czwartek, 16 lipca 2020

Asuna XVIII


***
   Asuna ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał się szkoleniu na Placu. Nie do końca podobało mu się to, co zobaczył. Wyglądało to tak, jakby ktoś wierzył, że przy pomocy identycznych chwytów, uników i ataków można było pokonać każdego. Wszyscy wykonywali te same ruchy, w jednakowym rytmie i ze zbliżoną siłą.
-      -  Podoba ci się?
     Wysoki mężczyzna  przyglądał mu się już od dłuższego czasu. Wiedział o tym i o fakcie, że to tylko kwestia czasu, zanim się odezwie. Widać czas nadszedł. Nadchodził każdego dnia kilkukrotnie. Regularnie. I zawsze zaczynało się od tego patrzenia.
-     -  Niespecjalnie... – mruknął odwracając się do niego.
    Tamten ubrany był tak, jak tutaj wszyscy. Szerokie spodnie związane w kostkach, wpuszczone do wysokich, miękkich butów. Na to obszerna szata, z licznymi wiązaniami. Jej obszerne rękawy przewiązane krzyżowo od nadgarstków po łokcie rzemieniem. Długi, szeroki pas materiału oplatający kilkukrotnie biodra. Wszystko w jednym kolorze. Ciemnym. Trochę ziemistym. To swoiste umundurowanie też nie przypadło mu do gustu. Nie lubił takiego powielania. Może to tylko na pewnym etapie – pomyślał. Ci, którzy przybyli po niego nie razili podobną jednolitością. Byli ubrani podobnie, ale nie tak samo.
-       Hm... – oczy tamtego zwęziły się lekko. W uśmiechu. – Rzadko można usłyszeć podobne odpowiedzi. Nawet tutaj, w Pierwszym Domu.
-       Dziwi mnie to – mruknął Asuna. – Czemu niby ma służyć taki taniec? Liczycie, że wasi wrogowie dadzą się poprowadzić w walce, jak kobiety na balu?
-       Kobiety? Na balu? Nawet one nie zawsze chętnie... – uśmiechnął się szerzej.- O ile wiem... - podrapał się po skroni. - Właściwie mamy marne w tym doświadczenie. 
       Ten uśmiech nie był sympatyczny, bo sztuczny.
-       Co cię śmieszy?
-       Jak myślisz, za co ceni się Nitthor Tah?
-       Zależy gdzie... W Arte się nie ceni – mruknął niechętnie.
-       Bo jest pokój – odpowiedział tamten chłodno. – Ale może rzeczywiście źle postawiłem pytanie. Co w nich jest takiego, że w ogóle się ich zauważa bardziej niż innych?
-       Zabijają – Asuna zacisnął szczęki. – Wiedzą o tym wszyscy. Robią to szybko, bez przeszkód, cicho.
      Jego rozmówca westchnął ciężko i pokiwał z dezaprobatą głową.
-       Po to tu się znalazłeś? Żeby tak zabijać?
-       Nie znalazłem się tu z własnej woli!
-       Wiem... Nie podnoś głosu. Pomyśl, co cię tu sprowadziło...
-       Tacy jak ty...
-       Lepsi – odparł spokojnie. – Ale sprowadzili cię po to właśnie, byś zbyt wielu nie zabił. O ile wiem, sam ostatecznie wyraziłeś na to zgodę. Masz tak krótką pamięć? Ból mija i zapominasz o zagrożeniu jakie stanowiłeś?
     Asuna spuścił głowę. Nie zapominał. Ani na chwilę. Bał się, że to wróci. Po prostu był już rozdrażniony czekaniem. Przywieziono go tutaj, pokazano gdzie może spać, jeść, umyć się i na tym koniec. Ten zaś go prześladował. Swoimi pytaniami, kazaniami, mądrościami. Teraz patrzył na niego z ukosa jakby czekał na odpowiedź, ale nie czekał. Tych spotkań wystarczyło, by Asuna wiedział, że zaraz i tak podejmie swój monolog. Będą słowa. Dużo słów. Takich, które są obojętne, które drażnią.  
-       Chodź ze mną, coś ci pokażę...
-       Nie chcę.
-       Bo?
-       Bo nie masz nic do pokazania, a to, co zechcesz pokazać, to zło.
-       Zło?!
    Mężczyzna odwrócił się gwałtownie zaciskając dłonie w pięści. Pełne gniewu spojrzenie uderzyło w Asunę z taką siła, że ten poczuł je fizycznie. Tym razem go to nie zdziwiło. Już dano mu to poznać.  Tamten miał zdolność przetwarzania emocji na coś fizycznego. Gdy wybuchał złością, czasem oznaczało to ból, innym razem przynosiło to osłabienie, zamroczenie. Różnie. Otrząsnął się szybko z wrażenia i powoli uniósł dłoń, by otrzeć krew cieknącą z nosa. Bo tym razem tak. Znów – pomyślał obojętnie. – Tak samo jak za każdym razem. Trochę będzie się pastwić i pójdzie.
    A jednak rozumiał, że każde kolejne spotkanie z tym wojownikiem pustoszyło jego organizm. Czuł to. Po jego wizytach był słabszy. Sen nie wyrównywał tego, co ubyło. A chciało się spać. Trzy wizyty, to trzy drzemki. Konieczne, bo nie sposób było utrzymać się na nogach. Instynktownie odbierał kolejne sygnały, jakimi jego ciało komunikowało o tym, że emocje tamtego stają się śmiertelnie niebezpieczne.  Instynktownie, bo Asuna nie potrafił dokładnie sprecyzować tego, co się działo. Brakowało mu słów, którymi choćby w myślach można było nazywać kolejne z zachodzących zmian.
-       Zło, Arteńczyku?!– wycedził. – Nie jesteś wart życia skoro nadal myślisz w ten sposób. Nie zamierzam troszczyć się o twoją kondycję. Żyjesz tylko dlatego, że Nithra uparł się, by tak było. Nie rozumiem jego motywów i nie obchodzą mnie. Muszę zrobić swoje, bo taki mam rozkaz, ale nic nad to. Dla mnie... – przykucnął przed Asuną – osoby twojego pokroju to odpady... A śmieci należałoby się raczej pozbywać niż je gromadzić, czyż nie?
      Prowokowanie sprawiało mu jakąś osobliwą przyjemność. Asuna zauważył to już podczas pierwszego spotkania, ale każde kolejne zdawało się intensywniejsze pod tym względem. Nie w pełni pojmował powód tej niechęci. Owszem, nie deklarował ani sympatii, ani zachwytu formacją do której tamten należał. Nie robił tego w stosunku do nikogo, kogo tutaj spotkał. A jednak tylko ten okazywał tak wiele wrogości. Tylko on zaczepiał, prowokował, zadawał dodatkowy ból. To, choćby z racji braku jakichkolwiek innych działań było na swój sposób interesujące, bo inne. Chciał wiedzieć dlaczego tamten odnosi się do niego w taki sposób. Czym dał mu prawo. Nawet jemu było trudno uwierzyć, że sam fakt iż pochodzi z Pogranicza jest wystarczająco mocnym argumentem, by ktoś tak się zachowywał. I myślał. Poglądy? Nie były nim pewnie też poglądy, nastawienie do tej formacji choćby dlatego, że przecież powiedziano mu, że większość z tych, która tu trafia nie pała sympatią ani do samych Nitthor Tah, ani tym bardziej do przymusu, by pośród nich żyć. Znosił więc te wizyty i zaczepki spokojnie. Obserwując. Tamten nie dawał za wygraną, sięgał coraz głębiej do osobistych spraw, coraz skuteczniej ranił. I rzeczywiście budził gniew. Prawdziwy, taki, którego nie chciało się już powstrzymywać. Nawet jeśli miałoby to oznaczać zabijanie.
-       Najlepszą rzecz, jaka została w ciebie wpisana oceniłeś przez pryzmat prymitywnych przesądów i doszedłeś do wniosku, śmieciu, że jest zła! Przypominasz mi chorego Heura, któremu dano do rąk księgę z dokładnym opisem leczenia jego choroby, a którą on wykorzysta na podpałkę w chwili, gdy śmiercionośna gorączka omami dreszczami. To tak głupie, że wywołujące obrzydzenie, wiesz?
      Nitthor Tah. Myślał o nich pewnie jak większość tych, którzy życie spędzili na Pograniczu. Jeśli się pojawiali, to po to, by kontrolować lub karać. W karczmie powtarzano opowieści o masakrach urządzanych przez nich. O szemranych interesach. O jego rodzinie. Tej, której nie znał, ale przecież do niej przynależał. Mówiono, że niosą zagładę i cierpienie, że nie znają litości, że odwołują się do najstraszniejszych z sił jakie istnieją w świecie. Tak starych i tak strasznych, że brzydzono się nimi. Tyle, że dotąd jego osobista niechęć rosła jedynie na słowach, nie na konkretach. Teraz je zyskiwał. Potwierdzało się wszystko to, o czym mówiono. O okrucieństwie, o pysze. O pogardzie. Zyskiwał racjonalne podstawy do gniewu. Własne.
-       Ty cały nie jesteś nawet w setnej części warty tyle ile to, co mianowałeś „złem”! Twój Dar, to jedyna doskonałość w tobie. Jedyna rzecz, która sprawia, że można nie rzygać na twój widok, głupcze!
    Emocje mężczyzny znów siekły bólem. Tym razem nie chciało mu się ocierać krwi, pozwolił jej płynąć swobodnie. Zacisnął szczęki. Odruchowo nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że w ten sposób staje się dla tamtego aż nadto czytelny. Podniósł oczy. Jeszcze parę słów – pomyślał patrząc na tamtego. – Parę słów. Nie uchwycił, że w myśli pojawiła się zachęta. Chłodna, pełna satysfakcji. Taka, jakiej sam nie chciałby wyrazić. 
-       No i co, synku? Chciałbyś coś powiedzieć? – zakpił mężczyzna. – Myślisz może, że masz niepowtarzalną okazję nauczyć mnie moresu? – przeniósł wzrok na zaciśnięte pięści chłopaka. – No, zrób coś? Rad byłbym...
   Asuna drgnął lekko i zastygł w bezruchu. Nie chciał zrobić niczego, z czego tamten mógłby być rad. Nie w tej chwili. Czuł, że skuwa go obojętność. Chłodna. Niezdolna do współczucia. Czekał. Nie mając pojęcia na co.
-       Kiria! Jakiś ty głupi! – syknął tamten. – Nie przekonałem cię, tak?... – potrząsnął z niedowierzaniem głową i wstał. - Wielu już widziałem, ale jesteś pierwszym, którego miałbym naprawdę ochotę zabić. Za głupotę. No nic... Więc jeszcze raz spróbuję... Tam, w Arte elitę stanowią ci, którzy choćby w minimalnym stopniu opanowali swój Dar, nieprawdaż? W twojej osadzie też tacy byli. Szanowny braciszek, kto wie, czy nie tatuś. Któraś z siostrzyczek? Twoja rodzina zasłynęła z tego – skrzywił się w brzydkim uśmiechu. - Rodzą się w każdym razie tam jeszcze z Darami. Szkoda, że wśród kretynów, którzy zamiast powierzyć szkolenie w tej materii fachowcom, biorą się za to sami... Dzieci we mgle... Perły w gnojowisku.  
   Roześmiał się widząc jak mięśnie na ramionach Arteńczyka powoli się napinają.
-       Te Dary niczym się nie różnią od tych, które wykorzystujemy my...
-       Służą obronie... – wycedził nagle Asuna.
   Cicho. Stanowczo. I tak czysto, że było oczywiste, że brzmi w nich tylko jedno uczucie. Gniew, który nawet nie miał być tajony. Talion zmarszczył lekko brwi. I skoncentrował się. Zbyt dobrze wiedział z kim ma do czynienia i jak naprawdę niebezpieczne jest jego zadanie. Niemniej musiał wykonać to, co mu zlecono.
-       Tutejsze także bronią. Ale nie ograniczają się do obrony małego fragmentu Pogranicza albo garstki wybranych z rodzinki…  Rozciągają się nad całą Hantrą. Zrozum to, szczeniaku – odruchowo ostudził odrobinę ton swego głosu. – Im mniej dobrochciejstwa, tym lepiej. Ta twoja rodzinka…
   Absolutnie nie mógłby powiedzieć, że potrafi zachować spokój. Zbliżali się do końca tych osobliwych lekcji. Końca tak samo nieprzewidywalnego dla tamtego chłopaka, jak i dla niego samego. Jeszcze chwilę – pomyślał Talion walcząc z chęcią nerwowego przełknięcia śliny.  
-       Och! Nie daj się prosić – roześmiał się pogardliwie. – Wyjaśnij mi czym jest dobro, czym zło... – Nic. Milczenie i zaciśnięte szczęki. - Dzieci we mgle – powtórzył przez zaciśnięte zęby. – Naiwne, głupiutkie dzieci posługujące się logiką czterolatka, dzielące rzeczy tego świata na dobre i złe. Marnujące szanse i wierzące we własny niekonsekwentny system wartości.
       Asuna przełknął krew, która zalała mu usta. Tym razem pozwolił sobie na skulenie się. Poczuł jak po policzkach spływają łzy nie mające nic wspólnego ze smutkiem, czy bezsilnością. Po prostu były naturalną reakcją na nadmiar bólu. Nic więcej. Taką jak wtedy, gdy zaprószysz oczy.
-       Śmieciu! – mruknął tamten i ponownie zbliżył się do niego. – Mam cię dość. Mam dość tłumaczenia ci tego wszystkiego. Pokażę ci. No, już!
    Zdecydował się nagle. Musiał. Później mogłoby to stać się zbyt trudne. Doskoczył do chłopaka i złapał jego rękę w nadgarstku, by poderwać go z ziemi. Zobaczył zaskoczenie w oczach i nim zdążył je zrozumieć, uderzył w twarz. Mocno. Mocniej niż zamierzał. Głowa Asuny odskoczyła w bok. I nic. Zupełnie nic. Nie puszczał jego ręki. Poczuł pod palcami ruch mięśni. Wzmocnił uścisk. Chłopak szarpnął rękę. Jakoś tak miękko. Potem silniej. Podkurczył nogi i skręcił ciało.
-       Zobaczysz, gówniarzu! – warknął rozumiejąc co tamten zamierza zrobić.
  Szybkim ruchem, nim Asuna cokolwiek zdążył zrobić, wykręcił rękę chłopaka. Stawy chrupnęły ostrzegawczo. Talion warknął z wysiłku. Siła z jaką opierał się Arteńczyk znacznie przerosła jego oczekiwania. Jeśli nie puszczę – pomyślał – połamię mu rękę.

Asuna!
Wystarczy wiedzieć!
 
         Otworzył szeroko oczy i popatrzył na tamtego. A potem warknął znów. Z wysiłku. I bólu.
    -      Dobrze… - wydyszał Talion puszczając go. – Już wiem… To nadal jest…




***

-       To boli... Nie rób... – wyjęczał Talion odpychając dłoń, która badała jego rękę.
   Bolało. Bez wątpienia. Ssen po raz kolejny zanurzyła zakrwawiony płat materiału w misce z wodą i wykręciwszy go starannie na nowo poczęła oczyszczać skórę wokół rany. Tylko po to, by móc zobaczyć, co właściwie się stało. Nadal było to niemożliwe. Zbyt mocno krwawił. Zaraz powinien ktoś być. Posłali niemal natychmiast po medyka z głównej świątyni. Rzuciła na bok materiał i założyła ucisk, by przynajmniej powstrzymać trochę krwawienie.
-       Proszę... – jęknął tracąc przytomność.
     Popatrzyła na Asunę. Leżał zwinięty w kłębek, z szeroko otwartymi oczyma i wpatrywał się w jakąś nieistniejącą dal. Twarz miał nieruchomą. Odprężoną. Tak przynajmniej to wyglądało. A to co? – pomyślała. - Wyrzuty sumienia, czy zadowolenie?
-       Asuna... Co ci jest?
    Zamrugał oczyma jak ktoś, kto nagle został wyrwany z drzemki. Przez chwilę nie odpowiadał.
-       Mi? Nic… - zbladł siadając. - Pomożesz mu? – wykrztusił wreszcie i natychmiast zacisnął wargi, jakby wstydził się swego pytania.  
     A zatem nie upajał się własną potęgą. Odwróciła wzrok.
-       Trochę. Nie do końca...
-       Cierpi...
-       Teraz nie. Stracił przytomność.
-       Posłuchaj... Kiedy mnie tu sprowadzili był taki... Nie pamiętam jak miał na imię. Jakoś przejął mój ból. Wiesz jak to się robi?
     Wróciła bez słowa do pracy. Wiedziała jak to się robi i jak na imię miał ten, który uczynił to dla niego. I to, że Asuna właśnie załatwił kogoś, kogo tamten przysłał. To otwarte złamanie, prawdopodobnie w kilku miejscach. Jaka była szansa, by Talion odzyskał sprawność? Bał się tego zadania. Codziennie bardziej. Ale on jeden uparcie utrzymywał, że Nithra nie przejął Dzikiego Daru. Że ten nadal jest w chłopaku. Drzemie, tak powiedział. Dlatego padło owo: "Sprawdź zatem." 
-       Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała głucho.
-       To właściwie... Zrobił on...
-       Ejże! – zaprotestowała.
-       To... Była jego myśl... Przeznaczona dla mnie. Pomyślał, że złamie mi rękę. Potem straciłem kontrolę...
-       Wiesz kim on jest?
-       To jeden z Nitthor Tah... Tych, co już się nie uczą.
-       Ha... – mruknęła. – Rzeczywiście już się nie uczy. Od dawna. Należy do Stu. Wiesz kto to?
-       Nie. Ale… To nie ja... To on... – powtórzył z wyrazem uporu na twarzy.
-       Tak się usprawiedliwiasz?
-       Usprawiedliwiam? – był zdziwiony. – A... On... – uderzył się lekko w skroń. – Głos. Coś, co jest w moim łbie. Co myślałem, że już go nie ma…  Po prostu pomógł mi zrozumieć, co tamten myśli, co chce zrobić... To szybciej -  zacisnął szczęki. – Szybciej niż oprawca.
-       To nie oprawca – powiedziała cicho. – Dostał rozkaz….
-       Żeby połamać mi ręce? – warknął.
      Popatrzyła na niego z powątpiewaniem. Talion chciał mu połamać ręce? Za co? Nie ważne. Do pomieszczenia weszła szybkim krokiem kapłanka głównej świątyni. Nie wysiliła się na jakiekolwiek przywitanie. Obrzuciła niechętnym spojrzeniem Asunę i przeniosła wzrok na Taliona.
-       Wyjdźcie – mruknęła.
-       Chodź, Asuna... – mruknęła Ssen.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz