poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Asuna XV

***
    Jechali wyprostowani w siodle, z uniesionymi głowami, blisko siebie, dostatecznie blisko, by ich wierzchowce, nie usłyszawszy uprzednio żadnego polecenia, instynktownie zrównały krok. Jechali niespiesznie, patrząc przed siebie, pozostawiając usuwającym się z ich drogi innym jej użytkownikom dostatecznie dużo miejsca, by mogli pomieścić się na niej bez szkody dla siebie i swego dobytku. Jechali w milczeniu i milczeniem witani.  Patrząc na nich zawsze odnosiło się wrażenie, że oczu jednego wystarczy, by nic nie umknęło uwadze wszystkich pozostałych. Dlatego Tarumowie unikali niepotrzebnie gwałtownych ruchów, grymasów i takiego patrzenia w ich kierunku, które mogłoby zostać odebrane jako zbyt natarczywe.
      Anda, który jak wszyscy przywarował w niskim pokłonie na obrzeżach drogi, zerkał na tamtych ukradkiem. Nieduża grupa. Ale kobieta to Tuen Angh – ocenił szybko – pozostałych dwóch z Trzeciego Domu. Ranga świadczyła, że wracali z trudnej Drogi. Wyobraźnia zaczęła mu podpowiadać fantastyczne umiejętności tamtych, a duma dla odmiany podważała wszystko, za co można by tamtych podziwiać. Nie lubił padać na kolana. Przed nikim. Zatrzymał wzrok na tym, którego jeden z mężczyzn wiózł przed sobą. Uciekinier? – zastanowił się. Nie było żadnych plotek...
-          Anda! – syknęła klęcząca przy nim Kaza. – Przestań się na nich gapić!
   Mieli zasłonięte twarze. To oznaczało, że wciąż podążają Drogą. Jeśli tak, naprawdę należało unikać wpatrywania się w nich. Nie wolno było ich zapamiętywać. Byli zamaskowani, ale przecież znano przypadki, że uznawali iż ktoś z wpatrujących się w nich gapiów próbuje odgadnąć ich tożsamość.

      Nithra przymknął oczy. Myśl Asuny go zaskoczyła. W nieustannej kawalkadzie przemykających przez umysł tamtego obrazów, wrażeń i emocji, które musiał nieustannie śledzić, by trzymać w ryzach moc pragnącą się za wszelką cenę uwolnić, pojawiło się nagle coś, co niemal przyniosło mu ulgę: precyzyjnie wyrażone i odczuwane zdumienie. Chodziło o szacunek tych, którzy pokłonami oddawali hołd na poboczu drogi. O szczerość w owym geście. Asuna nie dowierzał w rzeczywiste poważanie, jakim cieszyli się w Tarumie.

     Hurion  drgnął i zerknął z ukosa na Nirthrę. Na miarę swych umiejętności starał się wspierać w stróżowaniu pogranicznika, odciążać przyjaciela czuwając razem z nim, albo przynajmniej udzielać mu własnej uwagi. Teraz też to czynił, więc również wyczuł wątpliwość Arteńczyka. Zobaczył, jak oczy Nithry lekko się zwężają. Asuna trafił w dość czuły punkt, pomyślał. Spojrzenie Nithry pomknęło gdzieś w dal. Starał się nie widzieć. Niczego. Ani pierzchających z drogi Tarumów, ani pospiesznie ściąganych na pobocza wozów ciągniętych najczęściej przez woły, ani ukradkowych spojrzeń. Starał się nie czuć zapachu Tarumy, co – po prawdzie – w tej dzielnicy nie było do końca możliwe, starał się nie zapamiętywać pogody, podmuchów wiatru, ciszy. W ten naiwny sposób usiłował nie być tam, gdzie być musiał. Hurion mruknął coś pod nosem i spojrzał na Nithrę gniewnie. Chciał przywołać go do rzeczywistości. Jeśli Tuen Angh zdoła domyślić się choćby jego poglądów, zginie. Spojrzenie nic nie dało. Nithra udawał, że go nie wyczuwa.
-          To milczenie... – mruknął zdawkowo do jadącej obok Tuen Angh, by przynajmniej jej uwagę rozproszyć i odciągnąć jak najdalej od Nithry.
-          Dużo o nas wiedzą, więc milczą... – odparła przeganiając wzrokiem nieudolnie dyskretne spojrzenia.
   Hurion dostrzegł chłopaczka, który nie dał się przepłoszyć Tuen Angh. Bał się, ale nie przestawał patrzeć. Był tak ciekaw wszystkiego, co wiązało się z nimi, że gotów był zebrać nawet ciężkie baty w zamian za muśnięcie choćby tego, czym było ich życie. Tego, co było jego własnym marzeniem. Hurion zmarszczył brwi.

     Wyczuł jakiś ruch w emocjach Arteńczyka i skupił się na nim ponownie.
                                        Patrz! Nie zapomnij o tym!
   Hurion przeniósł już naprawdę gniewne spojrzenie na przyjaciela. Wszystkie jego usiłowania spełzły na niczym, bo Tuen Angh uśmiechnęła się krzywo dając do zrozumienia, że chętnie i ona prześledzi to, co tak rozdrażniło Nithrę. Asuna odwrócił się lekko w siodle i popatrzył na Nithrę zza ramienia. Ale spojrzał we wskazanym kierunku.

 Chodziło o kobietę, która pochylając  się w niskim pokłonie próbowała ukryć przed ich spojrzeniami kosz wypełniony po brzegi mięsem. Efekt nielegalnego polowania. Tylko to... Ale Nithrze nie chodziło o naiwną zbrodnię, w którą była zamieszana, a o jej strach. Przesadny, histeryczny strach kogoś, kto nigdy od Wilków nie zaznał niczego dobrego i kto dawno zdążył zapomnieć, że Wataha została powołana do życia po to, by chronić takich, jak ona. Nithra nie bawił się w wykłady, po prostu udostępnił Arteńczykowi dostęp do jej emocji i myśli. Chłopak drgnął nerwowo i zacisnął w odpowiedzi szczęki. Nithra nie zamierzał na tym skończyć. Objął spojrzeniem także innych: mężczyznę – starego i zniszczonego ciężką pracą, taką co ponad ludzkie siły, która w żadnym razie nie przynosi dobrobytu, kobietę tulącą do siebie troskliwie dwoje dzieci, jakby chciała chronić je przed możliwością stratowania, grupkę smarkaczy o wychudłych, brzydkich twarzach patrzących z niezdrową fascynacją na jeźdźców. Z tej fascynacji nic nie będzie, tylko szczeniackie demonstracje siły wśród kolegów i później znajomości i układy, które sprawią, że Pieśniarze będą mieli zajęcia na wiele lat... Nim ich wszystkich wyłapią, osadzą w lochach za morderstwa, gwałty i kradzieże. I zrobią to, by choć do Serca Tarumy nie docierała zgnilizna...  Słowo „Pieśniarze” mieszało się z szacunkiem, strachem i pogardą. Zależnie czego dana osoba od nich doświadczyła. Nie sposób zmierzyć, czego tutaj więcej - wrogiego lęku, czy autentycznego uwielbienia. Nic  z tego jednak nie zadowoliło Nithry. Szukał czegoś innego. Patrz –  znalazł wreszcie i skierował uwagę chłopaka w inną stronę – skupił ją na młodziutkiej dziewczynie.

Myślała o nocy.
O wojownikach odzianych w czarne płaszcze noszących zasłony na twarzach.
O krwi wsiąkającej w szczeliny drewnianej podłogi. 
Myślała o zwłokach porzuconych na podwórzu obwąchiwanych przez rudego, wychudłego psa.
Potem o obrzędach w lasach.
Krwi, która pieczętowała  przysięgi.
Posiłku przy ognisku.
Czujnych oczach.
Ktoś się zbliża!
Oby to był drapieżnik, choćby najgroźniejszy.
Ale nie oni.
Naszych granic strzegą Pieśniarze!
Pieśniarze odnajdują zdrajców i tych, którzy się buntują.
Pieśniarze szczują przeciw sobie braci.

       Hurion skrzyżował spojrzenie z Nithrą. „Właściwie powinniśmy ją zatrzymać, ale tacy, jak ona to desperaci, którzy nigdy nie będą rzeczywistym zagrożeniem.” Szczęki Asuny zacisnęły się na tyle mocno, że odczuwał ból. 
-          Osobliwa lekcja... – mruknęła pod nosem Tuen Angh patrząc zimno na Nithrę.
-          Ale prawdziwa – odparł ponuro.
-         Niezupełnie... Równie prawdziwe są pozytywne odczucia. Ile razy podnosiłeś broń w obronie kogoś, Nithra? Czy ci, których broniłeś też odczuwają wyłącznie strach względem ciebie?
   Nithra zmarszczył brwi. Uważał, że tak. Przecież ci, których bronił też widzieli jak zabija. Phervetiel uśmiechnęła się z lekceważeniem.
-          Zacznę myśleć, że minąłeś się z powołaniem... Może ty masz naturę kapłana? – zakpiła.
   Nie miał. To, co wyprawiał teraz, było jedynie demonstracją złego humoru. Może zmęczenia, a może... Poczuła nagły niepokój. Przez chwilę obawiała się, że ulega czemuś, co wpisane jest w Arteńczyka. Nie ulegał, być może był bardzo zmęczony, ale nie ulegał.
-          Dom blisko... – mruknęła. – Odpoczniesz...
-          Tak... – mruknął głucho.

     Popatrzył ponad głowami wszystkich. Daleko. Niewidzący wzrok mknął ku wzgórzu na którym stała świątynia wtulona w strome skały i ukryta za potężnym murem. Dom Pierwszy. Ponad nim mury Domu Drugiego. Jeszcze wyżej mur ozdobiony czarnymi znakami, którymi wypisano pozdrowienie dla Manath. Dom Trzeci. Groty były niewidoczne. Osłaniały je mury trzeciego domu i sama góra Tar. Mówiło się, że to tak naprawdę jedyne całkowicie bezpieczne miejsce w Sercu, pomyślał z goryczą.
W razie wojny tylko ci, którzy mieli prawo wejść za wysokie mury twierdzy należącej do Pieśniarzy, mogli zapomnieć o lęku. W historii tego miejsca nie było jeszcze wpisanej porażki tak głębokiej, która pozwoliłaby chełpić się komuś, że zdobył Dom Pieśniarzy. Rzecz w tym, że za mury w razie potrzeby wpuszczono by jedynie władcę, jego świtę, mieszkańców pierwszych Promieni – tak nazywano tu ulice zamieszkiwane przez szlachtę – i najbliższe rodziny wojowników Domu Pieśniarzy. Rodzina Huriona nie mogłaby na to liczyć, gdyby nie fakt, że oddała do Domu obydwóch synów. Teraz jednak nie mogła liczyć na ich pomoc. Rodzice zostali sami. Taka była prawda. Mieli wprawdzie jeszcze siostrę, ale zmarła ubiegłego roku.
-          Tuen Angh! – krzyknął nagle ktoś pośrodku milczącego tłumu, po czym skłonił się jeszcze niżej.
     Za jego śladem poszło wielu. Wielu czyniło im honory szczerze. To też wiedział.
       Jakaś kobieta rzuciła kwiaty pod końskie kopyta. Wierzchowiec spłoszył się, ale jeźdźcowi udało się zapanować nad zwierzęciem. Nithra zmarszczył brwi i uciekł myślami jeszcze dalej.
-          Pieśniarze, brońcie nas! 
     Hurion uśmiechnął się zadowolony patrząc na Asunę, w obliczu tego okrzyku cały skutek niemej lekcji Nithry prysł jak bańka mydlana. Przecież być Pieśniarzem to przede wszystkim strzec bezpieczeństwa. I pokoju. Nithra skrzywił się z niechęcią wyczuwając zmianę w emocjach chłopaka.
-          Mało wiesz, synek... – mruknął.
-          Niech was bogowie prowadzą! – krzyknęła inna kobieta.
-          Jacy?.. – warknął przez zęby Hurion uśmiechając się nagle szeroko. – Chyba nie ci, do których modli się Kassal. Albo Harsha.
      Nithra zerknął na niego z ukosa. Uśmiechnął się również: lekko, ledwo dostrzegalnie. O Kassal myśleli podobnie. Gardzili nim nie mniej niż on pogardzał nimi. Pogardzało wielu, ale arcykapłan pozwalał sobie na otwarte manifestowanie swej niechęci.
-          Pierwsza wojna... – zaczął zdanie, którego koniec obaj znali.
Hurion wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-          Tak... Pierwsza...
      Tuen Angh najpierw spojrzała na nich groźnie, potem sama się uśmiechnęła. Na temat arcykapłana głównej świątyni też miała swoje zdanie, a powiedzenie, którego nie dokończył Nithra było jej znane od dawna i miało źródło w autentycznej historii. Kassal próbował wymóc na jednym z adeptów Pierwszego Domu by donosił na swego mistrza. Chłopak wyjawił tę prośbę tamtemu, a ahhat udał się porozmawiać z arcykapłanem. Nie zastał go jednak, więc odbył tylko krótką rozmowę z jego synem. Valla był wtedy jeszcze zbyt mały, więc powiedział tamtemu gdzie jest ojciec zdradzając jednocześnie przestępstwo handlowe jakiego dopuścił się rodzic. Kassal był akurat u handlarzy nielegalnie rozprowadzających heureńskie trunki. Kiedy ahhat wreszcie spotkał Kassala powtórzył mu treść rozmowy z jego synem, zapytał czego konkretnie pragnie się dowiedzieć od jego ucznia i uprzejmie upomniał, że kazać komuś donosić na swego mistrza to tak, jakby żądać donosów na swego własnego ojca. A gdy Kassal nie spuszczał z tonu, ahhat pokazał na niego i powiedział spokojnie: Pierwsza wojna, kapłanie, druga zaprowadzi cię do lochów.” Kasaal nigdy więcej nie szukał już informatorów wśród mieszkańców Domu Pieśniarzy.


Asuna XIV


***

    Nithra przewiesił przez siodło nieprzytomnego Arteńczyka, miękko wskoczył na konia, usadził tamtego przed sobą i dla wygody przeplótł przez jego pierś poprzecznie biegnący pas, który przerzucił sobie przez grzbiet. Zwolniło to ręce od konieczności podtrzymywania chłopaka, ale nie było bezpieczne dla jeźdźca. Tuen Angh nie zareagowała wiedząc, że zawiązał mocowanie tak, by w ułamku chwili móc się uwolnić od niewygodnego balastu. Zerknął na nią z ukosa, jakby szykował się do odparowania jej ewentualnej riposty.
-                Cierpi? – zapytała zawodząc jego oczekiwania.
    Drgnął lekko, ale skinął tylko twierdząco głową. Mogłaby pochwalić go teraz za rozsądek. Sposoby jakimi on mógł sprawić, że tamten męczyłby się mniej, były w tym przypadku niebezpieczne. Przynajmniej istniała taka możliwość dopóki nie dowiedzą się więcej na jego temat. Ona też niewiele mogła zrobić. Szybko odtworzyła listę umiejętności towarzyszącego im Huriona. Długą listę, ale odnośnie tej konkretnej sprawy nieprzydatną.
-                Powinien się obudzić koło świtu... Wtedy możemy spróbować ziołami...
-                Ha... – potwierdził cicho i nacisnął kolanami na boki konia.
   Nithra nigdy nie był zbytnio rozmowny i jego towarzystwo rzadko było miłe. Opryskliwość i chłód jakimi nasycone było posłuszeństwo tego wojownika zniechęcało do niego niemal wszystkich tych, którzy jednocześnie podziwiali jego umiejętności. Mistrz w stosowaniu iluzji, jeden z najsprawniejszych wojowników Trzeciego Domu zapewne rychło zostanie powołany do elity Nitthor Tah, tej samej, której szeregi zasilała ona. Była przychylna takiemu rozwiązaniu. Mogła znosić jego humory, skoro w zamian istniała szansa korzystania z jego intelektu, sprawności. I darów. Stanowił niemożliwą do określenia liczbę kombinacji. A ona uwielbiała to wszystko, co dawało możliwości potencjalnie wszechstronne.

      Już wieczorem wiedziała, że coś się dzieje. Nithra coraz rzadziej zauważał jej spojrzenia i prawie wcale nie próbował na nie odpowiadać. To nie w jego stylu. W takiej sytuacji powinien natychmiast próbować przegonić ją hardym spojrzeniem, albo jakąś kąśliwą uwagą.
- Kiria! – warknął nagle przez zęby pochylając się na bok.
     Zatrzymał wierzchowca i przez chwilę siedział w bezruchu zaciskając z całej siły oczy. I pięści. Nie zadała pytania. Czekała. Hurion również. Zastygł nieruchomo w siodle i utkwił wzrok w twarzy Nithry. Coś analizował. Wreszcie zeskoczył z konia i podszedł do przyjaciela.
- Broni się – tamten wyjaśnił krótko. – Cholernie skutecznie...
- On? – zapytał Hurion.
    Potrząsnął przecząco głową po czym rozplótł jednym szarpnięciem pasy, które przytrzymywały przy nim Arteńczyka. Zeskoczył z konia asekurując jednocześnie nieprzytomnego Asunę przed upadkiem. Hurion ściągnął chłopaka na ziemię. Nithra przyglądał się temu ze znużeniem myśląc nad czymś intensywnie. Jego wzrok przemknął ku wciąż siedzącej w siodle Tuen Angh. Powód dla którego towarzyszyła im był aż nadto oczywisty. Łza Światów – bo tak należało tłumaczyć jej imię – była mistrzynią w zadawaniu szybkiej śmierci. Przed oczyma stanęła mu drobna twarz dziewczynki. „Nagrodą za to, że kochałaś, niech będzie wiedza o tym, że żyje.” Nie lubił łamać danego słowa, nawet jeśli obietnica dotyczyła dziecka z Pogranicza. Albo... Zwłaszcza wtedy. Otarł pot z czoła.
-    Posłuchajcie... – mruknął. – Spróbuję trochę go wyręczyć... On po prostu tego nie wytrzymuje... Ale ja też długo nie wytrzymam. Musimy się spieszyć.
    Phervetiel przyglądała mu się badawczo. Może zrozumiała jego motywy, a może po prostu nie miała ochoty na kłótnię. Bo, że po prostu mu ufa, założyć nie potrafił. Skinęła twierdząco głową.
-    Będziemy się spieszyć. Lepiej, żeby zajęli się nim jak najszybciej.
-    Ha... – mruknął obliczając w myślach na ile czasu musi rozłożyć siły. – Jeśli dotrzemy tam przed południem, powinienem dać radę.
-    Ale... Pewności nie masz? – zaoponował cicho Hurion.
     Doskonale rozumiał, czym grozi to, co zamierza przyjaciel. W razie kłopotów, w najlepszym wypadku zamieni się w roślinę, która nie ma pojęcia do czego służy mózg. W bardziej prawdopodobnym  niepowodzenie doprowadzi do tego, że umrze. A na pewno, jakkolwiek to pójdzie - zostawi ślad. Buszowanie po czyimś umyśle, do którego przymierzał się Nithra nie uchodzi bezkarnie. Nigdy. Jeśli chce się przeżywać coś na równi z tym kogo się przejmuje. Nawet jeśli ma to trwać przez krótki czas. Poza tym Nithra miał w tej technice mierne doświadczenie, znał teorię, pewnie jak zwykle lepiej niż ktokolwiek inny, ale...
-    A ty byś miał? – Nithra wzruszył ramionami. – Od tego jesteśmy, nie? Mamy chronić... – Hurion przygryzł dolną wargę. Nie odpowiedział. W rzeczy samej tak było, nawet jeśli najczęściej oznaczało to zabijanie. - Gdyby coś się stało.... A ja... – podjął Nithra krzywiąc się lekko. - Gdybym nie zmarł, dobijesz mnie, zrozumiałeś?
     W jego głosie było tyleż szyderstwa, co powagi. Hurion splunął i popatrzył gdzieś w bok.
- Z przyjemnością... – mruknął ponuro. - Bo mnie wkurzasz.
     Nithra uśmiechnął się lekko i klepnął go po ramieniu po czym sięgnął po bukłak z wodą i szybko wypił parę łyków. Gdy skończył, przez chwilę jeszcze nad czymś się zastanawiał. Uznał jednak, że nie musi już dzielić się swymi myślami i ruszył ku Arteńczywkowi.
     Asuna oddychał krótkimi, nerwowymi haustami, jakby obawiał się, że może nie zdążyć po raz kolejny nabrać powietrza. Żyły na jego skroni zarysowały się mocno świadcząc o wysiłku, którego nie zdradzały rozluźnione mięśnie. Pochylił się nad nim, by sięgnąć do nadgarstków.
- Poczekaj!
     Phervetial miękkim susem znalazła się przy nim. Na moment ich spojrzenia się spotkały. Nithra zmarszczył gniewnie brwi sądząc, że Tuen Angh zamierza mu przeszkodzić. Ale nie. Tylko położyła dłonie na ramionach chłopaka, wymruczała parę słów w języku, którego nawet im nie wolno się było uczyć i zacisnęła mocniej palce obejmujące ciało tamtego.
-    Nie będzie ci przynajmniej przeszkadzał... – powiedziała spokojnie. – A swoją drogą, Nithra, jeśli Hurion nie będzie musiał dotrzymać danego ci słowa, sama zgłoszę twój sukces w tej materii. Możesz się spodziewać, że niemal natychmiast zostaniesz przeniesiony do Grot. Pomyślałeś o tym?
-    Oczywiście... – uśmiechnął się krzywo. – Przecież przede wszystkim chodzi o moją karierę...
               Nie kpij... – warknęła wstając. - Mogę ci obiecać, że...
               Że?
               Jeśli Hurion nie da rady, ja to zrobię. Nie pozwolę byś był nikim.
               O! - Uniósł brwi. - Nie spodziewałem się takiego zaszczytu z twojej strony.
               To nie zaszczyt – syknęła. - To litość.
     Była na siebie zła. Powinna mu zabronić, co i tak pewnie niczego by nie zmieniło. Niemniej, zamiast wypełnić obowiązek, chciała go zmotywować, może dodać odwagi. Zbędny trud. On nie potrafił doceniać podobnych rzeczy. Nithra sięgnął zdecydowanie do skroni Arteńczyka. Przez chwilę w skupieniu układał palce. Gdzie on się tego nauczył? – pomyślała z napięciem. – Jego prowadzący na pewno nie... Patrzyła jak głowa wojownika powoli opada na piersi a odsłonięte czoło marszczy się z wysiłku. Przejęcie to potężna wola i ogromne siły rozłożone z jednej strony na konieczność zachowania siebie, gotowość przyjęcia wszystkiego, co się zastanie i stanowczość jaka pozwala na uzyskanie władzy nad umysłem do którego się wnika. Nie będzie innej manifestacji tej siły nad ślady wysiłku. Wiedziała o tym, ale sama niegdyś próbowała się nauczyć czegoś takiego i skończyło się to niepowodzeniem. Doskonale wiedziała jak wiele teraz robi Nithra.

    ...Poczuł, że się zapada w jakąś nicość, jak dławi się oddechem. Fala bólu spłynęła wzdłuż grzbietu wrzątkiem. Szybko. Tak, że ledwo ją zdążył zapamiętać, nim znikła. Wokół rozbrzmiewały jakieś modlitewne szepty, rwane nagle i wzmagające się niespodziewanie. Patrzył. Nie rozumiejąc odkształceń perspektywy, tego, że wszystko co widział zdawało się pochylać nad nim. Nie potrafiąc ustalić  źródła następujących po sobie dźwięków. Nie potrafił nawet skupić myśli na czymkolwiek, co mogłoby przynieść jakieś wyjaśnienia. Zaskoczenie i lęk jakie zaczęły nim władać okazały się zbyt silne, by odrzucić je którymkolwiek ze sposobów jakie znał. Poddał się. Szybko. Jak dziecko.

    Wszystko nasycone było wrażeniem obecności czegoś obcego. Czegoś, co na pewno nie należało do  Pogrnicznika. Asuna nosił w sobie wroga, który chciał go sobie podporządkować. Zrozumiał to, nim poczuł tę obecność bardziej namacalnie. I przeraził się. Bo dużym ryzykiem było wpuszczanie w siebie Dzikiego Daru, ale nawet nie potrafił przewidzieć konsekwencji otworzenia do siebie dostępu innemu bytowi.

Jesteś.

    Głos nie pochodził od niczego, co znał. I nie było ust, które by go wypowiadały. Nie było twarzy, sylwetki. Nic. Tylko głos. Czekał. Nagle poczuł przypływ sił. I spokój. Taki, jaki ogarniał go przed walką. To będzie walka – uzmysłowił sobie.

Jesteś w moim umyśle.
Tak...
Nareszcie...

     „Moim?” To coś uważało się za właściciela. Zwycięzca. Poczuł, jak przez jego ciało przenika chłód. Ogarnia je. Gniecie w jakichś kleszczach. Podjął wysiłek, by popatrzeć. Gdzie? Jeśli pojawiał się jakiś dźwięk, rozbrzmiewał jednocześnie z każdej ze stron.  Próba została podsumowana cichym, miękkim śmiechem. Drapieżnik.
Nie wierć się.
Chcę ci się przyjrzeć.

    Nithra w jednej chwili skupił wolę na tym głosie. Kosztem osłabienia własnych sił. Udało się. Zobaczył to. Na ułamek chwili, zaledwie cienistą sylwetkę. Ale to wystarczyło, by umiejscowić ją w jaźni Asuny, odizolować się od niej. Tylko do południa – pomyślał porażając lekko system nerwowy i zapadając się w to wszystko, co kontrolowało ciało Arteńczyka. Zsynchronizował się z tym, przelał na swoje ciało,na swój mózg płynące z tamtego ciała komunikaty. Uchwycił to wszystko, ogarnął prostą wizualizacją zamykając w obrębie siebie. I miał ochotę zawyć. Świadomość sieknęła wściekłym bólem miażdżonych nadmiarem tkanek. Nadmiar. Nithra skupił całą wolę. Mniej. Bardziej nieruchomo. Bez buntu. To tylko ból. Ma być do zniesienia.
      Phervetiel przyklęknęła przy nim czekając aż otworzy oczy. Spokojnie powtórzyła jego imię. Powieki Nithry drgnęły lekko i powędrowało ku niej puste spojrzenie. Nie mógł jej widzieć.
     Udało mu się – stwierdziła zaskoczona tym faktem jakby cały czas zakładała, że jego wysiłek musi skończyć się niepowodzeniem. Czekała aż mięśnie ponownie nabiorą sił, by mógł powstać. Szybko zebrał się w sobie. Na tyle szybko, że znów była zaskoczona. To naprawdę odbywa się na najwyższym poziomie – pomyślała. – On nie powinien marnować czasu w Trzecim Domu... Sama potrzebowała kilku godzin, by otrząsnąć się po nieudanej próbie. Nie przejęła niczego, a on uczyniwszy to, po chwili już mógł dosiąść konia.
- Hurion... Może ja... – zaproponowała.
     Popatrzył na nią obojętnie i wskoczył na siodło za Nithrą. To, że tamten się trzymał nie oznaczało, że wkrótce nie będzie potrzebował asekuracji. Oboje zerknęli na Asunę. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie obudził się z głębokiego snu. W pewnym sensie mógł się tak właśnie czuć. Było oczywiste, że nie za bardzo rozumie gdzie jest i skąd się tu wziął.
- Pamiętasz nas? – zapytała.
     Patrzył na nią ponuro rozpoznając w niej Nitthor Tah, kogoś kogo bać się uczono go całe życie.
- Tak... Przyjechaliście po mnie...
- Owszem. Jesteśmy w pół drogi do siedziby Nitthor Tah...
- Spałem...
- Nie – powiedziała chłodno. Nie miała ochoty tłumaczyć wszystkiego. I chciała to pozostawić Nithrze. – Pamiętasz co się z tobą działo?
- Tak... – skrzywił się lekko i sięgnął do skroni po chwili opuścił rękę i popatrzył na nią pytająco.
    Nie uzyskawszy odpowiedzi na to spojrzenie popatrzył na Huriona i Nithrę.
- Co mu jest? – zapytał.
- Nie ważne – mruknęła. – Jak się czujesz?
- Nie wiem...
- Nie wiesz?
- Nie wiem jak to zrobiliście, ale w miarę normalnie...
- Odpoczywaj więc – mruknęła. – Jedziemy.
    Popatrzył na stojącego w pobliżu konia. Zwierzę było piękne.
- No... Wsiadaj. Jedziemy.