poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Asuna XV

***
    Jechali wyprostowani w siodle, z uniesionymi głowami, blisko siebie, dostatecznie blisko, by ich wierzchowce, nie usłyszawszy uprzednio żadnego polecenia, instynktownie zrównały krok. Jechali niespiesznie, patrząc przed siebie, pozostawiając usuwającym się z ich drogi innym jej użytkownikom dostatecznie dużo miejsca, by mogli pomieścić się na niej bez szkody dla siebie i swego dobytku. Jechali w milczeniu i milczeniem witani.  Patrząc na nich zawsze odnosiło się wrażenie, że oczu jednego wystarczy, by nic nie umknęło uwadze wszystkich pozostałych. Dlatego Tarumowie unikali niepotrzebnie gwałtownych ruchów, grymasów i takiego patrzenia w ich kierunku, które mogłoby zostać odebrane jako zbyt natarczywe.
      Anda, który jak wszyscy przywarował w niskim pokłonie na obrzeżach drogi, zerkał na tamtych ukradkiem. Nieduża grupa. Ale kobieta to Tuen Angh – ocenił szybko – pozostałych dwóch z Trzeciego Domu. Ranga świadczyła, że wracali z trudnej Drogi. Wyobraźnia zaczęła mu podpowiadać fantastyczne umiejętności tamtych, a duma dla odmiany podważała wszystko, za co można by tamtych podziwiać. Nie lubił padać na kolana. Przed nikim. Zatrzymał wzrok na tym, którego jeden z mężczyzn wiózł przed sobą. Uciekinier? – zastanowił się. Nie było żadnych plotek...
-          Anda! – syknęła klęcząca przy nim Kaza. – Przestań się na nich gapić!
   Mieli zasłonięte twarze. To oznaczało, że wciąż podążają Drogą. Jeśli tak, naprawdę należało unikać wpatrywania się w nich. Nie wolno było ich zapamiętywać. Byli zamaskowani, ale przecież znano przypadki, że uznawali iż ktoś z wpatrujących się w nich gapiów próbuje odgadnąć ich tożsamość.

      Nithra przymknął oczy. Myśl Asuny go zaskoczyła. W nieustannej kawalkadzie przemykających przez umysł tamtego obrazów, wrażeń i emocji, które musiał nieustannie śledzić, by trzymać w ryzach moc pragnącą się za wszelką cenę uwolnić, pojawiło się nagle coś, co niemal przyniosło mu ulgę: precyzyjnie wyrażone i odczuwane zdumienie. Chodziło o szacunek tych, którzy pokłonami oddawali hołd na poboczu drogi. O szczerość w owym geście. Asuna nie dowierzał w rzeczywiste poważanie, jakim cieszyli się w Tarumie.

     Hurion  drgnął i zerknął z ukosa na Nirthrę. Na miarę swych umiejętności starał się wspierać w stróżowaniu pogranicznika, odciążać przyjaciela czuwając razem z nim, albo przynajmniej udzielać mu własnej uwagi. Teraz też to czynił, więc również wyczuł wątpliwość Arteńczyka. Zobaczył, jak oczy Nithry lekko się zwężają. Asuna trafił w dość czuły punkt, pomyślał. Spojrzenie Nithry pomknęło gdzieś w dal. Starał się nie widzieć. Niczego. Ani pierzchających z drogi Tarumów, ani pospiesznie ściąganych na pobocza wozów ciągniętych najczęściej przez woły, ani ukradkowych spojrzeń. Starał się nie czuć zapachu Tarumy, co – po prawdzie – w tej dzielnicy nie było do końca możliwe, starał się nie zapamiętywać pogody, podmuchów wiatru, ciszy. W ten naiwny sposób usiłował nie być tam, gdzie być musiał. Hurion mruknął coś pod nosem i spojrzał na Nithrę gniewnie. Chciał przywołać go do rzeczywistości. Jeśli Tuen Angh zdoła domyślić się choćby jego poglądów, zginie. Spojrzenie nic nie dało. Nithra udawał, że go nie wyczuwa.
-          To milczenie... – mruknął zdawkowo do jadącej obok Tuen Angh, by przynajmniej jej uwagę rozproszyć i odciągnąć jak najdalej od Nithry.
-          Dużo o nas wiedzą, więc milczą... – odparła przeganiając wzrokiem nieudolnie dyskretne spojrzenia.
   Hurion dostrzegł chłopaczka, który nie dał się przepłoszyć Tuen Angh. Bał się, ale nie przestawał patrzeć. Był tak ciekaw wszystkiego, co wiązało się z nimi, że gotów był zebrać nawet ciężkie baty w zamian za muśnięcie choćby tego, czym było ich życie. Tego, co było jego własnym marzeniem. Hurion zmarszczył brwi.

     Wyczuł jakiś ruch w emocjach Arteńczyka i skupił się na nim ponownie.
                                        Patrz! Nie zapomnij o tym!
   Hurion przeniósł już naprawdę gniewne spojrzenie na przyjaciela. Wszystkie jego usiłowania spełzły na niczym, bo Tuen Angh uśmiechnęła się krzywo dając do zrozumienia, że chętnie i ona prześledzi to, co tak rozdrażniło Nithrę. Asuna odwrócił się lekko w siodle i popatrzył na Nithrę zza ramienia. Ale spojrzał we wskazanym kierunku.

 Chodziło o kobietę, która pochylając  się w niskim pokłonie próbowała ukryć przed ich spojrzeniami kosz wypełniony po brzegi mięsem. Efekt nielegalnego polowania. Tylko to... Ale Nithrze nie chodziło o naiwną zbrodnię, w którą była zamieszana, a o jej strach. Przesadny, histeryczny strach kogoś, kto nigdy od Wilków nie zaznał niczego dobrego i kto dawno zdążył zapomnieć, że Wataha została powołana do życia po to, by chronić takich, jak ona. Nithra nie bawił się w wykłady, po prostu udostępnił Arteńczykowi dostęp do jej emocji i myśli. Chłopak drgnął nerwowo i zacisnął w odpowiedzi szczęki. Nithra nie zamierzał na tym skończyć. Objął spojrzeniem także innych: mężczyznę – starego i zniszczonego ciężką pracą, taką co ponad ludzkie siły, która w żadnym razie nie przynosi dobrobytu, kobietę tulącą do siebie troskliwie dwoje dzieci, jakby chciała chronić je przed możliwością stratowania, grupkę smarkaczy o wychudłych, brzydkich twarzach patrzących z niezdrową fascynacją na jeźdźców. Z tej fascynacji nic nie będzie, tylko szczeniackie demonstracje siły wśród kolegów i później znajomości i układy, które sprawią, że Pieśniarze będą mieli zajęcia na wiele lat... Nim ich wszystkich wyłapią, osadzą w lochach za morderstwa, gwałty i kradzieże. I zrobią to, by choć do Serca Tarumy nie docierała zgnilizna...  Słowo „Pieśniarze” mieszało się z szacunkiem, strachem i pogardą. Zależnie czego dana osoba od nich doświadczyła. Nie sposób zmierzyć, czego tutaj więcej - wrogiego lęku, czy autentycznego uwielbienia. Nic  z tego jednak nie zadowoliło Nithry. Szukał czegoś innego. Patrz –  znalazł wreszcie i skierował uwagę chłopaka w inną stronę – skupił ją na młodziutkiej dziewczynie.

Myślała o nocy.
O wojownikach odzianych w czarne płaszcze noszących zasłony na twarzach.
O krwi wsiąkającej w szczeliny drewnianej podłogi. 
Myślała o zwłokach porzuconych na podwórzu obwąchiwanych przez rudego, wychudłego psa.
Potem o obrzędach w lasach.
Krwi, która pieczętowała  przysięgi.
Posiłku przy ognisku.
Czujnych oczach.
Ktoś się zbliża!
Oby to był drapieżnik, choćby najgroźniejszy.
Ale nie oni.
Naszych granic strzegą Pieśniarze!
Pieśniarze odnajdują zdrajców i tych, którzy się buntują.
Pieśniarze szczują przeciw sobie braci.

       Hurion skrzyżował spojrzenie z Nithrą. „Właściwie powinniśmy ją zatrzymać, ale tacy, jak ona to desperaci, którzy nigdy nie będą rzeczywistym zagrożeniem.” Szczęki Asuny zacisnęły się na tyle mocno, że odczuwał ból. 
-          Osobliwa lekcja... – mruknęła pod nosem Tuen Angh patrząc zimno na Nithrę.
-          Ale prawdziwa – odparł ponuro.
-         Niezupełnie... Równie prawdziwe są pozytywne odczucia. Ile razy podnosiłeś broń w obronie kogoś, Nithra? Czy ci, których broniłeś też odczuwają wyłącznie strach względem ciebie?
   Nithra zmarszczył brwi. Uważał, że tak. Przecież ci, których bronił też widzieli jak zabija. Phervetiel uśmiechnęła się z lekceważeniem.
-          Zacznę myśleć, że minąłeś się z powołaniem... Może ty masz naturę kapłana? – zakpiła.
   Nie miał. To, co wyprawiał teraz, było jedynie demonstracją złego humoru. Może zmęczenia, a może... Poczuła nagły niepokój. Przez chwilę obawiała się, że ulega czemuś, co wpisane jest w Arteńczyka. Nie ulegał, być może był bardzo zmęczony, ale nie ulegał.
-          Dom blisko... – mruknęła. – Odpoczniesz...
-          Tak... – mruknął głucho.

     Popatrzył ponad głowami wszystkich. Daleko. Niewidzący wzrok mknął ku wzgórzu na którym stała świątynia wtulona w strome skały i ukryta za potężnym murem. Dom Pierwszy. Ponad nim mury Domu Drugiego. Jeszcze wyżej mur ozdobiony czarnymi znakami, którymi wypisano pozdrowienie dla Manath. Dom Trzeci. Groty były niewidoczne. Osłaniały je mury trzeciego domu i sama góra Tar. Mówiło się, że to tak naprawdę jedyne całkowicie bezpieczne miejsce w Sercu, pomyślał z goryczą.
W razie wojny tylko ci, którzy mieli prawo wejść za wysokie mury twierdzy należącej do Pieśniarzy, mogli zapomnieć o lęku. W historii tego miejsca nie było jeszcze wpisanej porażki tak głębokiej, która pozwoliłaby chełpić się komuś, że zdobył Dom Pieśniarzy. Rzecz w tym, że za mury w razie potrzeby wpuszczono by jedynie władcę, jego świtę, mieszkańców pierwszych Promieni – tak nazywano tu ulice zamieszkiwane przez szlachtę – i najbliższe rodziny wojowników Domu Pieśniarzy. Rodzina Huriona nie mogłaby na to liczyć, gdyby nie fakt, że oddała do Domu obydwóch synów. Teraz jednak nie mogła liczyć na ich pomoc. Rodzice zostali sami. Taka była prawda. Mieli wprawdzie jeszcze siostrę, ale zmarła ubiegłego roku.
-          Tuen Angh! – krzyknął nagle ktoś pośrodku milczącego tłumu, po czym skłonił się jeszcze niżej.
     Za jego śladem poszło wielu. Wielu czyniło im honory szczerze. To też wiedział.
       Jakaś kobieta rzuciła kwiaty pod końskie kopyta. Wierzchowiec spłoszył się, ale jeźdźcowi udało się zapanować nad zwierzęciem. Nithra zmarszczył brwi i uciekł myślami jeszcze dalej.
-          Pieśniarze, brońcie nas! 
     Hurion uśmiechnął się zadowolony patrząc na Asunę, w obliczu tego okrzyku cały skutek niemej lekcji Nithry prysł jak bańka mydlana. Przecież być Pieśniarzem to przede wszystkim strzec bezpieczeństwa. I pokoju. Nithra skrzywił się z niechęcią wyczuwając zmianę w emocjach chłopaka.
-          Mało wiesz, synek... – mruknął.
-          Niech was bogowie prowadzą! – krzyknęła inna kobieta.
-          Jacy?.. – warknął przez zęby Hurion uśmiechając się nagle szeroko. – Chyba nie ci, do których modli się Kassal. Albo Harsha.
      Nithra zerknął na niego z ukosa. Uśmiechnął się również: lekko, ledwo dostrzegalnie. O Kassal myśleli podobnie. Gardzili nim nie mniej niż on pogardzał nimi. Pogardzało wielu, ale arcykapłan pozwalał sobie na otwarte manifestowanie swej niechęci.
-          Pierwsza wojna... – zaczął zdanie, którego koniec obaj znali.
Hurion wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-          Tak... Pierwsza...
      Tuen Angh najpierw spojrzała na nich groźnie, potem sama się uśmiechnęła. Na temat arcykapłana głównej świątyni też miała swoje zdanie, a powiedzenie, którego nie dokończył Nithra było jej znane od dawna i miało źródło w autentycznej historii. Kassal próbował wymóc na jednym z adeptów Pierwszego Domu by donosił na swego mistrza. Chłopak wyjawił tę prośbę tamtemu, a ahhat udał się porozmawiać z arcykapłanem. Nie zastał go jednak, więc odbył tylko krótką rozmowę z jego synem. Valla był wtedy jeszcze zbyt mały, więc powiedział tamtemu gdzie jest ojciec zdradzając jednocześnie przestępstwo handlowe jakiego dopuścił się rodzic. Kassal był akurat u handlarzy nielegalnie rozprowadzających heureńskie trunki. Kiedy ahhat wreszcie spotkał Kassala powtórzył mu treść rozmowy z jego synem, zapytał czego konkretnie pragnie się dowiedzieć od jego ucznia i uprzejmie upomniał, że kazać komuś donosić na swego mistrza to tak, jakby żądać donosów na swego własnego ojca. A gdy Kassal nie spuszczał z tonu, ahhat pokazał na niego i powiedział spokojnie: Pierwsza wojna, kapłanie, druga zaprowadzi cię do lochów.” Kasaal nigdy więcej nie szukał już informatorów wśród mieszkańców Domu Pieśniarzy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz