Carhirion stał
oparty ramieniem o jedną z kolumn podtrzymujących zadaszenie rozciągnięte nad
wejściem do długiego domu. Z
ramionami skrzyżowanymi na piersiach obserwował Mukę, który najprawdopodobniej
próbował doprowadzić się do skrajnego wyczerpania. To dobra metoda na własną
wściekłość. Znacznie lepsza, przynajmniej zdaniem Tuen Angh, niż bezsensowna
dyskusja, czy prowokowanie innych do bójki. Muka stosował ją pewnie od zawsze,
a na pewno odkąd Carhirion przejął go pod opiekę.
Do mistrza niespodziewanie
dołączyła Phervetiel. Starzec po raz kolejny odnotował, jak młodzi są
ci, którzy wkraczają teraz w szeregi Tuen Angh. Uśmiechnął się do niej lekko.
Odpowiedziała skinieniem głowy skupiając wzrok na Muce.
- Jak
długo to trwa? – zapytała rzeczowo.
- Pytanie
raczej, kiedy się skończy... – westchnął Carhirion.
Zaglądał już tutaj czwarty raz z rzędu i wciąż nie zanosiło
się na finał.
- Niedługo
– oceniła obojętnie krzywiąc się z jakimś lekceważeniem. – Oczywiście ty znasz
go lepiej... Ale jak na mój gust, za chwilę padnie na pysk...
- Myślałem
tak już przed południem... Jakoś potem wrócił do formy.
- O
ile takie zachowanie można uznać, za oznakę powrotu do formy – chrząknęła z
niesmakiem. – Gdyby kazano mu tak harować, skląłby tych, którzy wydają podobne
polecenia.
- Wątpię...
Klnie rzadziej niż ty – uśmiechnął się Carhirion. – Masz jakąś sprawę do mnie?
- Nie...
– wzruszyła ramionami. – Przyszłam popatrzeć. Uwielbiam widok desperatów.
Carhirion
pomyślał, że czasem więcej współczucia potrafili wydobyć z siebie mężczyźni,
niż ona. Ale to ona przeszła szkolenie, które miało na celu wytrawienie pewnych
uczuć.
- Chodź.
Dajmy mu spokój...
- Spokój...
– skrzywiła się - ...to w tej sytuacji nie najlepsze określenie.
Ruszyła za Carhirionem stawiając lekkie, trochę
nienaturalnie miękkie kroki. Jedyny dowód na to, że potrafiła cokolwiek
zrozumieć z całej tej sytuacji. Muka potrzebował samotności. A przynajmniej
złudzenia, że może na nią liczyć.
- Co
właściwie się stało?- zapytała kwaśno.
- Nic
wielkiego. Po prostu został zapoznany ze swoimi dalszymi obowiązkami.
- I
nie cieszy się, że będzie uczył w Drugim Domu... – mruknęła ze zrozumieniem, choć i ono było
podszyte drwiną.
- Chyba
nie za bardzo... – chrząknął Carhirion.
- A
z tego, że żyje, pewnie jednak się cieszy?
- Dziś?
Szczerze wątpię... W ogóle będzie potrzebował czasu, by to docenić.
- A ja
właśnie w tej sprawie. Przecież przywieźliśmy mu ucznia.
- Jemu?
- Chłopaka
z Pogranicza, z Dzikim Darem. Rzecz w tym, żeby się nasz szanowny Muka
pozbierał do kupy możliwie najszybciej. Bo Nithra przejął tamtego i nie pozwolą
mu na odpoczynek, dopóki Muka nie roztoczy nad nim opieki. Ten Dar trzeba kontrolować.
- Nieprawda,
Phervetiel... Ten Dar, jest w Nithrze. Jego raczej Muka mieć na oku nie będzie. Ponadto Muka nie może kontrolować Daru. Już żadnego.
- Oczywiście sprawy samego Daru spadną na kogoś innego - zgodziła się szybko. - Ale teraz trzeba będzie mieć
smarkacza nieustannie na oku. Zdecydowano, że owo oko będzie okiem Muki. I
tyle. Nie będą nic robić... Nic dla Nithry... Dopóki Muka nie będzie się nadawał do swojej roboty. Formalnie przejął tamtego i... No wciąż to on nad nim sprawuje pieczę... - plątała się. - A
Nithra tkwi w tym już trzech dni. Każdy kolejny jest bardziej niebezpieczny.
Dla Nithry i tamtego. Zresztą, co ja ci będę tłumaczyć... – spojrzała na niego
z wyrzutem, jakby rzeczywiście potrzebował jej wyjaśnień w tej materii. –
Zmobilizuj go. To twój uczeń.
- Już
nie – przypomniał jej chłodno. – Poza tym sama widzisz, że nie nadaje się w tej
chwili...
- Zrób
to – warknęła. – Nithra dostaje na łeb. To nie jest zwykły Dar.
- Żaden
Dziki Dar nie jest zwykły.
- Jak
się nie pospieszy, to... – urwała zdając sobie sprawę, że nie ma prawa
wygłaszać żadnych gróźb pod adresem Carhiriona. Co więcej, winna mu szacunek.
- To
co?
- Będzie
drugi Muka... Chcesz tego? A może Muka chce, albo będzie szczęśliwszy, gdy zapieczętują kogoś tylko
dlatego, że on akurat miał fochy? Jak myślisz, przysłuży mu się branie na
siebie takiej odpowiedzialności? Będzie dobrze wiedział, na co skazał...
Stała przed Carhirionem nieruchomo, jakby zamierzała odciąć mu drogę. Mistrz zachował spokój. Zbyt
go wzruszyło to, co było rzeczywistym motywem tej rozmowy, by potrafił się
obrażać na jej ton.
- Boisz
się o Nithrę... – zauważy łagodnie.
- Nie
boję się! – warknęła. – Po prostu realistycznie oceniam jego szanse.
Urwała, odwróciła
wzrok, a po chwili wzruszyła ramionami. Było w niej teraz coś z dziecka.
- Phervetiel,
doskonale wiem, że szkolenie nie odniosło stuprocentowego sukcesu... Boisz się
o Nithrę, tak samo jak bałaś się o Bessela.
- Nie
– podniosła spojrzenie, jej głos stał się lodowaty. – O nikogo nie boję się
tak, jak Bessela. I ty o tym też wiesz. Więc nie musisz wypominać...
- Niczego
ci nie wypominam! – oburzył się. – Po prostu zezwalam ci na normalne uczucia.
Przypominam, że akurat dla mnie nie musisz grać roli... A także ucieszyło
mnie, że Nithra ma sprzymierzeńca w kimś
takim jak ty...
Zagryzła wargi i
spuściła głowę powoli rozluźniając palce zaciśnięte w pięści. Milczała.
Carhirion uznał, że nie ma prawa dalej trzymać ją w szachu własnych słów.
- Tuen
Angh... – mruknął powołując się na jej tytuł i sygnalizując tym samym, że
zamierza do niej mówić tak, jak mówi równy, z równym. – Będę starał się
przyspieszyć to wszystko. Zrobię, co w mojej mocy.
- Dziękuję, Tuen Angh – mruknęła podnosząc powoli głowę.
Była blada. Jej
oczy lśniły dziwnym, gorączkowym blaskiem. Carhirion poczuł, jak ściska mu się
serce. Nie zapomniała. Ani trochę. Ta, o której mówiło się, że uczucia są jej
obce. Być może w odniesieniu do wielu spraw, rzeczywiście były nieobecne w jej
życiu. Ale nie tutaj.
- Ja
też za nim tęsknię... – westchnął ciężko.
- To
dobrze... – mruknęła. – Znaczy, że wciąż nie jest tylko imieniem na jednym z
kamieni świątynnych...
- Tak... Muka w końcu straci siły, wtedy z nim pomówię.
- Dobrze... - spuściła głowę. Przez chwilę milczała, potem drgnęła i podniosła wzrok. - Zawaliłam, Carhrionie - zagryzła wargi. - Zgodziłam się, by Nithra to zrobił... A w każdym razie nie zabroniłam mu.
Przez chwilę patrzył na nią uważnie.
- A miałaś inne wyjście? - uśmiechnął się łagodnie. - Ja też znam Nithrę.
Na twarzy dziewczyny odmalowała się jednocześnie i ulga, i wdzięczność.
- Niemniej dowodziłam... - mruknęła.
- Nie zrobił nic nagannego. Ty też. Reszty przewidzieć nie mogliście.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz