Muka usiadł pod ścianą muru dzielącego domy.
Pod jedynym drzewem, jakie tutaj rosło. Przez moment skupił się, by zapanować
nad oddechem. Na nic. Trzeba chwili… Otarł pot z czoła i przelotnym spojrzeniem
przemknął po własnych nogach. Mięśnie drgały oznajmiając skurczami kategoryczny
protest wobec wysiłku, jaki został im narzucony. W myślach panowała teraz
pustka. Taka, jakiej pragnął, gdy tu przyszedł. Było też wrażenie jakiejś ulgi,
której wcale się nie spodziewał. Odchylił głowę i popatrzył pustym spojrzeniem
na kołyszące się gałęzie. Między liśćmi migotały gwiazdy.
Nagle z boku rozległy się jakieś kroki.
Pewnie Carhirion – pomyślał przymykając oczy. – Pewnie przyszła znów
kapłanka...
Przychodziła codziennie. Teraz już tylko
wieczorami. Zmieniała w milczeniu opatrunki na jego łbie i odchodziła.
Właściwie już nie potrzebował takiej opieki. Tyle, że kapłanki utrzymywały, że
jakiekolwiek zaniedbanie w sprawie tych opatrunków sprawi, że rany będą dłużej
się zabliźniać i blizny będą rozleglejsze. Muka był rozdrażniony nie tylko tym,
że w tej kwestii nie miał absolutnie nic do powiedzenia, choć to przecież jego
łeb i jego blizny. Drażniło go to całe zamieszanie wokół jego osoby,
spojrzenia, ostrożność, z jaką omijano wszystko, co mogłoby mu przypomnieć o
przebiegu obrzędu. Drażniła go troska, jaką mu okazywano. I to też, że kapłanki
przebywały tutaj wyłącznie z jego powodu. Ściągnięto je z głównej świątyni i
zmuszano, by tkwiły w obcym sobie środowisku tak długo. Kiedy nie służyły jemu,
zabierały się za naukę młodych w Drugim Domu. Chyba po to tylko, by nie paść z
nudów. Te dodatkowe lekcje witano tam z wyjątkową niechęcią i także obciążano
jego za konieczność uczestniczenia w nich. Nie podobało się to zarówno samym
uczniom, jak i wszystkim Silate – nauczycielom Drugiego Domu. Kobiety po prostu
dezorganizowały innym pracę. W dodatku same nie były z tym zbytnio szczęśliwe.
- Ej! Ty... Muka, czy jak ci tam... – głos
był szorstki, napięty.
Ach,
odwiedziny… Doprawdy dziwne, że dopiero teraz. Muka nie otwierał oczu. Słuchał.
- Śpisz, czy co?
Tym razem w tonacji głosu pojawiło się
rozbawienie. Złośliwe. Przez chwilę jeszcze analizował ton głosu, jego barwę i
tempo próbując przyporządkować je do kogoś znanego. Choćby z widzenia.
Bezskutecznie. Zbyt długo był nieobecny w Drugim Domu, by znać wszystkich jego
bywalców. Głos był młody. Na granicy dziecięcego. Mógł spokojnie zakładać, że
mówi do niego ktoś z uczniów. Możliwe, że całkiem świeżo upieczonych. Próby
odbywały się niedawno.
- Czego chcesz? – zapytał spokojnie.
Czegoś chciał. Czegoś, co na pewno nie
uwzględniało zasad jakiejkolwiek uprzejmości. Nawet takiej, jaka należałaby się
komuś, kto na tym etapie szkolenia zżarł przysłowiowe zęby.
- Może chociaż oczy otworzysz... – z boku
rozległ się drugi głos.
Brzmienie tego głosu zdradzało nastrój
mówcy jeszcze bardziej wyraziście, niż u poprzednika: był gotów do walki. Nie słyszałem, jak podszedł – zaniepokoił się
Muka. – Kiedy? Nadal nie otwierał oczu nasłuchując. Ten drugi zatrzymał się w
odległości kilku kroków. Bezpiecznej zatem. Nasłuchiwał nadal kontrolując
jednocześnie odległość jaka dzieli go od przybyłych. Był jeszcze trzeci. Aha...
Podbite materiałem buty... – przypomniał sobie grupę młodych, których wczoraj
obserwował podczas treningu. Zaimponowali mu. Zgraniem. Najprawdopodobniej
szkolono ich do współdziałania w takim właśnie zespole. Musieli mieć
umiejętności, które wzajemnie się wspierały. Bywało i tak, choć niewielu znał
takich, którzy poważaliby podobne formy. W Trzecim Domu ceniono sobie przede
wszystkim samodzielność i gotowość do działania w pojedynkę. Logistycznie pary,
trójki – wszelkie zgrupowania – były po prostu trudniejsze. A oni przecież
zmierzali zapewne do Trzeciego Domu. W przyszłości… Ktoś dużo zaryzykował
tworząc to trio. Ktoś, kto w przeciwieństwie do tych szczeniaków doskonale
musiał rozumieć, że ryzykuje. Bez wątpienia wiedział, co robi.
Muka powoli otworzył oczy. Stali tak, by
odciąć mu ewentualną drogę ucieczki. Uśmiechnął się ponuro. Wewnętrznie.
Naiwnie wierzyli, że mógłby zechcieć próbować odwrotu. Nie ruszał się.
- Otworzyłem. Masz jakiś interes, mów.
- Mam...
Chłopak, który zaczął rozmowę był najwyższy
z pozostałych. Miał niedbale związane włosy i nadgarstki oplecione skórzanymi
pasami. Stał w lekkim rozkroku, na nieco ugiętych nogach. Układ stóp zdradzał,
jak zamierza atakować. Aż nadto wyraźnie. Nic pewnie dziwnego w Drugim Domu.
- Słucham – ponaglił go Muka.
Jeden z pozostałych poruszył się
niespokojnie. Zszedł niżej, opierając dłonie na ziemi. Zakołysał się lekko na
nogach wyraźnie węsząc. Muka uśmiechnął się w duszy. Czegokolwiek się uczył,
był wyraźnie zachwycony własnym powonieniem. Uważał je za coś wyjątkowego.
Tylko, że w Trzecim Domu wszyscy mieli wyostrzony węch. Już. Bez tego Domów nie
można było opuszczać. Tkwiło się w nich tak długo, jak długo się tego nie
nauczyło. Po prostu. Niskie ataki, elastyczność, stosunkowo szybko wyczulenie
węchu. Być może słuchu też. Zapewne jego Dar już był częściowo przebudzony i
powiązany z którymś ze zwierząt. Zazwyczaj podkpiwano z takich technik. Chyba,
że łączono je z jakimś specyficznym Darem. Najpewniej – uznał. I zapewne ów
specyficzny należał do któregoś z kolegów. Zdał sobie sprawę, że tamci mogą
chcieć wykorzystać swoje Dary przeciw niemu. Byli tu zbyt krótko, by w pełni
rozumieć, że takie coś niespecjalnie się tu opłaca. Stało się też oczywiste, że
nie będzie mógł przeciwstawić im niczego, nad własne doświadczenie. Może
wystarczy – ocenił przenosząc uwagę na trzeciego chłopca. Na głowie miał chustę,
która kryła nie tylko czoło, ale też brwi. Był najmłodszy z nich, ale mimo to
najlepiej nad sobą panował. Stał swobodnie, z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała.
Po prostu patrzył. Z umiarkowaną ciekawością.
- Zamykali twój Dar, nie?
Muka
wzruszył ramionami. To nie było tajemnicą. Dla nikogo. Było też sprawą, którą
szeroko dyskutowano. Nieczęsto dochodziło do podobnych sytuacji.
- I co z tego?
- Chcemy zobaczyć jak to wygląda –
oświadczył kategorycznie ten najwyższy.
- Synku... – westchnął Muka. – Idź do celi
i przemyśl to, co powiedziałeś... Zanim nie zbierzesz batów. Albo nim ktoś
zdecyduje się zamykać twój Dar. Po tym naprawdę wiadomo już wszystko o tym.
- A od kogo te baty? – szczeknął ten,
który przykucnął przy ziemi. – Od ciebie?
- Możliwe, że ode mnie – potwierdził
spokojnie Muka.
Wyczuwał, że ten spokój wyprowadza ich z
równowagi. Zakładali jednak jakieś ryzyko, bo bali się go. To powinno być
pomocne. Nie był pewien tylko na ile. Był zmęczony. Wciąż jeszcze wycieńczony zamykaniem Daru. Po wielu dniach choroby, jaką to ostatnie przyniosło. No i nie miał szans oprzeć się na tym, co było podstawą jego technik - na Darze. Dar już nie istniał. Trudno to nazwać szczytem możliwości. Ale to ledwie Drugi Dom...
- Pokaż – głos wysokiego stał się głuchy.
Muka popatrzył na niego jakby od niechcenia
i uśmiechnął się lekko.
- Powiedziałem, żebyś stąd szedł. Ty i
twoi kumple. Źle się to skończy.
Wymienili spojrzenia ustalając kolejność i
jakość ataku. Byli żałośnie czytelni i równie żałośnie wierzyli, że są w stanie
go zwieść. Czekał. Był zbyt zmęczony, by rozpoczynać teraz walkę. Wolał po
prostu odpowiedzieć na atak. Mogli na to liczyć – uznał spokojnie. – Na
zmęczenie. Nie założyli nawet, że to również naiwne. W jego umyśle pojawiał się
chłód. I cisza. Te same, które zawsze pojawiały się na moment przed prawdziwą
walką. Te buty podbite szmatami... – musieli skądś się dowiedzieć o jego
umiejętnościach. Te akurat nie powinny zaniknąć. Zmarszczył brwi. Nie powinny…
A jednak ich nie słyszał. Przynajmniej dwóch z nich. Szmaty nie powinny
załatwić tej sprawy i niczego nie wyjaśniały.
Poderwał się, gdy skoczyli ku niemu. Dwóch.
Najmłodszy trzymał się na uboczu. Muka zanurkował między nimi i skoczył ku
porzuconym na uboczu swoim rzeczom. Nim wstał, miał już w ręce miecz. Ćwiczebny.
Drewniany. W sam raz, by sprawić nim manto, ale nie zabić. Chociaż i on bywał śmiercionośny…
Jeśli się nie uważało… Nie chciał ich pozabijać.
- Idźcie żesz – syknął.
- Harun! – krzyknął ten przy ziemi do
najmłodszego.
Muka zdążył odwrócić miecz tak, by uderzyć
szerszą stroną. Większy siniec, mniejsze ryzyko złamań. Teoretycznie. Uderzył
krzyczącego. Płazem. Chłopak zatoczył się ale zaraz runął ku niemu. Muka
pozwolił mu się zbliżyć, znów pacną gówniarza bronią i – gdy ten opadł ku ziemi
- poprawił łokciem. Tamten nie zdążył nawet krzyknąć. Ten drugi też nie. Leżał
na ziemi rozcierając bezradnie krew płynącą z nosa. Przeliczyli się. Muka
zatknął miecz za pas i popatrzył w stronę najmłodszego.
- Zjeżdżaj – mruknął. – Zabierz ich i
zjeżdżaj... A przed snem módlcie się, żebym nie zgłosił nikomu tego incydentu.
- To nie incydent... Pokaż – powiedział
spokojnie tamten i pokazał na jego czoło.
Muka skrzywił się w kwaśnym uśmiechu. I
zaklął w myślach opadając na kolana. Też się przeliczył. Tamci nie byli niczym
więcej, jak pionkami rozstawionym zgrabnie na planszy możliwości Daru najmłodszego
z nich. Mieli odwracać uwagę od tego, co
było najbardziej istotne. Rozgniewany ich wiekiem, niedoświadczeniem i
bezczelnością, dał się złapać w pułapkę o której potencjalnie doskonale
wiedział. Gdzieś za jego plecami rozległ się gniewny śmiech.
- Myślałeś...
Poczuł jak czyjeś kolana gniotą mu piersi. Za
tym przyszedł paraliżujący ból. Co ja, kiria, mam za szczęście?! Chciało mu się
śmiać. Z siebie. Właściwie mógł to uczynić. Bo nic innego w tej chwili nie było
możliwe. Nie był w stanie nawet drgnąć. Jakby z jego ciała usunięto wszystkie
mięśnie. Któryś przysolił mu pięścią w twarz, drugi zdarł opaskę z łba. Ze
śmiechem i wśród żartów. Muka uśmiechnął się w myślach ponuro. Zasłużył na te
szyderstwa. Już w Pierwszym Domu uczono go, że nie wolno ignorować żadnego z
wrogów. Co to było? – myślał. – Iluzja?
Sugestia? Nie pasowało to do niczego. Nagle zorientował się, że milczą. Jak
każdy, kto oglądał to, co kryły opatrunki. Uśmiechy znikły z ich twarzy. Chyba
dostarczył im wrażeń, które nieco przerosły ich oczekiwania.
- Harun... – burknął ten wysoki. – Puść
go...
- Ha...
Niemal natychmiast odzyskał siły. Bez
wątpienia chłopak miał wyjątkowy Dar. O tym najbardziej potrafiła świadczyć
właśnie szybkość, z jaką ktoś mógł posłużyć się swymi zdolnościami i wycofać
je.
- Możesz już wstać... – któryś wcisnął
opaskę do jego ręki.
- Napatrzyliście się? – zmrużył oczy nie
poruszając się.
Nad jego głową
rozległ się miękki śmiech.
- Owszem, owszem... Nawet było warto.
- Się okaże... – mruknął Muka spokojnie.
Sam był tym zaskoczony. Jeśli czuł cokolwiek,
to wahało się to między zdziwieniem, a poczuciem ulgi. Nie był nawet na nich
zły. Usiadł na ziemi i otarł rękawem krew cieknącą z wargi.
- Niezły jesteś... – popatrzył w stronę
najmłodszego. – Jak mądrze będziesz z tego korzystał, zajdziesz pewnie
daleko... – westchnął ciężko. – Jeszcze coś? – zwrócił się do pozostałych.
Patrzyli w milczeniu. Nie próbowali
demonstrować swojej buty, ani radości ze zwycięstwa. Wysoki kucnął przed nim opierając
ręce na kolanach.
- Ty też... – wykrztusił. – Byłeś
cholernie dobry...
- Ta... – uśmiechnął się lekko Muka.
Zrozumiał. Nie tylko o patrzenie chodziło.
Chodziło o Dar, który zamknięto. O... To czy ich umiejętności mogą być zagrożone,
gdy po drugiej stronie Daru nie ma. I o coś jeszcze. Wiedzieli, że zamknięto jego
Dar. Nie wiedzieli jaki. Gdy zdarli mu opaskę z łba, zobaczyli rysunek, bo ten
jeszcze nie został zlikwidowany. I zrozumieli, że nosił jeden z najrzadszych Darów…
- Sądziliście, że tylko Dary mają
znaczenie... – powiedział spokojnie. – Że Dary rzadkie są bezpieczne... Nie są.
Je też się zamyka.
- Miałeś jako jedyny zdolność...
- Owszem – powiedział twardo. – Jako
jedyny. Miałem.
Popatrzył tamtemu w oczy. Zobaczył w nich
poczucie porażki. I kto przegrał? – pomyślał kwaśno. – Ja, czy ty? Uśmiechnął
się lekko.
- Możecie spać spokojnie. Sami
wymierzyliście sobie karę, prawda? – wstał. – Ale warto, byście pamiętali, że
za takie coś możecie mieć na łbach podobne ozdoby... – mruknął.
- W najgorszym wypadku – zaooponował
tamten.
- W najlepszym. Użyłeś Daru w stosunku do
kogoś z Trzeciego Domu.
- Jesteśmy w Drugim.
- Ja wciąż jestem w Trzecim – mruknął. –
Nawet gdybym mieszkał w Wursie, idioto, to skoro już przeszedłem szkolenie w
Domu Trzecim, należę do niego.
- Ale…
- Nie ma „ale”. Ja zrobiłem z siebie
głupca dając wam się podejść. Wy próbując tego podejścia. Spierdalajcie stąd,
zanim ktoś będzie poczuwał się do zrobienia z wami porządku. Jest niepisana zasada
Trzeciego Domu… Jeśli dochodzi do ataku ze strony młodszych, ci mają przeciw sobie
cały Trzeci Dom. Bywa, że dożywają, by przekroczyć jego progi, ale to by było
na tyle…
- I nie dalibyśmy sobie rady? – zadrwił
wysoki. – Na poziomie Trzeciego Domu?
- Fizycznie? Może. Ale tu nikt nie
przetrwa sam... Zapamiętaj to sobie.
- Jest nas trzech – odparował.
- Zapamiętaj sobie... – westchnął ze
zniecierpliwieniem.
Odprowadzali go wzrokiem, w milczeniu, w
którym czaił się i strach, i jakiś respekt. Ciekawe... Nabyli tego ostatniego
zupełnie przełamując jego obronę. Może nie byli takimi głupcami, na jakich
początkowo wyglądali.
Carhrion przerwał nabijanie fajki. Brwi
Tuen Angh lekko drgnęły na widok Muki. Wszedł z opaską w dłoni, z poobijaną gębą
i poszarpanym ubraniem. Bez słowa podszedł do miski z wodą i ostrożnie
odłożywszy opaskę na bok obmył twarz. Przez chwilę stał odwrócony plecami do
mistrza.
- Ilu ich było? – zapytał Carhrion.
- Trzech... – odparł obojętnie po czym
starannie zawiązał opaskę i odwrócił się do Carhiriona.
Z lekkim uśmiechem błąkającym się na
wargach. I w oczach. Carhirion chłonął ten widok. Tęsknił za tym sposobem
wyrażania zażenowania. Takiego Mukę można było lubić. Za takim tęsknił.
- Ale wróciłeś o własnych siłach...
- No... – wzruszył lekko ramionami. –
Wróciłbym szybciej, gdyby nie potraktowali mnie dość ciekawą techniką... I
gdyby nie nagła potrzeba konwersacji…
Wiedział, że Carhirion nie wtrąci się w to,
co załatwił sam. Nigdy się nie wtrącał. Zrzucił buty i poczłapał w stronę swego
posłania podbierając po drodze jabłko z kosza ustawionego dla Carhiriona. Był
Tuen Angh, należały mu się zbytki. Muce nie, ale zawsze pozwalał korzystać z
tego, czym go tutaj honorowano. Muka westchnął i wgryzł się zębami w owoc
opierając jednocześnie plecy o ścianę.
- Co? – mruknął czując na sobie wzrok
mistrza.
Co? Zachowywał się normalnie. Jak już dawno
nie. Pomimo że zmęczony, potłuczony i bez wątpienia upokorzony.
- Jak bym wiedział, że manto może ci tak
poprawić nastrój, nasłałbym kogoś wcześniej... – uśmiechnął się Carhirion.
- Ha... Myślałem nawet, czy aby nie
przyszło ci to do głowy.
- Nie.
- Hm... – Muka poprawił się, po czym
zrezygnował z siedzenia i wyciągnął się na posłaniu.
Carhirion zaciągnął się dymem. Powinien
wykorzystać okazję i powiedzieć mu z czym przyszła Phervetiel, ale nie chciał
psuć mu humoru. Jutro – zdecydował.
- Mogę już iść... – powiedział nagle Muka.
- Iść?
- Tam... Do Pierwszego Domu. Już jestem...
Gotowy.
Tuen Angh milczał nie chcąc w żadnym razie
przerwać, ale tym razem zaciągnął się głębiej.
Muka popatrzył na niego z ciekawością.
Spodziewał się jakiegoś komentarza tymczasem tego najwyraźniej miało nie być.
- Bunt nie ma sensu, gdy już nic nie można
zmienić, prawda? – powiedział ciszej. – Ma dopóki ma się na cokolwiek wpływ. Ja
już nie mam.
- Masz. Ale na inne rzeczy niż dotąd. I nie do Pierwszego. Zostaniesz w Drugim. Tak zdecydowano...
- Bez znaczenia.
Muka znów wgryzł się w jabłko. Potrząsnął
lekko głową, jakby chciał odpędzić od siebie jakąś myśl i uśmiechnął się z tym
dziwnym zażenowaniem, które tak często bawiło Carhiriona. Gdy tak się uśmiechał
łatwo można było zapomnieć, jak bardzo dojrzał odkąd się spotkali po raz
pierwszy. Ale jednak dojrzał. Jednak się zmienił. Aż za bardzo.
- Muszę się przespać... – westchnął i
przymknął oczy.
Bez wątpienia, pomyślał Carhirion zaciągając
się ponownie dymem.
- Poczekaj chwilę z tym... Obiecałem, że
gdy już wrócisz wezwę kapłankę.
- Najwyżej mnie obudzi... – wymamrotał. –
Muszę...
Nie minęła chwila, a niedojedzone jabłko
potoczyło się po podłodze. Starzec potrząsnął z niedowierzaniem głową,
westchnął ciężko i ostrożnie wysypał popiół z cybucha. Odłożył na krawędź stołu
fajkę i podniósł się z krzesła na którym siedział. Nim wyszedł, spojrzał
jeszcze na śpiącego.
- Młodość... Jest dziwna.
Nigdy jej nikomu nie zazdrościł. I myśląc o
tym wszystkim, co jest jej częścią cieszył się, że sam zostawił ją daleko za
sobą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz