***
Asuna ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał
się szkoleniu na Placu. Nie do końca podobało mu się to, co zobaczył. Wyglądało
to tak, jakby ktoś wierzył, że przy pomocy identycznych chwytów, uników i
ataków można było pokonać każdego. Wszyscy wykonywali te same ruchy, w
jednakowym rytmie i ze zbliżoną siłą.
- - Podoba ci się?
Wysoki mężczyzna przyglądał mu się już od dłuższego czasu.
Wiedział o tym i o fakcie, że to tylko kwestia czasu, zanim się odezwie. Widać
czas nadszedł. Nadchodził każdego dnia kilkukrotnie. Regularnie. I zawsze
zaczynało się od tego patrzenia.
- - Niespecjalnie... – mruknął odwracając
się do niego.
Tamten ubrany był tak, jak tutaj wszyscy. Szerokie
spodnie związane w kostkach, wpuszczone do wysokich, miękkich butów. Na to
obszerna szata, z licznymi wiązaniami. Jej obszerne rękawy przewiązane krzyżowo
od nadgarstków po łokcie rzemieniem. Długi, szeroki pas materiału oplatający
kilkukrotnie biodra. Wszystko w jednym kolorze. Ciemnym. Trochę ziemistym. To
swoiste umundurowanie też nie przypadło mu do gustu. Nie lubił takiego
powielania. Może to tylko na pewnym etapie – pomyślał. Ci, którzy przybyli po
niego nie razili podobną jednolitością. Byli ubrani podobnie, ale nie tak samo.
- Hm... – oczy tamtego zwęziły się lekko.
W uśmiechu. – Rzadko można usłyszeć podobne odpowiedzi. Nawet tutaj, w
Pierwszym Domu.
- Dziwi mnie to – mruknął Asuna. – Czemu
niby ma służyć taki taniec? Liczycie, że wasi wrogowie dadzą się poprowadzić w
walce, jak kobiety na balu?
- Kobiety? Na balu? Nawet one nie zawsze
chętnie... – uśmiechnął się szerzej.- O ile wiem... - podrapał się po skroni. - Właściwie mamy marne w tym doświadczenie.
Ten uśmiech nie był sympatyczny, bo sztuczny.
- Co cię śmieszy?
- Jak myślisz, za co ceni się Nitthor Tah?
- Zależy gdzie... W Arte się nie ceni –
mruknął niechętnie.
- Bo jest pokój – odpowiedział tamten chłodno.
– Ale może rzeczywiście źle postawiłem pytanie. Co w nich jest takiego, że w
ogóle się ich zauważa bardziej niż innych?
- Zabijają – Asuna zacisnął szczęki. – Wiedzą
o tym wszyscy. Robią to szybko, bez przeszkód, cicho.
Jego rozmówca westchnął ciężko i pokiwał z
dezaprobatą głową.
- Po to tu się znalazłeś? Żeby tak
zabijać?
- Nie znalazłem się tu z własnej woli!
- Wiem... Nie podnoś głosu. Pomyśl, co cię
tu sprowadziło...
- Tacy jak ty...
- Lepsi – odparł spokojnie. – Ale
sprowadzili cię po to właśnie, byś zbyt wielu nie zabił. O ile wiem, sam
ostatecznie wyraziłeś na to zgodę. Masz tak krótką pamięć? Ból mija i
zapominasz o zagrożeniu jakie stanowiłeś?
Asuna
spuścił głowę. Nie zapominał. Ani na chwilę. Bał się, że to wróci. Po prostu
był już rozdrażniony czekaniem. Przywieziono go tutaj, pokazano gdzie może
spać, jeść, umyć się i na tym koniec. Ten zaś go prześladował. Swoimi
pytaniami, kazaniami, mądrościami. Teraz patrzył na niego z ukosa jakby czekał
na odpowiedź, ale nie czekał. Tych spotkań wystarczyło, by Asuna wiedział, że
zaraz i tak podejmie swój monolog. Będą słowa. Dużo słów. Takich, które są
obojętne, które drażnią.
- Chodź ze mną, coś ci pokażę...
- Nie chcę.
- Bo?
- Bo nie masz nic do pokazania, a to, co
zechcesz pokazać, to zło.
- Zło?!
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie
zaciskając dłonie w pięści. Pełne gniewu spojrzenie uderzyło w Asunę z taką
siła, że ten poczuł je fizycznie. Tym razem go to nie zdziwiło. Już dano mu to
poznać. Tamten miał zdolność
przetwarzania emocji na coś fizycznego. Gdy wybuchał złością, czasem oznaczało
to ból, innym razem przynosiło to osłabienie, zamroczenie. Różnie. Otrząsnął
się szybko z wrażenia i powoli uniósł dłoń, by otrzeć krew cieknącą z nosa. Bo
tym razem tak. Znów – pomyślał obojętnie. – Tak samo jak za każdym razem. Trochę
będzie się pastwić i pójdzie.
A jednak rozumiał, że każde kolejne
spotkanie z tym wojownikiem pustoszyło jego organizm. Czuł to. Po jego wizytach
był słabszy. Sen nie wyrównywał tego, co ubyło. A chciało się spać. Trzy
wizyty, to trzy drzemki. Konieczne, bo nie sposób było utrzymać się na nogach. Instynktownie
odbierał kolejne sygnały, jakimi jego ciało komunikowało o tym, że emocje
tamtego stają się śmiertelnie niebezpieczne. Instynktownie, bo Asuna nie potrafił dokładnie
sprecyzować tego, co się działo. Brakowało mu słów, którymi choćby w myślach
można było nazywać kolejne z zachodzących zmian.
- Zło, Arteńczyku?!– wycedził. – Nie
jesteś wart życia skoro nadal myślisz w ten sposób. Nie zamierzam troszczyć się
o twoją kondycję. Żyjesz tylko dlatego, że Nithra uparł się, by tak było. Nie
rozumiem jego motywów i nie obchodzą mnie. Muszę zrobić swoje, bo taki mam
rozkaz, ale nic nad to. Dla mnie... – przykucnął przed Asuną – osoby twojego
pokroju to odpady... A śmieci należałoby się raczej pozbywać niż je gromadzić,
czyż nie?
Prowokowanie sprawiało mu jakąś osobliwą przyjemność.
Asuna zauważył to już podczas pierwszego spotkania, ale każde kolejne zdawało
się intensywniejsze pod tym względem. Nie w pełni pojmował powód tej niechęci.
Owszem, nie deklarował ani sympatii, ani zachwytu formacją do której tamten
należał. Nie robił tego w stosunku do nikogo, kogo tutaj spotkał. A jednak
tylko ten okazywał tak wiele wrogości. Tylko on zaczepiał, prowokował, zadawał
dodatkowy ból. To, choćby z racji braku jakichkolwiek innych działań było na
swój sposób interesujące, bo inne. Chciał wiedzieć dlaczego tamten odnosi się
do niego w taki sposób. Czym dał mu prawo. Nawet jemu było trudno uwierzyć, że
sam fakt iż pochodzi z Pogranicza jest wystarczająco mocnym argumentem, by ktoś
tak się zachowywał. I myślał. Poglądy? Nie były nim pewnie też poglądy, nastawienie
do tej formacji choćby dlatego, że przecież powiedziano mu, że większość z tych,
która tu trafia nie pała sympatią ani do samych Nitthor Tah, ani tym bardziej
do przymusu, by pośród nich żyć. Znosił więc te wizyty i zaczepki spokojnie.
Obserwując. Tamten nie dawał za wygraną, sięgał coraz głębiej do osobistych
spraw, coraz skuteczniej ranił. I rzeczywiście budził gniew. Prawdziwy, taki,
którego nie chciało się już powstrzymywać. Nawet jeśli miałoby to oznaczać
zabijanie.
- Najlepszą rzecz, jaka została w ciebie
wpisana oceniłeś przez pryzmat prymitywnych przesądów i doszedłeś do wniosku,
śmieciu, że jest zła! Przypominasz mi chorego Heura, któremu dano do rąk księgę
z dokładnym opisem leczenia jego choroby, a którą on wykorzysta na podpałkę w
chwili, gdy śmiercionośna gorączka omami dreszczami. To tak głupie, że
wywołujące obrzydzenie, wiesz?
Nitthor Tah. Myślał o nich pewnie jak większość
tych, którzy życie spędzili na Pograniczu. Jeśli się pojawiali, to po to, by
kontrolować lub karać. W karczmie powtarzano opowieści o masakrach urządzanych
przez nich. O szemranych interesach. O jego rodzinie. Tej, której nie znał, ale
przecież do niej przynależał. Mówiono, że niosą zagładę i cierpienie, że nie
znają litości, że odwołują się do najstraszniejszych z sił jakie istnieją w
świecie. Tak starych i tak strasznych, że brzydzono się nimi. Tyle, że dotąd jego
osobista niechęć rosła jedynie na słowach, nie na konkretach. Teraz je
zyskiwał. Potwierdzało się wszystko to, o czym mówiono. O okrucieństwie, o
pysze. O pogardzie. Zyskiwał racjonalne podstawy do gniewu. Własne.
- Ty cały nie jesteś nawet w setnej części
warty tyle ile to, co mianowałeś „złem”! Twój Dar, to jedyna doskonałość w
tobie. Jedyna rzecz, która sprawia, że można nie rzygać na twój widok, głupcze!
Emocje mężczyzny znów siekły bólem. Tym
razem nie chciało mu się ocierać krwi, pozwolił jej płynąć swobodnie. Zacisnął
szczęki. Odruchowo nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że w ten sposób staje
się dla tamtego aż nadto czytelny. Podniósł oczy. Jeszcze parę słów – pomyślał
patrząc na tamtego. – Parę słów. Nie uchwycił, że w myśli pojawiła się zachęta.
Chłodna, pełna satysfakcji. Taka, jakiej sam nie chciałby wyrazić.
- No i co, synku? Chciałbyś coś
powiedzieć? – zakpił mężczyzna. – Myślisz może, że masz niepowtarzalną okazję
nauczyć mnie moresu? – przeniósł wzrok na zaciśnięte pięści chłopaka. – No,
zrób coś? Rad byłbym...
Asuna drgnął lekko i zastygł w bezruchu. Nie
chciał zrobić niczego, z czego tamten mógłby być rad. Nie w tej chwili. Czuł,
że skuwa go obojętność. Chłodna. Niezdolna do współczucia. Czekał. Nie mając
pojęcia na co.
- Kiria! Jakiś ty głupi! – syknął tamten.
– Nie przekonałem cię, tak?... – potrząsnął z niedowierzaniem głową i wstał. -
Wielu już widziałem, ale jesteś pierwszym, którego miałbym naprawdę ochotę
zabić. Za głupotę. No nic... Więc jeszcze raz spróbuję... Tam, w Arte elitę
stanowią ci, którzy choćby w minimalnym stopniu opanowali swój Dar, nieprawdaż?
W twojej osadzie też tacy byli. Szanowny braciszek, kto wie, czy nie tatuś. Któraś
z siostrzyczek? Twoja rodzina zasłynęła z tego – skrzywił się w brzydkim
uśmiechu. - Rodzą się w każdym razie tam jeszcze z Darami. Szkoda, że wśród
kretynów, którzy zamiast powierzyć szkolenie w tej materii fachowcom, biorą się
za to sami... Dzieci we mgle... Perły w gnojowisku.
Roześmiał się widząc jak mięśnie na
ramionach Arteńczyka powoli się napinają.
- Te Dary niczym się nie różnią od tych,
które wykorzystujemy my...
- Służą obronie... – wycedził nagle Asuna.
Cicho. Stanowczo. I tak czysto, że było
oczywiste, że brzmi w nich tylko jedno uczucie. Gniew, który nawet nie miał być
tajony. Talion zmarszczył lekko brwi. I skoncentrował się. Zbyt dobrze wiedział
z kim ma do czynienia i jak naprawdę niebezpieczne jest jego zadanie. Niemniej
musiał wykonać to, co mu zlecono.
- Tutejsze także bronią. Ale nie ograniczają
się do obrony małego fragmentu Pogranicza albo garstki wybranych z rodzinki… Rozciągają się nad całą Hantrą. Zrozum to,
szczeniaku – odruchowo ostudził odrobinę ton swego głosu. – Im mniej
dobrochciejstwa, tym lepiej. Ta twoja rodzinka…
Absolutnie nie mógłby powiedzieć, że potrafi
zachować spokój. Zbliżali się do końca tych osobliwych lekcji. Końca tak samo
nieprzewidywalnego dla tamtego chłopaka, jak i dla niego samego. Jeszcze chwilę
– pomyślał Talion walcząc z chęcią nerwowego przełknięcia śliny.
- Och! Nie daj się prosić – roześmiał się
pogardliwie. – Wyjaśnij mi czym jest dobro, czym zło... – Nic. Milczenie i
zaciśnięte szczęki. - Dzieci we mgle – powtórzył przez zaciśnięte zęby. –
Naiwne, głupiutkie dzieci posługujące się logiką czterolatka, dzielące rzeczy
tego świata na dobre i złe. Marnujące szanse i wierzące we własny
niekonsekwentny system wartości.
Asuna przełknął krew, która zalała mu
usta. Tym razem pozwolił sobie na skulenie się. Poczuł jak po policzkach
spływają łzy nie mające nic wspólnego ze smutkiem, czy bezsilnością. Po prostu
były naturalną reakcją na nadmiar bólu. Nic więcej. Taką jak wtedy, gdy zaprószysz
oczy.
- Śmieciu! – mruknął tamten i ponownie zbliżył
się do niego. – Mam cię dość. Mam dość tłumaczenia ci tego wszystkiego. Pokażę
ci. No, już!
Zdecydował się nagle. Musiał. Później
mogłoby to stać się zbyt trudne. Doskoczył do chłopaka i złapał jego rękę w
nadgarstku, by poderwać go z ziemi. Zobaczył zaskoczenie w oczach i nim zdążył
je zrozumieć, uderzył w twarz. Mocno. Mocniej niż zamierzał. Głowa Asuny
odskoczyła w bok. I nic. Zupełnie nic. Nie puszczał jego ręki. Poczuł pod
palcami ruch mięśni. Wzmocnił uścisk. Chłopak szarpnął rękę. Jakoś tak miękko.
Potem silniej. Podkurczył nogi i skręcił ciało.
- Zobaczysz, gówniarzu! – warknął
rozumiejąc co tamten zamierza zrobić.
Szybkim ruchem, nim Asuna cokolwiek zdążył
zrobić, wykręcił rękę chłopaka. Stawy chrupnęły ostrzegawczo. Talion warknął z
wysiłku. Siła z jaką opierał się Arteńczyk znacznie przerosła jego oczekiwania.
Jeśli nie puszczę – pomyślał – połamię mu rękę.
Asuna!
Wystarczy wiedzieć!
Otworzył szeroko oczy i popatrzył na
tamtego. A potem warknął znów. Z wysiłku. I bólu.
- Dobrze… - wydyszał Talion puszczając go. – Już wiem… To nadal
jest…
***
- To boli... Nie rób... – wyjęczał Talion
odpychając dłoń, która badała jego rękę.
Bolało. Bez wątpienia. Ssen po raz kolejny
zanurzyła zakrwawiony płat materiału w misce z wodą i wykręciwszy go starannie
na nowo poczęła oczyszczać skórę wokół rany. Tylko po to, by móc zobaczyć, co
właściwie się stało. Nadal było to niemożliwe. Zbyt mocno krwawił. Zaraz
powinien ktoś być. Posłali niemal natychmiast po medyka z głównej świątyni.
Rzuciła na bok materiał i założyła ucisk, by przynajmniej powstrzymać trochę krwawienie.
- Proszę... – jęknął tracąc przytomność.
Popatrzyła
na Asunę. Leżał zwinięty w kłębek, z szeroko otwartymi oczyma i wpatrywał się w
jakąś nieistniejącą dal. Twarz miał nieruchomą. Odprężoną. Tak przynajmniej to
wyglądało. A to co? – pomyślała. - Wyrzuty sumienia, czy zadowolenie?
- Asuna... Co ci jest?
Zamrugał
oczyma jak ktoś, kto nagle został wyrwany z drzemki. Przez chwilę nie
odpowiadał.
- Mi? Nic… - zbladł siadając. - Pomożesz
mu? – wykrztusił wreszcie i natychmiast zacisnął wargi, jakby wstydził się
swego pytania.
A zatem nie upajał się własną potęgą.
Odwróciła wzrok.
- Trochę. Nie do końca...
- Cierpi...
- Teraz nie. Stracił przytomność.
- Posłuchaj... Kiedy mnie tu sprowadzili
był taki... Nie pamiętam jak miał na imię. Jakoś przejął mój ból. Wiesz jak to
się robi?
Wróciła
bez słowa do pracy. Wiedziała jak to się robi i jak na imię miał ten, który uczynił
to dla niego. I to, że Asuna właśnie załatwił kogoś, kogo tamten przysłał. To
otwarte złamanie, prawdopodobnie w kilku miejscach. Jaka była szansa, by Talion
odzyskał sprawność? Bał się tego zadania. Codziennie bardziej. Ale on jeden uparcie
utrzymywał, że Nithra nie przejął Dzikiego Daru. Że ten nadal jest w chłopaku.
Drzemie, tak powiedział. Dlatego padło owo: "Sprawdź zatem."
- Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała głucho.
- To właściwie... Zrobił on...
- Ejże! – zaprotestowała.
- To... Była jego myśl... Przeznaczona dla
mnie. Pomyślał, że złamie mi rękę. Potem straciłem kontrolę...
- Wiesz kim on jest?
- To jeden z Nitthor Tah... Tych, co już
się nie uczą.
- Ha... – mruknęła. – Rzeczywiście już się
nie uczy. Od dawna. Należy do Stu. Wiesz kto to?
- Nie. Ale… To nie ja... To on... –
powtórzył z wyrazem uporu na twarzy.
- Tak się usprawiedliwiasz?
- Usprawiedliwiam? – był zdziwiony. – A...
On... – uderzył się lekko w skroń. – Głos. Coś, co jest w moim łbie. Co myślałem,
że już go nie ma… Po prostu pomógł mi
zrozumieć, co tamten myśli, co chce zrobić... To szybciej - zacisnął szczęki. – Szybciej niż oprawca.
- To nie oprawca – powiedziała cicho. –
Dostał rozkaz….
- Żeby połamać mi ręce? – warknął.
Popatrzyła
na niego z powątpiewaniem. Talion chciał mu połamać ręce? Za co? Nie ważne. Do
pomieszczenia weszła szybkim krokiem kapłanka głównej świątyni. Nie wysiliła
się na jakiekolwiek przywitanie. Obrzuciła niechętnym spojrzeniem Asunę i
przeniosła wzrok na Taliona.
- Wyjdźcie – mruknęła.
- Chodź, Asuna... – mruknęła Ssen.

