***
Jechali wyprostowani w siodle, z
uniesionymi głowami, blisko siebie, dostatecznie blisko, by ich wierzchowce,
nie usłyszawszy uprzednio żadnego polecenia, instynktownie zrównały krok. Jechali
niespiesznie, patrząc przed siebie, pozostawiając usuwającym się z ich drogi
innym jej użytkownikom dostatecznie dużo miejsca, by mogli pomieścić się na niej
bez szkody dla siebie i swego dobytku. Jechali w milczeniu i milczeniem
witani. Patrząc na nich zawsze odnosiło się wrażenie, że oczu jednego
wystarczy, by nic nie umknęło uwadze wszystkich pozostałych. Dlatego Tarumowie
unikali niepotrzebnie gwałtownych ruchów, grymasów i takiego patrzenia w ich
kierunku, które mogłoby zostać odebrane jako zbyt natarczywe.
Anda, który jak
wszyscy przywarował w niskim pokłonie na obrzeżach drogi, zerkał na tamtych
ukradkiem. Nieduża grupa. Ale kobieta to Tuen Angh – ocenił szybko –
pozostałych dwóch z Trzeciego Domu. Ranga świadczyła, że wracali z trudnej
Drogi. Wyobraźnia zaczęła mu podpowiadać fantastyczne umiejętności tamtych, a
duma dla odmiany podważała wszystko, za co można by tamtych podziwiać. Nie
lubił padać na kolana. Przed nikim. Zatrzymał wzrok na tym, którego jeden z
mężczyzn wiózł przed sobą. Uciekinier? – zastanowił się. Nie było żadnych
plotek...
-
Anda! – syknęła klęcząca przy nim Kaza. – Przestań się na nich gapić!
Mieli zasłonięte twarze. To oznaczało,
że wciąż podążają Drogą. Jeśli tak, naprawdę należało unikać wpatrywania się w
nich. Nie wolno było ich zapamiętywać. Byli zamaskowani, ale przecież znano
przypadki, że uznawali iż ktoś z wpatrujących się w nich gapiów próbuje
odgadnąć ich tożsamość.
Nithra przymknął oczy. Myśl Asuny go zaskoczyła. W nieustannej kawalkadzie
przemykających przez umysł tamtego obrazów, wrażeń i emocji, które musiał
nieustannie śledzić, by trzymać w ryzach moc pragnącą się za wszelką cenę
uwolnić, pojawiło się nagle coś, co niemal przyniosło mu ulgę: precyzyjnie
wyrażone i odczuwane zdumienie. Chodziło o szacunek tych, którzy pokłonami
oddawali hołd na poboczu drogi. O szczerość w owym geście. Asuna nie dowierzał
w rzeczywiste poważanie, jakim cieszyli się w Tarumie.
Hurion drgnął i
zerknął z ukosa na Nirthrę. Na miarę swych umiejętności starał się wspierać w
stróżowaniu pogranicznika, odciążać przyjaciela czuwając razem z nim, albo przynajmniej
udzielać mu własnej uwagi. Teraz też to czynił, więc również wyczuł wątpliwość
Arteńczyka. Zobaczył, jak oczy Nithry lekko się zwężają. Asuna trafił w dość
czuły punkt, pomyślał. Spojrzenie Nithry pomknęło gdzieś w dal. Starał się nie
widzieć. Niczego. Ani pierzchających z drogi Tarumów, ani pospiesznie
ściąganych na pobocza wozów ciągniętych najczęściej przez woły, ani ukradkowych
spojrzeń. Starał się nie czuć zapachu Tarumy, co – po prawdzie – w tej
dzielnicy nie było do końca możliwe, starał się nie zapamiętywać pogody,
podmuchów wiatru, ciszy. W ten naiwny sposób usiłował nie być tam, gdzie być
musiał. Hurion mruknął coś pod nosem i spojrzał na Nithrę gniewnie. Chciał
przywołać go do rzeczywistości. Jeśli Tuen Angh zdoła domyślić się choćby jego
poglądów, zginie. Spojrzenie nic nie dało. Nithra udawał, że go nie wyczuwa.
-
To milczenie... – mruknął zdawkowo do jadącej obok Tuen Angh, by przynajmniej
jej uwagę rozproszyć i odciągnąć jak najdalej od Nithry.
-
Dużo o nas wiedzą, więc milczą... – odparła przeganiając wzrokiem nieudolnie
dyskretne spojrzenia.
Hurion dostrzegł chłopaczka, który nie
dał się przepłoszyć Tuen Angh. Bał się, ale nie przestawał patrzeć. Był tak
ciekaw wszystkiego, co wiązało się z nimi, że gotów był zebrać nawet ciężkie
baty w zamian za muśnięcie choćby tego, czym było ich życie. Tego, co było jego
własnym marzeniem. Hurion zmarszczył brwi.
Wyczuł jakiś ruch w
emocjach Arteńczyka i skupił się na nim ponownie.
Patrz!
Nie zapomnij o tym!
Hurion przeniósł już naprawdę gniewne
spojrzenie na przyjaciela. Wszystkie jego usiłowania spełzły na niczym, bo Tuen
Angh uśmiechnęła się krzywo dając do zrozumienia, że chętnie i ona prześledzi
to, co tak rozdrażniło Nithrę. Asuna odwrócił się lekko w siodle i popatrzył na
Nithrę zza ramienia. Ale spojrzał we wskazanym kierunku.
Chodziło o kobietę, która pochylając
się w niskim pokłonie próbowała ukryć przed ich spojrzeniami kosz wypełniony po
brzegi mięsem. Efekt nielegalnego polowania. Tylko to... Ale Nithrze nie
chodziło o naiwną zbrodnię, w którą była zamieszana, a o jej strach. Przesadny,
histeryczny strach kogoś, kto nigdy od Wilków nie zaznał niczego dobrego i kto
dawno zdążył zapomnieć, że Wataha została powołana do życia po to, by chronić
takich, jak ona. Nithra nie bawił się w wykłady, po prostu udostępnił
Arteńczykowi dostęp do jej emocji i myśli. Chłopak drgnął nerwowo i zacisnął w
odpowiedzi szczęki. Nithra nie zamierzał na tym skończyć. Objął spojrzeniem
także innych: mężczyznę – starego i zniszczonego ciężką pracą, taką co ponad
ludzkie siły, która w żadnym razie nie przynosi dobrobytu, kobietę tulącą do
siebie troskliwie dwoje dzieci, jakby chciała chronić je przed możliwością
stratowania, grupkę smarkaczy o wychudłych, brzydkich twarzach patrzących z
niezdrową fascynacją na jeźdźców. Z tej fascynacji nic nie będzie, tylko
szczeniackie demonstracje siły wśród kolegów i później znajomości i układy,
które sprawią, że Pieśniarze będą mieli zajęcia na wiele lat... Nim ich
wszystkich wyłapią, osadzą w lochach za morderstwa, gwałty i kradzieże. I
zrobią to, by choć do Serca Tarumy nie docierała zgnilizna... Słowo
„Pieśniarze” mieszało się z szacunkiem, strachem i pogardą. Zależnie czego dana
osoba od nich doświadczyła. Nie sposób zmierzyć, czego tutaj więcej - wrogiego
lęku, czy autentycznego uwielbienia. Nic z tego jednak nie zadowoliło
Nithry. Szukał czegoś innego. Patrz – znalazł wreszcie i skierował uwagę
chłopaka w inną stronę – skupił ją na młodziutkiej dziewczynie.
Myślała o nocy.
O wojownikach odzianych w czarne płaszcze noszących
zasłony na twarzach.
O krwi wsiąkającej w szczeliny drewnianej
podłogi.
Myślała o zwłokach porzuconych na podwórzu
obwąchiwanych przez rudego, wychudłego psa.
Potem o obrzędach w lasach.
Krwi, która pieczętowała przysięgi.
Posiłku przy ognisku.
Czujnych oczach.
Ktoś się zbliża!
Oby to był drapieżnik, choćby najgroźniejszy.
Ale nie oni.
Naszych granic strzegą Pieśniarze!
Pieśniarze odnajdują zdrajców i tych, którzy się
buntują.
Pieśniarze szczują przeciw sobie braci.
Hurion
skrzyżował spojrzenie z Nithrą. „Właściwie powinniśmy ją zatrzymać, ale tacy,
jak ona to desperaci, którzy nigdy nie będą rzeczywistym zagrożeniem.” Szczęki
Asuny zacisnęły się na tyle mocno, że odczuwał ból.
-
Osobliwa lekcja... – mruknęła pod nosem Tuen Angh patrząc zimno na Nithrę.
-
Ale prawdziwa – odparł ponuro.
- Niezupełnie... Równie prawdziwe są pozytywne odczucia. Ile razy podnosiłeś broń
w obronie kogoś, Nithra? Czy ci, których broniłeś też odczuwają wyłącznie
strach względem ciebie?
Nithra zmarszczył brwi. Uważał, że
tak. Przecież ci, których bronił też widzieli jak zabija. Phervetiel
uśmiechnęła się z lekceważeniem.
-
Zacznę myśleć, że minąłeś się z powołaniem... Może ty masz naturę kapłana? –
zakpiła.
Nie miał. To, co wyprawiał teraz, było
jedynie demonstracją złego humoru. Może zmęczenia, a może... Poczuła nagły
niepokój. Przez chwilę obawiała się, że ulega czemuś, co wpisane jest w
Arteńczyka. Nie ulegał, być może był bardzo zmęczony, ale nie ulegał.
-
Dom blisko... – mruknęła. – Odpoczniesz...
-
Tak... – mruknął głucho.
Popatrzył ponad głowami
wszystkich. Daleko. Niewidzący wzrok mknął ku wzgórzu na którym stała świątynia
wtulona w strome skały i ukryta za potężnym murem. Dom Pierwszy. Ponad nim mury
Domu Drugiego. Jeszcze wyżej mur ozdobiony czarnymi znakami, którymi wypisano
pozdrowienie dla Manath. Dom Trzeci. Groty były niewidoczne. Osłaniały je mury
trzeciego domu i sama góra Tar. Mówiło się, że to tak naprawdę jedyne
całkowicie bezpieczne miejsce w Sercu, pomyślał z goryczą.
W razie wojny tylko ci, którzy mieli prawo wejść za
wysokie mury twierdzy należącej do Pieśniarzy, mogli zapomnieć o lęku. W
historii tego miejsca nie było jeszcze wpisanej porażki tak głębokiej, która
pozwoliłaby chełpić się komuś, że zdobył Dom Pieśniarzy. Rzecz w tym, że za
mury w razie potrzeby wpuszczono by jedynie władcę, jego świtę, mieszkańców
pierwszych Promieni – tak nazywano tu ulice zamieszkiwane przez szlachtę – i
najbliższe rodziny wojowników Domu Pieśniarzy. Rodzina Huriona nie mogłaby na to
liczyć, gdyby nie fakt, że oddała do Domu obydwóch synów. Teraz jednak nie
mogła liczyć na ich pomoc. Rodzice zostali sami. Taka była prawda. Mieli wprawdzie
jeszcze siostrę, ale zmarła ubiegłego roku.
-
Tuen Angh! – krzyknął nagle ktoś pośrodku milczącego tłumu, po czym skłonił się
jeszcze niżej.
Za jego śladem poszło
wielu. Wielu czyniło im honory szczerze. To też wiedział.
Jakaś kobieta
rzuciła kwiaty pod końskie kopyta. Wierzchowiec spłoszył się, ale jeźdźcowi
udało się zapanować nad zwierzęciem. Nithra zmarszczył brwi i uciekł myślami
jeszcze dalej.
-
Pieśniarze, brońcie nas!
Hurion uśmiechnął się
zadowolony patrząc na Asunę, w obliczu tego okrzyku cały skutek niemej lekcji
Nithry prysł jak bańka mydlana. Przecież być Pieśniarzem to przede wszystkim
strzec bezpieczeństwa. I pokoju. Nithra skrzywił się z niechęcią wyczuwając
zmianę w emocjach chłopaka.
-
Mało wiesz, synek... – mruknął.
-
Niech was bogowie prowadzą! – krzyknęła inna kobieta.
-
Jacy?.. – warknął przez zęby Hurion uśmiechając się nagle szeroko. – Chyba nie
ci, do których modli się Kassal. Albo Harsha.
Nithra zerknął na
niego z ukosa. Uśmiechnął się również: lekko, ledwo dostrzegalnie. O Kassal
myśleli podobnie. Gardzili nim nie mniej niż on pogardzał nimi. Pogardzało
wielu, ale arcykapłan pozwalał sobie na otwarte manifestowanie swej niechęci.
-
Pierwsza wojna... – zaczął zdanie, którego koniec obaj znali.
Hurion wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-
Tak... Pierwsza...
Tuen Angh najpierw
spojrzała na nich groźnie, potem sama się uśmiechnęła. Na temat arcykapłana
głównej świątyni też miała swoje zdanie, a powiedzenie, którego nie dokończył
Nithra było jej znane od dawna i miało źródło w autentycznej historii. Kassal
próbował wymóc na jednym z adeptów Pierwszego Domu by donosił na swego mistrza.
Chłopak wyjawił tę prośbę tamtemu, a ahhat udał się porozmawiać z arcykapłanem.
Nie zastał go jednak, więc odbył tylko krótką rozmowę z jego synem. Valla był
wtedy jeszcze zbyt mały, więc powiedział tamtemu gdzie jest ojciec zdradzając jednocześnie przestępstwo handlowe jakiego dopuścił się
rodzic. Kassal był akurat u handlarzy nielegalnie rozprowadzających heureńskie
trunki. Kiedy ahhat wreszcie spotkał Kassala powtórzył mu treść rozmowy z jego
synem, zapytał czego konkretnie pragnie się dowiedzieć od jego ucznia i
uprzejmie upomniał, że kazać komuś donosić na swego mistrza to tak, jakby żądać
donosów na swego własnego ojca. A gdy Kassal nie spuszczał z tonu, ahhat pokazał
na niego i powiedział spokojnie: Pierwsza wojna, kapłanie, druga zaprowadzi cię
do lochów.” Kasaal nigdy więcej nie szukał już informatorów wśród mieszkańców
Domu Pieśniarzy.


