czwartek, 16 lipca 2020

Asuna XVII



    Muka usiadł pod ścianą muru dzielącego domy. Pod jedynym drzewem, jakie tutaj rosło. Przez moment skupił się, by zapanować nad oddechem. Na nic. Trzeba chwili… Otarł pot z czoła i przelotnym spojrzeniem przemknął po własnych nogach. Mięśnie drgały oznajmiając skurczami kategoryczny protest wobec wysiłku, jaki został im narzucony. W myślach panowała teraz pustka. Taka, jakiej pragnął, gdy tu przyszedł. Było też wrażenie jakiejś ulgi, której wcale się nie spodziewał. Odchylił głowę i popatrzył pustym spojrzeniem na kołyszące się gałęzie. Między liśćmi migotały gwiazdy.
    Nagle z boku rozległy się jakieś kroki. Pewnie Carhirion – pomyślał przymykając oczy. – Pewnie przyszła znów kapłanka...
     Przychodziła codziennie. Teraz już tylko wieczorami. Zmieniała w milczeniu opatrunki na jego łbie i odchodziła. Właściwie już nie potrzebował takiej opieki. Tyle, że kapłanki utrzymywały, że jakiekolwiek zaniedbanie w sprawie tych opatrunków sprawi, że rany będą dłużej się zabliźniać i blizny będą rozleglejsze. Muka był rozdrażniony nie tylko tym, że w tej kwestii nie miał absolutnie nic do powiedzenia, choć to przecież jego łeb i jego blizny. Drażniło go to całe zamieszanie wokół jego osoby, spojrzenia, ostrożność, z jaką omijano wszystko, co mogłoby mu przypomnieć o przebiegu obrzędu. Drażniła go troska, jaką mu okazywano. I to też, że kapłanki przebywały tutaj wyłącznie z jego powodu. Ściągnięto je z głównej świątyni i zmuszano, by tkwiły w obcym sobie środowisku tak długo. Kiedy nie służyły jemu, zabierały się za naukę młodych w Drugim Domu. Chyba po to tylko, by nie paść z nudów. Te dodatkowe lekcje witano tam z wyjątkową niechęcią i także obciążano jego za konieczność uczestniczenia w nich. Nie podobało się to zarówno samym uczniom, jak i wszystkim Silate – nauczycielom Drugiego Domu. Kobiety po prostu dezorganizowały innym pracę. W dodatku same nie były z tym zbytnio szczęśliwe.
-       Ej! Ty... Muka, czy jak ci tam... – głos był szorstki, napięty.
    Ach, odwiedziny… Doprawdy dziwne, że dopiero teraz. Muka nie otwierał oczu. Słuchał.
-       Śpisz, czy co?
   Tym razem w tonacji głosu pojawiło się rozbawienie. Złośliwe. Przez chwilę jeszcze analizował ton głosu, jego barwę i tempo próbując przyporządkować je do kogoś znanego. Choćby z widzenia. Bezskutecznie. Zbyt długo był nieobecny w Drugim Domu, by znać wszystkich jego bywalców. Głos był młody. Na granicy dziecięcego. Mógł spokojnie zakładać, że mówi do niego ktoś z uczniów. Możliwe, że całkiem świeżo upieczonych. Próby odbywały się niedawno.
-       Czego chcesz? – zapytał spokojnie.
     Czegoś chciał. Czegoś, co na pewno nie uwzględniało zasad jakiejkolwiek uprzejmości. Nawet takiej, jaka należałaby się komuś, kto na tym etapie szkolenia zżarł przysłowiowe zęby.
-       Może chociaż oczy otworzysz... – z boku rozległ się drugi głos.
    Brzmienie tego głosu zdradzało nastrój mówcy jeszcze bardziej wyraziście, niż u poprzednika: był gotów do walki.  Nie słyszałem, jak podszedł – zaniepokoił się Muka. – Kiedy? Nadal nie otwierał oczu nasłuchując. Ten drugi zatrzymał się w odległości kilku kroków. Bezpiecznej zatem. Nasłuchiwał nadal kontrolując jednocześnie odległość jaka dzieli go od przybyłych. Był jeszcze trzeci. Aha... Podbite materiałem buty... – przypomniał sobie grupę młodych, których wczoraj obserwował podczas treningu. Zaimponowali mu. Zgraniem. Najprawdopodobniej szkolono ich do współdziałania w takim właśnie zespole. Musieli mieć umiejętności, które wzajemnie się wspierały. Bywało i tak, choć niewielu znał takich, którzy poważaliby podobne formy. W Trzecim Domu ceniono sobie przede wszystkim samodzielność i gotowość do działania w pojedynkę. Logistycznie pary, trójki – wszelkie zgrupowania – były po prostu trudniejsze. A oni przecież zmierzali zapewne do Trzeciego Domu. W przyszłości… Ktoś dużo zaryzykował tworząc to trio. Ktoś, kto w przeciwieństwie do tych szczeniaków doskonale musiał rozumieć, że ryzykuje. Bez wątpienia wiedział, co robi.
   Muka powoli otworzył oczy. Stali tak, by odciąć mu ewentualną drogę ucieczki. Uśmiechnął się ponuro. Wewnętrznie. Naiwnie wierzyli, że mógłby zechcieć próbować odwrotu. Nie ruszał się.
-       Otworzyłem. Masz jakiś interes, mów.
-       Mam...
   Chłopak, który zaczął rozmowę był najwyższy z pozostałych. Miał niedbale związane włosy i nadgarstki oplecione skórzanymi pasami. Stał w lekkim rozkroku, na nieco ugiętych nogach. Układ stóp zdradzał, jak zamierza atakować. Aż nadto wyraźnie. Nic pewnie dziwnego w Drugim Domu.
-       Słucham – ponaglił go Muka.
    Jeden z pozostałych poruszył się niespokojnie. Zszedł niżej, opierając dłonie na ziemi. Zakołysał się lekko na nogach wyraźnie węsząc. Muka uśmiechnął się w duszy. Czegokolwiek się uczył, był wyraźnie zachwycony własnym powonieniem. Uważał je za coś wyjątkowego. Tylko, że w Trzecim Domu wszyscy mieli wyostrzony węch. Już. Bez tego Domów nie można było opuszczać. Tkwiło się w nich tak długo, jak długo się tego nie nauczyło. Po prostu. Niskie ataki, elastyczność, stosunkowo szybko wyczulenie węchu. Być może słuchu też. Zapewne jego Dar już był częściowo przebudzony i powiązany z którymś ze zwierząt. Zazwyczaj podkpiwano z takich technik. Chyba, że łączono je z jakimś specyficznym Darem. Najpewniej – uznał. I zapewne ów specyficzny należał do któregoś z kolegów. Zdał sobie sprawę, że tamci mogą chcieć wykorzystać swoje Dary przeciw niemu. Byli tu zbyt krótko, by w pełni rozumieć, że takie coś niespecjalnie się tu opłaca. Stało się też oczywiste, że nie będzie mógł przeciwstawić im niczego, nad własne doświadczenie. Może wystarczy – ocenił przenosząc uwagę na trzeciego chłopca. Na głowie miał chustę, która kryła nie tylko czoło, ale też brwi. Był najmłodszy z nich, ale mimo to najlepiej nad sobą panował. Stał swobodnie, z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Po prostu patrzył. Z umiarkowaną ciekawością.
-       Zamykali twój Dar, nie?
    Muka wzruszył ramionami. To nie było tajemnicą. Dla nikogo. Było też sprawą, którą szeroko dyskutowano. Nieczęsto dochodziło do podobnych sytuacji.
-       I co z tego?
-       Chcemy zobaczyć jak to wygląda – oświadczył kategorycznie ten najwyższy.
-       Synku... – westchnął Muka. – Idź do celi i przemyśl to, co powiedziałeś... Zanim nie zbierzesz batów. Albo nim ktoś zdecyduje się zamykać twój Dar. Po tym naprawdę wiadomo już wszystko o tym.
-       A od kogo te baty? – szczeknął ten, który przykucnął przy ziemi. – Od ciebie?
-       Możliwe, że ode mnie – potwierdził spokojnie Muka.
    Wyczuwał, że ten spokój wyprowadza ich z równowagi. Zakładali jednak jakieś ryzyko, bo bali się go. To powinno być pomocne. Nie był pewien tylko na ile. Był zmęczony. Wciąż jeszcze wycieńczony zamykaniem Daru. Po wielu dniach choroby, jaką to ostatnie przyniosło. No i nie miał szans oprzeć się na tym, co było podstawą jego technik - na Darze. Dar już nie istniał. Trudno to nazwać szczytem możliwości. Ale to ledwie Drugi Dom... 
-       Pokaż – głos wysokiego stał się głuchy.
    Muka popatrzył na niego jakby od niechcenia i uśmiechnął się lekko.
-       Powiedziałem, żebyś stąd szedł. Ty i twoi kumple. Źle się to skończy.
    Wymienili spojrzenia ustalając kolejność i jakość ataku. Byli żałośnie czytelni i równie żałośnie wierzyli, że są w stanie go zwieść. Czekał. Był zbyt zmęczony, by rozpoczynać teraz walkę. Wolał po prostu odpowiedzieć na atak. Mogli na to liczyć – uznał spokojnie. – Na zmęczenie. Nie założyli nawet, że to również naiwne. W jego umyśle pojawiał się chłód. I cisza. Te same, które zawsze pojawiały się na moment przed prawdziwą walką. Te buty podbite szmatami... – musieli skądś się dowiedzieć o jego umiejętnościach. Te akurat nie powinny zaniknąć. Zmarszczył brwi. Nie powinny… A jednak ich nie słyszał. Przynajmniej dwóch z nich. Szmaty nie powinny załatwić tej sprawy i niczego nie wyjaśniały.
     Poderwał się, gdy skoczyli ku niemu. Dwóch. Najmłodszy trzymał się na uboczu. Muka zanurkował między nimi i skoczył ku porzuconym na uboczu swoim rzeczom. Nim wstał, miał już w ręce miecz. Ćwiczebny. Drewniany. W sam raz, by sprawić nim manto, ale nie zabić. Chociaż i on bywał śmiercionośny… Jeśli się nie uważało… Nie chciał ich pozabijać.
-       Idźcie żesz – syknął.
-       Harun! – krzyknął ten przy ziemi do najmłodszego.
     Muka zdążył odwrócić miecz tak, by uderzyć szerszą stroną. Większy siniec, mniejsze ryzyko złamań. Teoretycznie. Uderzył krzyczącego. Płazem. Chłopak zatoczył się ale zaraz runął ku niemu. Muka pozwolił mu się zbliżyć, znów pacną gówniarza bronią i – gdy ten opadł ku ziemi - poprawił łokciem. Tamten nie zdążył nawet krzyknąć. Ten drugi też nie. Leżał na ziemi rozcierając bezradnie krew płynącą z nosa. Przeliczyli się. Muka zatknął miecz za pas i popatrzył w stronę najmłodszego.
-       Zjeżdżaj – mruknął. – Zabierz ich i zjeżdżaj... A przed snem módlcie się, żebym nie zgłosił nikomu tego incydentu.
-       To nie incydent... Pokaż – powiedział spokojnie tamten i pokazał na jego czoło.
    Muka skrzywił się w kwaśnym uśmiechu. I zaklął w myślach opadając na kolana. Też się przeliczył. Tamci nie byli niczym więcej, jak pionkami rozstawionym zgrabnie na planszy możliwości Daru najmłodszego z nich.  Mieli odwracać uwagę od tego, co było najbardziej istotne. Rozgniewany ich wiekiem, niedoświadczeniem i bezczelnością, dał się złapać w pułapkę o której potencjalnie doskonale wiedział. Gdzieś za jego plecami rozległ się gniewny śmiech.
-       Myślałeś...
     Poczuł jak czyjeś kolana gniotą mu piersi. Za tym przyszedł paraliżujący ból. Co ja, kiria, mam za szczęście?! Chciało mu się śmiać. Z siebie. Właściwie mógł to uczynić. Bo nic innego w tej chwili nie było możliwe. Nie był w stanie nawet drgnąć. Jakby z jego ciała usunięto wszystkie mięśnie. Któryś przysolił mu pięścią w twarz, drugi zdarł opaskę z łba. Ze śmiechem i wśród żartów. Muka uśmiechnął się w myślach ponuro. Zasłużył na te szyderstwa. Już w Pierwszym Domu uczono go, że nie wolno ignorować żadnego z wrogów.  Co to było? – myślał. – Iluzja? Sugestia? Nie pasowało to do niczego. Nagle zorientował się, że milczą. Jak każdy, kto oglądał to, co kryły opatrunki. Uśmiechy znikły z ich twarzy. Chyba dostarczył im wrażeń, które nieco przerosły ich oczekiwania.
-       Harun... – burknął ten wysoki. – Puść go...
-       Ha...
   Niemal natychmiast odzyskał siły. Bez wątpienia chłopak miał wyjątkowy Dar. O tym najbardziej potrafiła świadczyć właśnie szybkość, z jaką ktoś mógł posłużyć się swymi zdolnościami i wycofać je.
-       Możesz już wstać... – któryś wcisnął opaskę do jego ręki.
-       Napatrzyliście się? – zmrużył oczy nie poruszając się.
Nad jego głową rozległ się miękki śmiech.
-       Owszem, owszem... Nawet było warto.
-       Się okaże... – mruknął Muka spokojnie.
  Sam był tym zaskoczony. Jeśli czuł cokolwiek, to wahało się to między zdziwieniem, a poczuciem ulgi. Nie był nawet na nich zły. Usiadł na ziemi i otarł rękawem krew cieknącą z wargi.
-       Niezły jesteś... – popatrzył w stronę najmłodszego. – Jak mądrze będziesz z tego korzystał, zajdziesz pewnie daleko... – westchnął ciężko. – Jeszcze coś? – zwrócił się do pozostałych.
   Patrzyli w milczeniu. Nie próbowali demonstrować swojej buty, ani radości ze zwycięstwa. Wysoki kucnął przed nim opierając ręce na kolanach.
-       Ty też... – wykrztusił. – Byłeś cholernie dobry...
-       Ta... – uśmiechnął się lekko Muka.
   Zrozumiał. Nie tylko o patrzenie chodziło. Chodziło o Dar, który zamknięto. O... To czy ich umiejętności mogą być zagrożone, gdy po drugiej stronie Daru nie ma. I o coś jeszcze. Wiedzieli, że zamknięto jego Dar. Nie wiedzieli jaki. Gdy zdarli mu opaskę z łba, zobaczyli rysunek, bo ten jeszcze nie został zlikwidowany. I zrozumieli, że nosił jeden z najrzadszych Darów…
-       Sądziliście, że tylko Dary mają znaczenie... – powiedział spokojnie. – Że Dary rzadkie są bezpieczne... Nie są. Je też się zamyka.
-       Miałeś jako jedyny zdolność...
-       Owszem – powiedział twardo. – Jako jedyny. Miałem.
   Popatrzył tamtemu w oczy. Zobaczył w nich poczucie porażki. I kto przegrał? – pomyślał kwaśno. – Ja, czy ty? Uśmiechnął się lekko.
-       Możecie spać spokojnie. Sami wymierzyliście sobie karę, prawda? – wstał. – Ale warto, byście pamiętali, że za takie coś możecie mieć na łbach podobne ozdoby... – mruknął.
-       W najgorszym wypadku – zaooponował tamten.
-       W najlepszym. Użyłeś Daru w stosunku do kogoś z Trzeciego Domu.
-       Jesteśmy w Drugim.
-       Ja wciąż jestem w Trzecim – mruknął. – Nawet gdybym mieszkał w Wursie, idioto, to skoro już przeszedłem szkolenie w Domu Trzecim, należę do niego.
-       Ale…
-       Nie ma „ale”. Ja zrobiłem z siebie głupca dając wam się podejść. Wy próbując tego podejścia. Spierdalajcie stąd, zanim ktoś będzie poczuwał się do zrobienia z wami porządku. Jest niepisana zasada Trzeciego Domu… Jeśli dochodzi do ataku ze strony młodszych, ci mają przeciw sobie cały Trzeci Dom. Bywa, że dożywają, by przekroczyć jego progi, ale to by było na tyle…
-       I nie dalibyśmy sobie rady? – zadrwił wysoki. – Na poziomie Trzeciego Domu?
-       Fizycznie? Może. Ale tu nikt nie przetrwa sam... Zapamiętaj to sobie.
-       Jest nas trzech – odparował.
-       Zapamiętaj sobie... – westchnął ze zniecierpliwieniem.
   Odprowadzali go wzrokiem, w milczeniu, w którym czaił się i strach, i jakiś respekt. Ciekawe... Nabyli tego ostatniego zupełnie przełamując jego obronę. Może nie byli takimi głupcami, na jakich początkowo wyglądali.

     Carhrion przerwał nabijanie fajki. Brwi Tuen Angh lekko drgnęły na widok Muki. Wszedł z opaską w dłoni, z poobijaną gębą i poszarpanym ubraniem. Bez słowa podszedł do miski z wodą i ostrożnie odłożywszy opaskę na bok obmył twarz. Przez chwilę stał odwrócony plecami do mistrza.
-       Ilu ich było? – zapytał Carhrion.
-       Trzech... – odparł obojętnie po czym starannie zawiązał opaskę i odwrócił się do Carhiriona.
    Z lekkim uśmiechem błąkającym się na wargach. I w oczach. Carhirion chłonął ten widok. Tęsknił za tym sposobem wyrażania zażenowania. Takiego Mukę można było lubić. Za takim tęsknił.
-       Ale wróciłeś o własnych siłach...
-       No... – wzruszył lekko ramionami. – Wróciłbym szybciej, gdyby nie potraktowali mnie dość ciekawą techniką... I gdyby nie nagła potrzeba konwersacji…
    Wiedział, że Carhirion nie wtrąci się w to, co załatwił sam. Nigdy się nie wtrącał. Zrzucił buty i poczłapał w stronę swego posłania podbierając po drodze jabłko z kosza ustawionego dla Carhiriona. Był Tuen Angh, należały mu się zbytki. Muce nie, ale zawsze pozwalał korzystać z tego, czym go tutaj honorowano. Muka westchnął i wgryzł się zębami w owoc opierając jednocześnie plecy o ścianę.
-       Co? – mruknął czując na sobie wzrok mistrza.
   Co? Zachowywał się normalnie. Jak już dawno nie. Pomimo że zmęczony, potłuczony i bez wątpienia upokorzony.
-       Jak bym wiedział, że manto może ci tak poprawić nastrój, nasłałbym kogoś wcześniej... – uśmiechnął się Carhirion.
-       Ha... Myślałem nawet, czy aby nie przyszło ci to do głowy.
-       Nie.
-       Hm... – Muka poprawił się, po czym zrezygnował z siedzenia i wyciągnął się na posłaniu.
   Carhirion zaciągnął się dymem. Powinien wykorzystać okazję i powiedzieć mu z czym przyszła Phervetiel, ale nie chciał psuć mu humoru. Jutro – zdecydował.
-       Mogę już iść... – powiedział nagle Muka.
-       Iść?
-       Tam... Do Pierwszego Domu. Już jestem... Gotowy.
   Tuen Angh milczał nie chcąc w żadnym razie przerwać, ale tym razem zaciągnął się głębiej.
    Muka popatrzył na niego z ciekawością. Spodziewał się jakiegoś komentarza tymczasem tego najwyraźniej miało nie być.
-       Bunt nie ma sensu, gdy już nic nie można zmienić, prawda? – powiedział ciszej. – Ma dopóki ma się na cokolwiek wpływ. Ja już nie mam.
-       Masz. Ale na inne rzeczy niż dotąd. I nie do Pierwszego. Zostaniesz w Drugim. Tak zdecydowano...
- Bez znaczenia. 
   Muka znów wgryzł się w jabłko. Potrząsnął lekko głową, jakby chciał odpędzić od siebie jakąś myśl i uśmiechnął się z tym dziwnym zażenowaniem, które tak często bawiło Carhiriona. Gdy tak się uśmiechał łatwo można było zapomnieć, jak bardzo dojrzał odkąd się spotkali po raz pierwszy. Ale jednak dojrzał. Jednak się zmienił. Aż za bardzo.
-       Muszę się przespać... – westchnął i przymknął oczy.
   Bez wątpienia, pomyślał Carhirion zaciągając się ponownie dymem.
-       Poczekaj chwilę z tym... Obiecałem, że gdy już wrócisz wezwę kapłankę.
-       Najwyżej mnie obudzi... – wymamrotał. – Muszę...
   Nie minęła chwila, a niedojedzone jabłko potoczyło się po podłodze. Starzec potrząsnął z niedowierzaniem głową, westchnął ciężko i ostrożnie wysypał popiół z cybucha. Odłożył na krawędź stołu fajkę i podniósł się z krzesła na którym siedział. Nim wyszedł, spojrzał jeszcze na śpiącego.
-       Młodość... Jest dziwna.
   Nigdy jej nikomu nie zazdrościł. I myśląc o tym wszystkim, co jest jej częścią cieszył się, że sam zostawił ją daleko za sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz