siebie i wyłącznie z własnego punktu widzenia. Nikt przecież nie ma o to pretensji. Z czasem dorasta się do takiego momentu, że taki stan rzeczy po prostu bardziej odpowiada, rozumiesz?
-       Chyba tak... – mruknął.
   Popatrzył na nią. Nie uśmiechała się, ale też nie wyglądała na kogoś, komu ciężko przechodzą przez gardło podobne prawdy. Przygryzł wargi. Uczucia miał mieszane. To, co powiedziała było właściwie wszystkim, co mógłby chcieć w ich relacjach. Zbyt dokładnie wszystkim, dlatego temu nie ufał.
-       Co najbardziej cię dręczy po tym, co usłyszałeś? – zapytała po chwili milczenia.
-       Co? Chyba to, że nadal nie mogę w tym polubić siebie, czy raczej swojej roli, Ssen.
  Uśmiechnęła się lekko.
-       Spróbuj polubić, bo ja przestanę lubić ciebie. Dla mnie ta sytuacja też jest męcząca.
-       Potrafiłabyś?
-       Owszem, Muka. Dziś jestem cholernie bliska tego, by oczekiwać od ciebie tego, co od wszystkich...
-       Czyli?
-       Tu, w Drugim Domu, jestem arcykapłanką, Muka. Inni jak przychodzą po pomoc, zwracają się najpierw z prośbą, by zezwolono im na spotkanie ze mną, a gdy wchodzą rozmowę zaczynają od pokłonu. Niskiego.
-       Da się załatwić – najeżył się nagle.
-       Nie bądź śmieszny – uspokoiła go kolejnym uśmiechem. – Byłoby bardzo trudne.
-       Niekoniecznie... – mruknął kwaśno. – A może nawet pomocne.
-       Wątpię – westchnęła i wstała.
   Wróciła po chwili i postawiła przed nim butelkę.
-       Napij się, jeśli nie możesz tego wszystkiego przyjąć na trzeźwo...
-       Nie obrażaj mnie.
-       Nie próbuję nawet – roześmiała się cicho i sama nalała sobie do kubka wina. – Nie będę przecież piła sama.
-       Wolałbym najpierw zjeść... – mruknął.
-       Poczekam – odstawiła kubek.
-       Czekaj – uśmiechnął się krzywo i wzruszył ramionami.
   Sięgnął ponownie po talerz. Popatrzył na nią z niechęcią. Udawaną. Nawet jeśli dziś kłamała, to przecież trudno byłoby nie docenić. Jeśli nie udawała... Poczuł jakieś ukłucie. Cóż, adoracja zawsze mile łechta ego. Uśmiechnął się krzywo. Były czasy, gdy upijali się razem. Potrafiła wtedy porządnie nabroić. Rzeczywiście, trochę jak dzieci... – pomyślał spokojniej.

    Leżała w niedbałej pozie. Nakryta jedynie cienką materią. Ignorował to ciało tak długo? Ciekawe… Dziś nie do końca miał ochotę to robić. Było naprawdę piękne.
-       Odkąd wiedziałaś? – zapytał nagle.
   Przekręciła się na bok i popatrzyła na niego sennie.
-       O twojej przeszłości?
-       Ha...
-       Od... Chyba od zawsze. Odkąd cię poznałam. Może nawet zanim... Bo zanim cię przywlekli, był ktoś kto raportował. Nie pamiętam kto.
-       Dlaczego nie powiedziałaś?
-       A po co? Jakie to niby ma znaczenie… – mruknęła.
-       I mimo to...
-       Nie miałeś na to wpływu, Muka – ucięła zamykając demonstracyjnie oczy.
  Po chwili zasnęła. Przez chwilę patrzył na nią w zamyśleniu. Ostateczna próba przyjaźni? – zadał sobie pytanie tuż przed zaśnięciem. – Zobaczymy...

czwartek, 16 lipca 2020

Asuna XVIII


***
   Asuna ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał się szkoleniu na Placu. Nie do końca podobało mu się to, co zobaczył. Wyglądało to tak, jakby ktoś wierzył, że przy pomocy identycznych chwytów, uników i ataków można było pokonać każdego. Wszyscy wykonywali te same ruchy, w jednakowym rytmie i ze zbliżoną siłą.
-      -  Podoba ci się?
     Wysoki mężczyzna  przyglądał mu się już od dłuższego czasu. Wiedział o tym i o fakcie, że to tylko kwestia czasu, zanim się odezwie. Widać czas nadszedł. Nadchodził każdego dnia kilkukrotnie. Regularnie. I zawsze zaczynało się od tego patrzenia.
-     -  Niespecjalnie... – mruknął odwracając się do niego.
    Tamten ubrany był tak, jak tutaj wszyscy. Szerokie spodnie związane w kostkach, wpuszczone do wysokich, miękkich butów. Na to obszerna szata, z licznymi wiązaniami. Jej obszerne rękawy przewiązane krzyżowo od nadgarstków po łokcie rzemieniem. Długi, szeroki pas materiału oplatający kilkukrotnie biodra. Wszystko w jednym kolorze. Ciemnym. Trochę ziemistym. To swoiste umundurowanie też nie przypadło mu do gustu. Nie lubił takiego powielania. Może to tylko na pewnym etapie – pomyślał. Ci, którzy przybyli po niego nie razili podobną jednolitością. Byli ubrani podobnie, ale nie tak samo.
-       Hm... – oczy tamtego zwęziły się lekko. W uśmiechu. – Rzadko można usłyszeć podobne odpowiedzi. Nawet tutaj, w Pierwszym Domu.
-       Dziwi mnie to – mruknął Asuna. – Czemu niby ma służyć taki taniec? Liczycie, że wasi wrogowie dadzą się poprowadzić w walce, jak kobiety na balu?
-       Kobiety? Na balu? Nawet one nie zawsze chętnie... – uśmiechnął się szerzej.- O ile wiem... - podrapał się po skroni. - Właściwie mamy marne w tym doświadczenie. 
       Ten uśmiech nie był sympatyczny, bo sztuczny.
-       Co cię śmieszy?
-       Jak myślisz, za co ceni się Nitthor Tah?
-       Zależy gdzie... W Arte się nie ceni – mruknął niechętnie.
-       Bo jest pokój – odpowiedział tamten chłodno. – Ale może rzeczywiście źle postawiłem pytanie. Co w nich jest takiego, że w ogóle się ich zauważa bardziej niż innych?
-       Zabijają – Asuna zacisnął szczęki. – Wiedzą o tym wszyscy. Robią to szybko, bez przeszkód, cicho.
      Jego rozmówca westchnął ciężko i pokiwał z dezaprobatą głową.
-       Po to tu się znalazłeś? Żeby tak zabijać?
-       Nie znalazłem się tu z własnej woli!
-       Wiem... Nie podnoś głosu. Pomyśl, co cię tu sprowadziło...
-       Tacy jak ty...
-       Lepsi – odparł spokojnie. – Ale sprowadzili cię po to właśnie, byś zbyt wielu nie zabił. O ile wiem, sam ostatecznie wyraziłeś na to zgodę. Masz tak krótką pamięć? Ból mija i zapominasz o zagrożeniu jakie stanowiłeś?
     Asuna spuścił głowę. Nie zapominał. Ani na chwilę. Bał się, że to wróci. Po prostu był już rozdrażniony czekaniem. Przywieziono go tutaj, pokazano gdzie może spać, jeść, umyć się i na tym koniec. Ten zaś go prześladował. Swoimi pytaniami, kazaniami, mądrościami. Teraz patrzył na niego z ukosa jakby czekał na odpowiedź, ale nie czekał. Tych spotkań wystarczyło, by Asuna wiedział, że zaraz i tak podejmie swój monolog. Będą słowa. Dużo słów. Takich, które są obojętne, które drażnią.  
-       Chodź ze mną, coś ci pokażę...
-       Nie chcę.
-       Bo?
-       Bo nie masz nic do pokazania, a to, co zechcesz pokazać, to zło.
-       Zło?!
    Mężczyzna odwrócił się gwałtownie zaciskając dłonie w pięści. Pełne gniewu spojrzenie uderzyło w Asunę z taką siła, że ten poczuł je fizycznie. Tym razem go to nie zdziwiło. Już dano mu to poznać.  Tamten miał zdolność przetwarzania emocji na coś fizycznego. Gdy wybuchał złością, czasem oznaczało to ból, innym razem przynosiło to osłabienie, zamroczenie. Różnie. Otrząsnął się szybko z wrażenia i powoli uniósł dłoń, by otrzeć krew cieknącą z nosa. Bo tym razem tak. Znów – pomyślał obojętnie. – Tak samo jak za każdym razem. Trochę będzie się pastwić i pójdzie.
    A jednak rozumiał, że każde kolejne spotkanie z tym wojownikiem pustoszyło jego organizm. Czuł to. Po jego wizytach był słabszy. Sen nie wyrównywał tego, co ubyło. A chciało się spać. Trzy wizyty, to trzy drzemki. Konieczne, bo nie sposób było utrzymać się na nogach. Instynktownie odbierał kolejne sygnały, jakimi jego ciało komunikowało o tym, że emocje tamtego stają się śmiertelnie niebezpieczne.  Instynktownie, bo Asuna nie potrafił dokładnie sprecyzować tego, co się działo. Brakowało mu słów, którymi choćby w myślach można było nazywać kolejne z zachodzących zmian.
-       Zło, Arteńczyku?!– wycedził. – Nie jesteś wart życia skoro nadal myślisz w ten sposób. Nie zamierzam troszczyć się o twoją kondycję. Żyjesz tylko dlatego, że Nithra uparł się, by tak było. Nie rozumiem jego motywów i nie obchodzą mnie. Muszę zrobić swoje, bo taki mam rozkaz, ale nic nad to. Dla mnie... – przykucnął przed Asuną – osoby twojego pokroju to odpady... A śmieci należałoby się raczej pozbywać niż je gromadzić, czyż nie?
      Prowokowanie sprawiało mu jakąś osobliwą przyjemność. Asuna zauważył to już podczas pierwszego spotkania, ale każde kolejne zdawało się intensywniejsze pod tym względem. Nie w pełni pojmował powód tej niechęci. Owszem, nie deklarował ani sympatii, ani zachwytu formacją do której tamten należał. Nie robił tego w stosunku do nikogo, kogo tutaj spotkał. A jednak tylko ten okazywał tak wiele wrogości. Tylko on zaczepiał, prowokował, zadawał dodatkowy ból. To, choćby z racji braku jakichkolwiek innych działań było na swój sposób interesujące, bo inne. Chciał wiedzieć dlaczego tamten odnosi się do niego w taki sposób. Czym dał mu prawo. Nawet jemu było trudno uwierzyć, że sam fakt iż pochodzi z Pogranicza jest wystarczająco mocnym argumentem, by ktoś tak się zachowywał. I myślał. Poglądy? Nie były nim pewnie też poglądy, nastawienie do tej formacji choćby dlatego, że przecież powiedziano mu, że większość z tych, która tu trafia nie pała sympatią ani do samych Nitthor Tah, ani tym bardziej do przymusu, by pośród nich żyć. Znosił więc te wizyty i zaczepki spokojnie. Obserwując. Tamten nie dawał za wygraną, sięgał coraz głębiej do osobistych spraw, coraz skuteczniej ranił. I rzeczywiście budził gniew. Prawdziwy, taki, którego nie chciało się już powstrzymywać. Nawet jeśli miałoby to oznaczać zabijanie.
-       Najlepszą rzecz, jaka została w ciebie wpisana oceniłeś przez pryzmat prymitywnych przesądów i doszedłeś do wniosku, śmieciu, że jest zła! Przypominasz mi chorego Heura, któremu dano do rąk księgę z dokładnym opisem leczenia jego choroby, a którą on wykorzysta na podpałkę w chwili, gdy śmiercionośna gorączka omami dreszczami. To tak głupie, że wywołujące obrzydzenie, wiesz?
      Nitthor Tah. Myślał o nich pewnie jak większość tych, którzy życie spędzili na Pograniczu. Jeśli się pojawiali, to po to, by kontrolować lub karać. W karczmie powtarzano opowieści o masakrach urządzanych przez nich. O szemranych interesach. O jego rodzinie. Tej, której nie znał, ale przecież do niej przynależał. Mówiono, że niosą zagładę i cierpienie, że nie znają litości, że odwołują się do najstraszniejszych z sił jakie istnieją w świecie. Tak starych i tak strasznych, że brzydzono się nimi. Tyle, że dotąd jego osobista niechęć rosła jedynie na słowach, nie na konkretach. Teraz je zyskiwał. Potwierdzało się wszystko to, o czym mówiono. O okrucieństwie, o pysze. O pogardzie. Zyskiwał racjonalne podstawy do gniewu. Własne.
-       Ty cały nie jesteś nawet w setnej części warty tyle ile to, co mianowałeś „złem”! Twój Dar, to jedyna doskonałość w tobie. Jedyna rzecz, która sprawia, że można nie rzygać na twój widok, głupcze!
    Emocje mężczyzny znów siekły bólem. Tym razem nie chciało mu się ocierać krwi, pozwolił jej płynąć swobodnie. Zacisnął szczęki. Odruchowo nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że w ten sposób staje się dla tamtego aż nadto czytelny. Podniósł oczy. Jeszcze parę słów – pomyślał patrząc na tamtego. – Parę słów. Nie uchwycił, że w myśli pojawiła się zachęta. Chłodna, pełna satysfakcji. Taka, jakiej sam nie chciałby wyrazić. 
-       No i co, synku? Chciałbyś coś powiedzieć? – zakpił mężczyzna. – Myślisz może, że masz niepowtarzalną okazję nauczyć mnie moresu? – przeniósł wzrok na zaciśnięte pięści chłopaka. – No, zrób coś? Rad byłbym...
   Asuna drgnął lekko i zastygł w bezruchu. Nie chciał zrobić niczego, z czego tamten mógłby być rad. Nie w tej chwili. Czuł, że skuwa go obojętność. Chłodna. Niezdolna do współczucia. Czekał. Nie mając pojęcia na co.
-       Kiria! Jakiś ty głupi! – syknął tamten. – Nie przekonałem cię, tak?... – potrząsnął z niedowierzaniem głową i wstał. - Wielu już widziałem, ale jesteś pierwszym, którego miałbym naprawdę ochotę zabić. Za głupotę. No nic... Więc jeszcze raz spróbuję... Tam, w Arte elitę stanowią ci, którzy choćby w minimalnym stopniu opanowali swój Dar, nieprawdaż? W twojej osadzie też tacy byli. Szanowny braciszek, kto wie, czy nie tatuś. Któraś z siostrzyczek? Twoja rodzina zasłynęła z tego – skrzywił się w brzydkim uśmiechu. - Rodzą się w każdym razie tam jeszcze z Darami. Szkoda, że wśród kretynów, którzy zamiast powierzyć szkolenie w tej materii fachowcom, biorą się za to sami... Dzieci we mgle... Perły w gnojowisku.  
   Roześmiał się widząc jak mięśnie na ramionach Arteńczyka powoli się napinają.
-       Te Dary niczym się nie różnią od tych, które wykorzystujemy my...
-       Służą obronie... – wycedził nagle Asuna.
   Cicho. Stanowczo. I tak czysto, że było oczywiste, że brzmi w nich tylko jedno uczucie. Gniew, który nawet nie miał być tajony. Talion zmarszczył lekko brwi. I skoncentrował się. Zbyt dobrze wiedział z kim ma do czynienia i jak naprawdę niebezpieczne jest jego zadanie. Niemniej musiał wykonać to, co mu zlecono.
-       Tutejsze także bronią. Ale nie ograniczają się do obrony małego fragmentu Pogranicza albo garstki wybranych z rodzinki…  Rozciągają się nad całą Hantrą. Zrozum to, szczeniaku – odruchowo ostudził odrobinę ton swego głosu. – Im mniej dobrochciejstwa, tym lepiej. Ta twoja rodzinka…
   Absolutnie nie mógłby powiedzieć, że potrafi zachować spokój. Zbliżali się do końca tych osobliwych lekcji. Końca tak samo nieprzewidywalnego dla tamtego chłopaka, jak i dla niego samego. Jeszcze chwilę – pomyślał Talion walcząc z chęcią nerwowego przełknięcia śliny.  
-       Och! Nie daj się prosić – roześmiał się pogardliwie. – Wyjaśnij mi czym jest dobro, czym zło... – Nic. Milczenie i zaciśnięte szczęki. - Dzieci we mgle – powtórzył przez zaciśnięte zęby. – Naiwne, głupiutkie dzieci posługujące się logiką czterolatka, dzielące rzeczy tego świata na dobre i złe. Marnujące szanse i wierzące we własny niekonsekwentny system wartości.
       Asuna przełknął krew, która zalała mu usta. Tym razem pozwolił sobie na skulenie się. Poczuł jak po policzkach spływają łzy nie mające nic wspólnego ze smutkiem, czy bezsilnością. Po prostu były naturalną reakcją na nadmiar bólu. Nic więcej. Taką jak wtedy, gdy zaprószysz oczy.
-       Śmieciu! – mruknął tamten i ponownie zbliżył się do niego. – Mam cię dość. Mam dość tłumaczenia ci tego wszystkiego. Pokażę ci. No, już!
    Zdecydował się nagle. Musiał. Później mogłoby to stać się zbyt trudne. Doskoczył do chłopaka i złapał jego rękę w nadgarstku, by poderwać go z ziemi. Zobaczył zaskoczenie w oczach i nim zdążył je zrozumieć, uderzył w twarz. Mocno. Mocniej niż zamierzał. Głowa Asuny odskoczyła w bok. I nic. Zupełnie nic. Nie puszczał jego ręki. Poczuł pod palcami ruch mięśni. Wzmocnił uścisk. Chłopak szarpnął rękę. Jakoś tak miękko. Potem silniej. Podkurczył nogi i skręcił ciało.
-       Zobaczysz, gówniarzu! – warknął rozumiejąc co tamten zamierza zrobić.
  Szybkim ruchem, nim Asuna cokolwiek zdążył zrobić, wykręcił rękę chłopaka. Stawy chrupnęły ostrzegawczo. Talion warknął z wysiłku. Siła z jaką opierał się Arteńczyk znacznie przerosła jego oczekiwania. Jeśli nie puszczę – pomyślał – połamię mu rękę.

Asuna!
Wystarczy wiedzieć!
 
         Otworzył szeroko oczy i popatrzył na tamtego. A potem warknął znów. Z wysiłku. I bólu.
    -      Dobrze… - wydyszał Talion puszczając go. – Już wiem… To nadal jest…




***

-       To boli... Nie rób... – wyjęczał Talion odpychając dłoń, która badała jego rękę.
   Bolało. Bez wątpienia. Ssen po raz kolejny zanurzyła zakrwawiony płat materiału w misce z wodą i wykręciwszy go starannie na nowo poczęła oczyszczać skórę wokół rany. Tylko po to, by móc zobaczyć, co właściwie się stało. Nadal było to niemożliwe. Zbyt mocno krwawił. Zaraz powinien ktoś być. Posłali niemal natychmiast po medyka z głównej świątyni. Rzuciła na bok materiał i założyła ucisk, by przynajmniej powstrzymać trochę krwawienie.
-       Proszę... – jęknął tracąc przytomność.
     Popatrzyła na Asunę. Leżał zwinięty w kłębek, z szeroko otwartymi oczyma i wpatrywał się w jakąś nieistniejącą dal. Twarz miał nieruchomą. Odprężoną. Tak przynajmniej to wyglądało. A to co? – pomyślała. - Wyrzuty sumienia, czy zadowolenie?
-       Asuna... Co ci jest?
    Zamrugał oczyma jak ktoś, kto nagle został wyrwany z drzemki. Przez chwilę nie odpowiadał.
-       Mi? Nic… - zbladł siadając. - Pomożesz mu? – wykrztusił wreszcie i natychmiast zacisnął wargi, jakby wstydził się swego pytania.  
     A zatem nie upajał się własną potęgą. Odwróciła wzrok.
-       Trochę. Nie do końca...
-       Cierpi...
-       Teraz nie. Stracił przytomność.
-       Posłuchaj... Kiedy mnie tu sprowadzili był taki... Nie pamiętam jak miał na imię. Jakoś przejął mój ból. Wiesz jak to się robi?
     Wróciła bez słowa do pracy. Wiedziała jak to się robi i jak na imię miał ten, który uczynił to dla niego. I to, że Asuna właśnie załatwił kogoś, kogo tamten przysłał. To otwarte złamanie, prawdopodobnie w kilku miejscach. Jaka była szansa, by Talion odzyskał sprawność? Bał się tego zadania. Codziennie bardziej. Ale on jeden uparcie utrzymywał, że Nithra nie przejął Dzikiego Daru. Że ten nadal jest w chłopaku. Drzemie, tak powiedział. Dlatego padło owo: "Sprawdź zatem." 
-       Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała głucho.
-       To właściwie... Zrobił on...
-       Ejże! – zaprotestowała.
-       To... Była jego myśl... Przeznaczona dla mnie. Pomyślał, że złamie mi rękę. Potem straciłem kontrolę...
-       Wiesz kim on jest?
-       To jeden z Nitthor Tah... Tych, co już się nie uczą.
-       Ha... – mruknęła. – Rzeczywiście już się nie uczy. Od dawna. Należy do Stu. Wiesz kto to?
-       Nie. Ale… To nie ja... To on... – powtórzył z wyrazem uporu na twarzy.
-       Tak się usprawiedliwiasz?
-       Usprawiedliwiam? – był zdziwiony. – A... On... – uderzył się lekko w skroń. – Głos. Coś, co jest w moim łbie. Co myślałem, że już go nie ma…  Po prostu pomógł mi zrozumieć, co tamten myśli, co chce zrobić... To szybciej -  zacisnął szczęki. – Szybciej niż oprawca.
-       To nie oprawca – powiedziała cicho. – Dostał rozkaz….
-       Żeby połamać mi ręce? – warknął.
      Popatrzyła na niego z powątpiewaniem. Talion chciał mu połamać ręce? Za co? Nie ważne. Do pomieszczenia weszła szybkim krokiem kapłanka głównej świątyni. Nie wysiliła się na jakiekolwiek przywitanie. Obrzuciła niechętnym spojrzeniem Asunę i przeniosła wzrok na Taliona.
-       Wyjdźcie – mruknęła.
-       Chodź, Asuna... – mruknęła Ssen.