czwartek, 16 lipca 2020

Asuna XVIII


***
   Asuna ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał się szkoleniu na Placu. Nie do końca podobało mu się to, co zobaczył. Wyglądało to tak, jakby ktoś wierzył, że przy pomocy identycznych chwytów, uników i ataków można było pokonać każdego. Wszyscy wykonywali te same ruchy, w jednakowym rytmie i ze zbliżoną siłą.
-      -  Podoba ci się?
     Wysoki mężczyzna  przyglądał mu się już od dłuższego czasu. Wiedział o tym i o fakcie, że to tylko kwestia czasu, zanim się odezwie. Widać czas nadszedł. Nadchodził każdego dnia kilkukrotnie. Regularnie. I zawsze zaczynało się od tego patrzenia.
-     -  Niespecjalnie... – mruknął odwracając się do niego.
    Tamten ubrany był tak, jak tutaj wszyscy. Szerokie spodnie związane w kostkach, wpuszczone do wysokich, miękkich butów. Na to obszerna szata, z licznymi wiązaniami. Jej obszerne rękawy przewiązane krzyżowo od nadgarstków po łokcie rzemieniem. Długi, szeroki pas materiału oplatający kilkukrotnie biodra. Wszystko w jednym kolorze. Ciemnym. Trochę ziemistym. To swoiste umundurowanie też nie przypadło mu do gustu. Nie lubił takiego powielania. Może to tylko na pewnym etapie – pomyślał. Ci, którzy przybyli po niego nie razili podobną jednolitością. Byli ubrani podobnie, ale nie tak samo.
-       Hm... – oczy tamtego zwęziły się lekko. W uśmiechu. – Rzadko można usłyszeć podobne odpowiedzi. Nawet tutaj, w Pierwszym Domu.
-       Dziwi mnie to – mruknął Asuna. – Czemu niby ma służyć taki taniec? Liczycie, że wasi wrogowie dadzą się poprowadzić w walce, jak kobiety na balu?
-       Kobiety? Na balu? Nawet one nie zawsze chętnie... – uśmiechnął się szerzej.- O ile wiem... - podrapał się po skroni. - Właściwie mamy marne w tym doświadczenie. 
       Ten uśmiech nie był sympatyczny, bo sztuczny.
-       Co cię śmieszy?
-       Jak myślisz, za co ceni się Nitthor Tah?
-       Zależy gdzie... W Arte się nie ceni – mruknął niechętnie.
-       Bo jest pokój – odpowiedział tamten chłodno. – Ale może rzeczywiście źle postawiłem pytanie. Co w nich jest takiego, że w ogóle się ich zauważa bardziej niż innych?
-       Zabijają – Asuna zacisnął szczęki. – Wiedzą o tym wszyscy. Robią to szybko, bez przeszkód, cicho.
      Jego rozmówca westchnął ciężko i pokiwał z dezaprobatą głową.
-       Po to tu się znalazłeś? Żeby tak zabijać?
-       Nie znalazłem się tu z własnej woli!
-       Wiem... Nie podnoś głosu. Pomyśl, co cię tu sprowadziło...
-       Tacy jak ty...
-       Lepsi – odparł spokojnie. – Ale sprowadzili cię po to właśnie, byś zbyt wielu nie zabił. O ile wiem, sam ostatecznie wyraziłeś na to zgodę. Masz tak krótką pamięć? Ból mija i zapominasz o zagrożeniu jakie stanowiłeś?
     Asuna spuścił głowę. Nie zapominał. Ani na chwilę. Bał się, że to wróci. Po prostu był już rozdrażniony czekaniem. Przywieziono go tutaj, pokazano gdzie może spać, jeść, umyć się i na tym koniec. Ten zaś go prześladował. Swoimi pytaniami, kazaniami, mądrościami. Teraz patrzył na niego z ukosa jakby czekał na odpowiedź, ale nie czekał. Tych spotkań wystarczyło, by Asuna wiedział, że zaraz i tak podejmie swój monolog. Będą słowa. Dużo słów. Takich, które są obojętne, które drażnią.  
-       Chodź ze mną, coś ci pokażę...
-       Nie chcę.
-       Bo?
-       Bo nie masz nic do pokazania, a to, co zechcesz pokazać, to zło.
-       Zło?!
    Mężczyzna odwrócił się gwałtownie zaciskając dłonie w pięści. Pełne gniewu spojrzenie uderzyło w Asunę z taką siła, że ten poczuł je fizycznie. Tym razem go to nie zdziwiło. Już dano mu to poznać.  Tamten miał zdolność przetwarzania emocji na coś fizycznego. Gdy wybuchał złością, czasem oznaczało to ból, innym razem przynosiło to osłabienie, zamroczenie. Różnie. Otrząsnął się szybko z wrażenia i powoli uniósł dłoń, by otrzeć krew cieknącą z nosa. Bo tym razem tak. Znów – pomyślał obojętnie. – Tak samo jak za każdym razem. Trochę będzie się pastwić i pójdzie.
    A jednak rozumiał, że każde kolejne spotkanie z tym wojownikiem pustoszyło jego organizm. Czuł to. Po jego wizytach był słabszy. Sen nie wyrównywał tego, co ubyło. A chciało się spać. Trzy wizyty, to trzy drzemki. Konieczne, bo nie sposób było utrzymać się na nogach. Instynktownie odbierał kolejne sygnały, jakimi jego ciało komunikowało o tym, że emocje tamtego stają się śmiertelnie niebezpieczne.  Instynktownie, bo Asuna nie potrafił dokładnie sprecyzować tego, co się działo. Brakowało mu słów, którymi choćby w myślach można było nazywać kolejne z zachodzących zmian.
-       Zło, Arteńczyku?!– wycedził. – Nie jesteś wart życia skoro nadal myślisz w ten sposób. Nie zamierzam troszczyć się o twoją kondycję. Żyjesz tylko dlatego, że Nithra uparł się, by tak było. Nie rozumiem jego motywów i nie obchodzą mnie. Muszę zrobić swoje, bo taki mam rozkaz, ale nic nad to. Dla mnie... – przykucnął przed Asuną – osoby twojego pokroju to odpady... A śmieci należałoby się raczej pozbywać niż je gromadzić, czyż nie?
      Prowokowanie sprawiało mu jakąś osobliwą przyjemność. Asuna zauważył to już podczas pierwszego spotkania, ale każde kolejne zdawało się intensywniejsze pod tym względem. Nie w pełni pojmował powód tej niechęci. Owszem, nie deklarował ani sympatii, ani zachwytu formacją do której tamten należał. Nie robił tego w stosunku do nikogo, kogo tutaj spotkał. A jednak tylko ten okazywał tak wiele wrogości. Tylko on zaczepiał, prowokował, zadawał dodatkowy ból. To, choćby z racji braku jakichkolwiek innych działań było na swój sposób interesujące, bo inne. Chciał wiedzieć dlaczego tamten odnosi się do niego w taki sposób. Czym dał mu prawo. Nawet jemu było trudno uwierzyć, że sam fakt iż pochodzi z Pogranicza jest wystarczająco mocnym argumentem, by ktoś tak się zachowywał. I myślał. Poglądy? Nie były nim pewnie też poglądy, nastawienie do tej formacji choćby dlatego, że przecież powiedziano mu, że większość z tych, która tu trafia nie pała sympatią ani do samych Nitthor Tah, ani tym bardziej do przymusu, by pośród nich żyć. Znosił więc te wizyty i zaczepki spokojnie. Obserwując. Tamten nie dawał za wygraną, sięgał coraz głębiej do osobistych spraw, coraz skuteczniej ranił. I rzeczywiście budził gniew. Prawdziwy, taki, którego nie chciało się już powstrzymywać. Nawet jeśli miałoby to oznaczać zabijanie.
-       Najlepszą rzecz, jaka została w ciebie wpisana oceniłeś przez pryzmat prymitywnych przesądów i doszedłeś do wniosku, śmieciu, że jest zła! Przypominasz mi chorego Heura, któremu dano do rąk księgę z dokładnym opisem leczenia jego choroby, a którą on wykorzysta na podpałkę w chwili, gdy śmiercionośna gorączka omami dreszczami. To tak głupie, że wywołujące obrzydzenie, wiesz?
      Nitthor Tah. Myślał o nich pewnie jak większość tych, którzy życie spędzili na Pograniczu. Jeśli się pojawiali, to po to, by kontrolować lub karać. W karczmie powtarzano opowieści o masakrach urządzanych przez nich. O szemranych interesach. O jego rodzinie. Tej, której nie znał, ale przecież do niej przynależał. Mówiono, że niosą zagładę i cierpienie, że nie znają litości, że odwołują się do najstraszniejszych z sił jakie istnieją w świecie. Tak starych i tak strasznych, że brzydzono się nimi. Tyle, że dotąd jego osobista niechęć rosła jedynie na słowach, nie na konkretach. Teraz je zyskiwał. Potwierdzało się wszystko to, o czym mówiono. O okrucieństwie, o pysze. O pogardzie. Zyskiwał racjonalne podstawy do gniewu. Własne.
-       Ty cały nie jesteś nawet w setnej części warty tyle ile to, co mianowałeś „złem”! Twój Dar, to jedyna doskonałość w tobie. Jedyna rzecz, która sprawia, że można nie rzygać na twój widok, głupcze!
    Emocje mężczyzny znów siekły bólem. Tym razem nie chciało mu się ocierać krwi, pozwolił jej płynąć swobodnie. Zacisnął szczęki. Odruchowo nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że w ten sposób staje się dla tamtego aż nadto czytelny. Podniósł oczy. Jeszcze parę słów – pomyślał patrząc na tamtego. – Parę słów. Nie uchwycił, że w myśli pojawiła się zachęta. Chłodna, pełna satysfakcji. Taka, jakiej sam nie chciałby wyrazić. 
-       No i co, synku? Chciałbyś coś powiedzieć? – zakpił mężczyzna. – Myślisz może, że masz niepowtarzalną okazję nauczyć mnie moresu? – przeniósł wzrok na zaciśnięte pięści chłopaka. – No, zrób coś? Rad byłbym...
   Asuna drgnął lekko i zastygł w bezruchu. Nie chciał zrobić niczego, z czego tamten mógłby być rad. Nie w tej chwili. Czuł, że skuwa go obojętność. Chłodna. Niezdolna do współczucia. Czekał. Nie mając pojęcia na co.
-       Kiria! Jakiś ty głupi! – syknął tamten. – Nie przekonałem cię, tak?... – potrząsnął z niedowierzaniem głową i wstał. - Wielu już widziałem, ale jesteś pierwszym, którego miałbym naprawdę ochotę zabić. Za głupotę. No nic... Więc jeszcze raz spróbuję... Tam, w Arte elitę stanowią ci, którzy choćby w minimalnym stopniu opanowali swój Dar, nieprawdaż? W twojej osadzie też tacy byli. Szanowny braciszek, kto wie, czy nie tatuś. Któraś z siostrzyczek? Twoja rodzina zasłynęła z tego – skrzywił się w brzydkim uśmiechu. - Rodzą się w każdym razie tam jeszcze z Darami. Szkoda, że wśród kretynów, którzy zamiast powierzyć szkolenie w tej materii fachowcom, biorą się za to sami... Dzieci we mgle... Perły w gnojowisku.  
   Roześmiał się widząc jak mięśnie na ramionach Arteńczyka powoli się napinają.
-       Te Dary niczym się nie różnią od tych, które wykorzystujemy my...
-       Służą obronie... – wycedził nagle Asuna.
   Cicho. Stanowczo. I tak czysto, że było oczywiste, że brzmi w nich tylko jedno uczucie. Gniew, który nawet nie miał być tajony. Talion zmarszczył lekko brwi. I skoncentrował się. Zbyt dobrze wiedział z kim ma do czynienia i jak naprawdę niebezpieczne jest jego zadanie. Niemniej musiał wykonać to, co mu zlecono.
-       Tutejsze także bronią. Ale nie ograniczają się do obrony małego fragmentu Pogranicza albo garstki wybranych z rodzinki…  Rozciągają się nad całą Hantrą. Zrozum to, szczeniaku – odruchowo ostudził odrobinę ton swego głosu. – Im mniej dobrochciejstwa, tym lepiej. Ta twoja rodzinka…
   Absolutnie nie mógłby powiedzieć, że potrafi zachować spokój. Zbliżali się do końca tych osobliwych lekcji. Końca tak samo nieprzewidywalnego dla tamtego chłopaka, jak i dla niego samego. Jeszcze chwilę – pomyślał Talion walcząc z chęcią nerwowego przełknięcia śliny.  
-       Och! Nie daj się prosić – roześmiał się pogardliwie. – Wyjaśnij mi czym jest dobro, czym zło... – Nic. Milczenie i zaciśnięte szczęki. - Dzieci we mgle – powtórzył przez zaciśnięte zęby. – Naiwne, głupiutkie dzieci posługujące się logiką czterolatka, dzielące rzeczy tego świata na dobre i złe. Marnujące szanse i wierzące we własny niekonsekwentny system wartości.
       Asuna przełknął krew, która zalała mu usta. Tym razem pozwolił sobie na skulenie się. Poczuł jak po policzkach spływają łzy nie mające nic wspólnego ze smutkiem, czy bezsilnością. Po prostu były naturalną reakcją na nadmiar bólu. Nic więcej. Taką jak wtedy, gdy zaprószysz oczy.
-       Śmieciu! – mruknął tamten i ponownie zbliżył się do niego. – Mam cię dość. Mam dość tłumaczenia ci tego wszystkiego. Pokażę ci. No, już!
    Zdecydował się nagle. Musiał. Później mogłoby to stać się zbyt trudne. Doskoczył do chłopaka i złapał jego rękę w nadgarstku, by poderwać go z ziemi. Zobaczył zaskoczenie w oczach i nim zdążył je zrozumieć, uderzył w twarz. Mocno. Mocniej niż zamierzał. Głowa Asuny odskoczyła w bok. I nic. Zupełnie nic. Nie puszczał jego ręki. Poczuł pod palcami ruch mięśni. Wzmocnił uścisk. Chłopak szarpnął rękę. Jakoś tak miękko. Potem silniej. Podkurczył nogi i skręcił ciało.
-       Zobaczysz, gówniarzu! – warknął rozumiejąc co tamten zamierza zrobić.
  Szybkim ruchem, nim Asuna cokolwiek zdążył zrobić, wykręcił rękę chłopaka. Stawy chrupnęły ostrzegawczo. Talion warknął z wysiłku. Siła z jaką opierał się Arteńczyk znacznie przerosła jego oczekiwania. Jeśli nie puszczę – pomyślał – połamię mu rękę.

Asuna!
Wystarczy wiedzieć!
 
         Otworzył szeroko oczy i popatrzył na tamtego. A potem warknął znów. Z wysiłku. I bólu.
    -      Dobrze… - wydyszał Talion puszczając go. – Już wiem… To nadal jest…




***

-       To boli... Nie rób... – wyjęczał Talion odpychając dłoń, która badała jego rękę.
   Bolało. Bez wątpienia. Ssen po raz kolejny zanurzyła zakrwawiony płat materiału w misce z wodą i wykręciwszy go starannie na nowo poczęła oczyszczać skórę wokół rany. Tylko po to, by móc zobaczyć, co właściwie się stało. Nadal było to niemożliwe. Zbyt mocno krwawił. Zaraz powinien ktoś być. Posłali niemal natychmiast po medyka z głównej świątyni. Rzuciła na bok materiał i założyła ucisk, by przynajmniej powstrzymać trochę krwawienie.
-       Proszę... – jęknął tracąc przytomność.
     Popatrzyła na Asunę. Leżał zwinięty w kłębek, z szeroko otwartymi oczyma i wpatrywał się w jakąś nieistniejącą dal. Twarz miał nieruchomą. Odprężoną. Tak przynajmniej to wyglądało. A to co? – pomyślała. - Wyrzuty sumienia, czy zadowolenie?
-       Asuna... Co ci jest?
    Zamrugał oczyma jak ktoś, kto nagle został wyrwany z drzemki. Przez chwilę nie odpowiadał.
-       Mi? Nic… - zbladł siadając. - Pomożesz mu? – wykrztusił wreszcie i natychmiast zacisnął wargi, jakby wstydził się swego pytania.  
     A zatem nie upajał się własną potęgą. Odwróciła wzrok.
-       Trochę. Nie do końca...
-       Cierpi...
-       Teraz nie. Stracił przytomność.
-       Posłuchaj... Kiedy mnie tu sprowadzili był taki... Nie pamiętam jak miał na imię. Jakoś przejął mój ból. Wiesz jak to się robi?
     Wróciła bez słowa do pracy. Wiedziała jak to się robi i jak na imię miał ten, który uczynił to dla niego. I to, że Asuna właśnie załatwił kogoś, kogo tamten przysłał. To otwarte złamanie, prawdopodobnie w kilku miejscach. Jaka była szansa, by Talion odzyskał sprawność? Bał się tego zadania. Codziennie bardziej. Ale on jeden uparcie utrzymywał, że Nithra nie przejął Dzikiego Daru. Że ten nadal jest w chłopaku. Drzemie, tak powiedział. Dlatego padło owo: "Sprawdź zatem." 
-       Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała głucho.
-       To właściwie... Zrobił on...
-       Ejże! – zaprotestowała.
-       To... Była jego myśl... Przeznaczona dla mnie. Pomyślał, że złamie mi rękę. Potem straciłem kontrolę...
-       Wiesz kim on jest?
-       To jeden z Nitthor Tah... Tych, co już się nie uczą.
-       Ha... – mruknęła. – Rzeczywiście już się nie uczy. Od dawna. Należy do Stu. Wiesz kto to?
-       Nie. Ale… To nie ja... To on... – powtórzył z wyrazem uporu na twarzy.
-       Tak się usprawiedliwiasz?
-       Usprawiedliwiam? – był zdziwiony. – A... On... – uderzył się lekko w skroń. – Głos. Coś, co jest w moim łbie. Co myślałem, że już go nie ma…  Po prostu pomógł mi zrozumieć, co tamten myśli, co chce zrobić... To szybciej -  zacisnął szczęki. – Szybciej niż oprawca.
-       To nie oprawca – powiedziała cicho. – Dostał rozkaz….
-       Żeby połamać mi ręce? – warknął.
      Popatrzyła na niego z powątpiewaniem. Talion chciał mu połamać ręce? Za co? Nie ważne. Do pomieszczenia weszła szybkim krokiem kapłanka głównej świątyni. Nie wysiliła się na jakiekolwiek przywitanie. Obrzuciła niechętnym spojrzeniem Asunę i przeniosła wzrok na Taliona.
-       Wyjdźcie – mruknęła.
-       Chodź, Asuna... – mruknęła Ssen.  

Asuna XVII



    Muka usiadł pod ścianą muru dzielącego domy. Pod jedynym drzewem, jakie tutaj rosło. Przez moment skupił się, by zapanować nad oddechem. Na nic. Trzeba chwili… Otarł pot z czoła i przelotnym spojrzeniem przemknął po własnych nogach. Mięśnie drgały oznajmiając skurczami kategoryczny protest wobec wysiłku, jaki został im narzucony. W myślach panowała teraz pustka. Taka, jakiej pragnął, gdy tu przyszedł. Było też wrażenie jakiejś ulgi, której wcale się nie spodziewał. Odchylił głowę i popatrzył pustym spojrzeniem na kołyszące się gałęzie. Między liśćmi migotały gwiazdy.
    Nagle z boku rozległy się jakieś kroki. Pewnie Carhirion – pomyślał przymykając oczy. – Pewnie przyszła znów kapłanka...
     Przychodziła codziennie. Teraz już tylko wieczorami. Zmieniała w milczeniu opatrunki na jego łbie i odchodziła. Właściwie już nie potrzebował takiej opieki. Tyle, że kapłanki utrzymywały, że jakiekolwiek zaniedbanie w sprawie tych opatrunków sprawi, że rany będą dłużej się zabliźniać i blizny będą rozleglejsze. Muka był rozdrażniony nie tylko tym, że w tej kwestii nie miał absolutnie nic do powiedzenia, choć to przecież jego łeb i jego blizny. Drażniło go to całe zamieszanie wokół jego osoby, spojrzenia, ostrożność, z jaką omijano wszystko, co mogłoby mu przypomnieć o przebiegu obrzędu. Drażniła go troska, jaką mu okazywano. I to też, że kapłanki przebywały tutaj wyłącznie z jego powodu. Ściągnięto je z głównej świątyni i zmuszano, by tkwiły w obcym sobie środowisku tak długo. Kiedy nie służyły jemu, zabierały się za naukę młodych w Drugim Domu. Chyba po to tylko, by nie paść z nudów. Te dodatkowe lekcje witano tam z wyjątkową niechęcią i także obciążano jego za konieczność uczestniczenia w nich. Nie podobało się to zarówno samym uczniom, jak i wszystkim Silate – nauczycielom Drugiego Domu. Kobiety po prostu dezorganizowały innym pracę. W dodatku same nie były z tym zbytnio szczęśliwe.
-       Ej! Ty... Muka, czy jak ci tam... – głos był szorstki, napięty.
    Ach, odwiedziny… Doprawdy dziwne, że dopiero teraz. Muka nie otwierał oczu. Słuchał.
-       Śpisz, czy co?
   Tym razem w tonacji głosu pojawiło się rozbawienie. Złośliwe. Przez chwilę jeszcze analizował ton głosu, jego barwę i tempo próbując przyporządkować je do kogoś znanego. Choćby z widzenia. Bezskutecznie. Zbyt długo był nieobecny w Drugim Domu, by znać wszystkich jego bywalców. Głos był młody. Na granicy dziecięcego. Mógł spokojnie zakładać, że mówi do niego ktoś z uczniów. Możliwe, że całkiem świeżo upieczonych. Próby odbywały się niedawno.
-       Czego chcesz? – zapytał spokojnie.
     Czegoś chciał. Czegoś, co na pewno nie uwzględniało zasad jakiejkolwiek uprzejmości. Nawet takiej, jaka należałaby się komuś, kto na tym etapie szkolenia zżarł przysłowiowe zęby.
-       Może chociaż oczy otworzysz... – z boku rozległ się drugi głos.
    Brzmienie tego głosu zdradzało nastrój mówcy jeszcze bardziej wyraziście, niż u poprzednika: był gotów do walki.  Nie słyszałem, jak podszedł – zaniepokoił się Muka. – Kiedy? Nadal nie otwierał oczu nasłuchując. Ten drugi zatrzymał się w odległości kilku kroków. Bezpiecznej zatem. Nasłuchiwał nadal kontrolując jednocześnie odległość jaka dzieli go od przybyłych. Był jeszcze trzeci. Aha... Podbite materiałem buty... – przypomniał sobie grupę młodych, których wczoraj obserwował podczas treningu. Zaimponowali mu. Zgraniem. Najprawdopodobniej szkolono ich do współdziałania w takim właśnie zespole. Musieli mieć umiejętności, które wzajemnie się wspierały. Bywało i tak, choć niewielu znał takich, którzy poważaliby podobne formy. W Trzecim Domu ceniono sobie przede wszystkim samodzielność i gotowość do działania w pojedynkę. Logistycznie pary, trójki – wszelkie zgrupowania – były po prostu trudniejsze. A oni przecież zmierzali zapewne do Trzeciego Domu. W przyszłości… Ktoś dużo zaryzykował tworząc to trio. Ktoś, kto w przeciwieństwie do tych szczeniaków doskonale musiał rozumieć, że ryzykuje. Bez wątpienia wiedział, co robi.
   Muka powoli otworzył oczy. Stali tak, by odciąć mu ewentualną drogę ucieczki. Uśmiechnął się ponuro. Wewnętrznie. Naiwnie wierzyli, że mógłby zechcieć próbować odwrotu. Nie ruszał się.
-       Otworzyłem. Masz jakiś interes, mów.
-       Mam...
   Chłopak, który zaczął rozmowę był najwyższy z pozostałych. Miał niedbale związane włosy i nadgarstki oplecione skórzanymi pasami. Stał w lekkim rozkroku, na nieco ugiętych nogach. Układ stóp zdradzał, jak zamierza atakować. Aż nadto wyraźnie. Nic pewnie dziwnego w Drugim Domu.
-       Słucham – ponaglił go Muka.
    Jeden z pozostałych poruszył się niespokojnie. Zszedł niżej, opierając dłonie na ziemi. Zakołysał się lekko na nogach wyraźnie węsząc. Muka uśmiechnął się w duszy. Czegokolwiek się uczył, był wyraźnie zachwycony własnym powonieniem. Uważał je za coś wyjątkowego. Tylko, że w Trzecim Domu wszyscy mieli wyostrzony węch. Już. Bez tego Domów nie można było opuszczać. Tkwiło się w nich tak długo, jak długo się tego nie nauczyło. Po prostu. Niskie ataki, elastyczność, stosunkowo szybko wyczulenie węchu. Być może słuchu też. Zapewne jego Dar już był częściowo przebudzony i powiązany z którymś ze zwierząt. Zazwyczaj podkpiwano z takich technik. Chyba, że łączono je z jakimś specyficznym Darem. Najpewniej – uznał. I zapewne ów specyficzny należał do któregoś z kolegów. Zdał sobie sprawę, że tamci mogą chcieć wykorzystać swoje Dary przeciw niemu. Byli tu zbyt krótko, by w pełni rozumieć, że takie coś niespecjalnie się tu opłaca. Stało się też oczywiste, że nie będzie mógł przeciwstawić im niczego, nad własne doświadczenie. Może wystarczy – ocenił przenosząc uwagę na trzeciego chłopca. Na głowie miał chustę, która kryła nie tylko czoło, ale też brwi. Był najmłodszy z nich, ale mimo to najlepiej nad sobą panował. Stał swobodnie, z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Po prostu patrzył. Z umiarkowaną ciekawością.
-       Zamykali twój Dar, nie?
    Muka wzruszył ramionami. To nie było tajemnicą. Dla nikogo. Było też sprawą, którą szeroko dyskutowano. Nieczęsto dochodziło do podobnych sytuacji.
-       I co z tego?
-       Chcemy zobaczyć jak to wygląda – oświadczył kategorycznie ten najwyższy.
-       Synku... – westchnął Muka. – Idź do celi i przemyśl to, co powiedziałeś... Zanim nie zbierzesz batów. Albo nim ktoś zdecyduje się zamykać twój Dar. Po tym naprawdę wiadomo już wszystko o tym.
-       A od kogo te baty? – szczeknął ten, który przykucnął przy ziemi. – Od ciebie?
-       Możliwe, że ode mnie – potwierdził spokojnie Muka.
    Wyczuwał, że ten spokój wyprowadza ich z równowagi. Zakładali jednak jakieś ryzyko, bo bali się go. To powinno być pomocne. Nie był pewien tylko na ile. Był zmęczony. Wciąż jeszcze wycieńczony zamykaniem Daru. Po wielu dniach choroby, jaką to ostatnie przyniosło. No i nie miał szans oprzeć się na tym, co było podstawą jego technik - na Darze. Dar już nie istniał. Trudno to nazwać szczytem możliwości. Ale to ledwie Drugi Dom... 
-       Pokaż – głos wysokiego stał się głuchy.
    Muka popatrzył na niego jakby od niechcenia i uśmiechnął się lekko.
-       Powiedziałem, żebyś stąd szedł. Ty i twoi kumple. Źle się to skończy.
    Wymienili spojrzenia ustalając kolejność i jakość ataku. Byli żałośnie czytelni i równie żałośnie wierzyli, że są w stanie go zwieść. Czekał. Był zbyt zmęczony, by rozpoczynać teraz walkę. Wolał po prostu odpowiedzieć na atak. Mogli na to liczyć – uznał spokojnie. – Na zmęczenie. Nie założyli nawet, że to również naiwne. W jego umyśle pojawiał się chłód. I cisza. Te same, które zawsze pojawiały się na moment przed prawdziwą walką. Te buty podbite szmatami... – musieli skądś się dowiedzieć o jego umiejętnościach. Te akurat nie powinny zaniknąć. Zmarszczył brwi. Nie powinny… A jednak ich nie słyszał. Przynajmniej dwóch z nich. Szmaty nie powinny załatwić tej sprawy i niczego nie wyjaśniały.
     Poderwał się, gdy skoczyli ku niemu. Dwóch. Najmłodszy trzymał się na uboczu. Muka zanurkował między nimi i skoczył ku porzuconym na uboczu swoim rzeczom. Nim wstał, miał już w ręce miecz. Ćwiczebny. Drewniany. W sam raz, by sprawić nim manto, ale nie zabić. Chociaż i on bywał śmiercionośny… Jeśli się nie uważało… Nie chciał ich pozabijać.
-       Idźcie żesz – syknął.
-       Harun! – krzyknął ten przy ziemi do najmłodszego.
     Muka zdążył odwrócić miecz tak, by uderzyć szerszą stroną. Większy siniec, mniejsze ryzyko złamań. Teoretycznie. Uderzył krzyczącego. Płazem. Chłopak zatoczył się ale zaraz runął ku niemu. Muka pozwolił mu się zbliżyć, znów pacną gówniarza bronią i – gdy ten opadł ku ziemi - poprawił łokciem. Tamten nie zdążył nawet krzyknąć. Ten drugi też nie. Leżał na ziemi rozcierając bezradnie krew płynącą z nosa. Przeliczyli się. Muka zatknął miecz za pas i popatrzył w stronę najmłodszego.
-       Zjeżdżaj – mruknął. – Zabierz ich i zjeżdżaj... A przed snem módlcie się, żebym nie zgłosił nikomu tego incydentu.
-       To nie incydent... Pokaż – powiedział spokojnie tamten i pokazał na jego czoło.
    Muka skrzywił się w kwaśnym uśmiechu. I zaklął w myślach opadając na kolana. Też się przeliczył. Tamci nie byli niczym więcej, jak pionkami rozstawionym zgrabnie na planszy możliwości Daru najmłodszego z nich.  Mieli odwracać uwagę od tego, co było najbardziej istotne. Rozgniewany ich wiekiem, niedoświadczeniem i bezczelnością, dał się złapać w pułapkę o której potencjalnie doskonale wiedział. Gdzieś za jego plecami rozległ się gniewny śmiech.
-       Myślałeś...
     Poczuł jak czyjeś kolana gniotą mu piersi. Za tym przyszedł paraliżujący ból. Co ja, kiria, mam za szczęście?! Chciało mu się śmiać. Z siebie. Właściwie mógł to uczynić. Bo nic innego w tej chwili nie było możliwe. Nie był w stanie nawet drgnąć. Jakby z jego ciała usunięto wszystkie mięśnie. Któryś przysolił mu pięścią w twarz, drugi zdarł opaskę z łba. Ze śmiechem i wśród żartów. Muka uśmiechnął się w myślach ponuro. Zasłużył na te szyderstwa. Już w Pierwszym Domu uczono go, że nie wolno ignorować żadnego z wrogów.  Co to było? – myślał. – Iluzja? Sugestia? Nie pasowało to do niczego. Nagle zorientował się, że milczą. Jak każdy, kto oglądał to, co kryły opatrunki. Uśmiechy znikły z ich twarzy. Chyba dostarczył im wrażeń, które nieco przerosły ich oczekiwania.
-       Harun... – burknął ten wysoki. – Puść go...
-       Ha...
   Niemal natychmiast odzyskał siły. Bez wątpienia chłopak miał wyjątkowy Dar. O tym najbardziej potrafiła świadczyć właśnie szybkość, z jaką ktoś mógł posłużyć się swymi zdolnościami i wycofać je.
-       Możesz już wstać... – któryś wcisnął opaskę do jego ręki.
-       Napatrzyliście się? – zmrużył oczy nie poruszając się.
Nad jego głową rozległ się miękki śmiech.
-       Owszem, owszem... Nawet było warto.
-       Się okaże... – mruknął Muka spokojnie.
  Sam był tym zaskoczony. Jeśli czuł cokolwiek, to wahało się to między zdziwieniem, a poczuciem ulgi. Nie był nawet na nich zły. Usiadł na ziemi i otarł rękawem krew cieknącą z wargi.
-       Niezły jesteś... – popatrzył w stronę najmłodszego. – Jak mądrze będziesz z tego korzystał, zajdziesz pewnie daleko... – westchnął ciężko. – Jeszcze coś? – zwrócił się do pozostałych.
   Patrzyli w milczeniu. Nie próbowali demonstrować swojej buty, ani radości ze zwycięstwa. Wysoki kucnął przed nim opierając ręce na kolanach.
-       Ty też... – wykrztusił. – Byłeś cholernie dobry...
-       Ta... – uśmiechnął się lekko Muka.
   Zrozumiał. Nie tylko o patrzenie chodziło. Chodziło o Dar, który zamknięto. O... To czy ich umiejętności mogą być zagrożone, gdy po drugiej stronie Daru nie ma. I o coś jeszcze. Wiedzieli, że zamknięto jego Dar. Nie wiedzieli jaki. Gdy zdarli mu opaskę z łba, zobaczyli rysunek, bo ten jeszcze nie został zlikwidowany. I zrozumieli, że nosił jeden z najrzadszych Darów…
-       Sądziliście, że tylko Dary mają znaczenie... – powiedział spokojnie. – Że Dary rzadkie są bezpieczne... Nie są. Je też się zamyka.
-       Miałeś jako jedyny zdolność...
-       Owszem – powiedział twardo. – Jako jedyny. Miałem.
   Popatrzył tamtemu w oczy. Zobaczył w nich poczucie porażki. I kto przegrał? – pomyślał kwaśno. – Ja, czy ty? Uśmiechnął się lekko.
-       Możecie spać spokojnie. Sami wymierzyliście sobie karę, prawda? – wstał. – Ale warto, byście pamiętali, że za takie coś możecie mieć na łbach podobne ozdoby... – mruknął.
-       W najgorszym wypadku – zaooponował tamten.
-       W najlepszym. Użyłeś Daru w stosunku do kogoś z Trzeciego Domu.
-       Jesteśmy w Drugim.
-       Ja wciąż jestem w Trzecim – mruknął. – Nawet gdybym mieszkał w Wursie, idioto, to skoro już przeszedłem szkolenie w Domu Trzecim, należę do niego.
-       Ale…
-       Nie ma „ale”. Ja zrobiłem z siebie głupca dając wam się podejść. Wy próbując tego podejścia. Spierdalajcie stąd, zanim ktoś będzie poczuwał się do zrobienia z wami porządku. Jest niepisana zasada Trzeciego Domu… Jeśli dochodzi do ataku ze strony młodszych, ci mają przeciw sobie cały Trzeci Dom. Bywa, że dożywają, by przekroczyć jego progi, ale to by było na tyle…
-       I nie dalibyśmy sobie rady? – zadrwił wysoki. – Na poziomie Trzeciego Domu?
-       Fizycznie? Może. Ale tu nikt nie przetrwa sam... Zapamiętaj to sobie.
-       Jest nas trzech – odparował.
-       Zapamiętaj sobie... – westchnął ze zniecierpliwieniem.
   Odprowadzali go wzrokiem, w milczeniu, w którym czaił się i strach, i jakiś respekt. Ciekawe... Nabyli tego ostatniego zupełnie przełamując jego obronę. Może nie byli takimi głupcami, na jakich początkowo wyglądali.

     Carhrion przerwał nabijanie fajki. Brwi Tuen Angh lekko drgnęły na widok Muki. Wszedł z opaską w dłoni, z poobijaną gębą i poszarpanym ubraniem. Bez słowa podszedł do miski z wodą i ostrożnie odłożywszy opaskę na bok obmył twarz. Przez chwilę stał odwrócony plecami do mistrza.
-       Ilu ich było? – zapytał Carhrion.
-       Trzech... – odparł obojętnie po czym starannie zawiązał opaskę i odwrócił się do Carhiriona.
    Z lekkim uśmiechem błąkającym się na wargach. I w oczach. Carhirion chłonął ten widok. Tęsknił za tym sposobem wyrażania zażenowania. Takiego Mukę można było lubić. Za takim tęsknił.
-       Ale wróciłeś o własnych siłach...
-       No... – wzruszył lekko ramionami. – Wróciłbym szybciej, gdyby nie potraktowali mnie dość ciekawą techniką... I gdyby nie nagła potrzeba konwersacji…
    Wiedział, że Carhirion nie wtrąci się w to, co załatwił sam. Nigdy się nie wtrącał. Zrzucił buty i poczłapał w stronę swego posłania podbierając po drodze jabłko z kosza ustawionego dla Carhiriona. Był Tuen Angh, należały mu się zbytki. Muce nie, ale zawsze pozwalał korzystać z tego, czym go tutaj honorowano. Muka westchnął i wgryzł się zębami w owoc opierając jednocześnie plecy o ścianę.
-       Co? – mruknął czując na sobie wzrok mistrza.
   Co? Zachowywał się normalnie. Jak już dawno nie. Pomimo że zmęczony, potłuczony i bez wątpienia upokorzony.
-       Jak bym wiedział, że manto może ci tak poprawić nastrój, nasłałbym kogoś wcześniej... – uśmiechnął się Carhirion.
-       Ha... Myślałem nawet, czy aby nie przyszło ci to do głowy.
-       Nie.
-       Hm... – Muka poprawił się, po czym zrezygnował z siedzenia i wyciągnął się na posłaniu.
   Carhirion zaciągnął się dymem. Powinien wykorzystać okazję i powiedzieć mu z czym przyszła Phervetiel, ale nie chciał psuć mu humoru. Jutro – zdecydował.
-       Mogę już iść... – powiedział nagle Muka.
-       Iść?
-       Tam... Do Pierwszego Domu. Już jestem... Gotowy.
   Tuen Angh milczał nie chcąc w żadnym razie przerwać, ale tym razem zaciągnął się głębiej.
    Muka popatrzył na niego z ciekawością. Spodziewał się jakiegoś komentarza tymczasem tego najwyraźniej miało nie być.
-       Bunt nie ma sensu, gdy już nic nie można zmienić, prawda? – powiedział ciszej. – Ma dopóki ma się na cokolwiek wpływ. Ja już nie mam.
-       Masz. Ale na inne rzeczy niż dotąd. I nie do Pierwszego. Zostaniesz w Drugim. Tak zdecydowano...
- Bez znaczenia. 
   Muka znów wgryzł się w jabłko. Potrząsnął lekko głową, jakby chciał odpędzić od siebie jakąś myśl i uśmiechnął się z tym dziwnym zażenowaniem, które tak często bawiło Carhiriona. Gdy tak się uśmiechał łatwo można było zapomnieć, jak bardzo dojrzał odkąd się spotkali po raz pierwszy. Ale jednak dojrzał. Jednak się zmienił. Aż za bardzo.
-       Muszę się przespać... – westchnął i przymknął oczy.
   Bez wątpienia, pomyślał Carhirion zaciągając się ponownie dymem.
-       Poczekaj chwilę z tym... Obiecałem, że gdy już wrócisz wezwę kapłankę.
-       Najwyżej mnie obudzi... – wymamrotał. – Muszę...
   Nie minęła chwila, a niedojedzone jabłko potoczyło się po podłodze. Starzec potrząsnął z niedowierzaniem głową, westchnął ciężko i ostrożnie wysypał popiół z cybucha. Odłożył na krawędź stołu fajkę i podniósł się z krzesła na którym siedział. Nim wyszedł, spojrzał jeszcze na śpiącego.
-       Młodość... Jest dziwna.
   Nigdy jej nikomu nie zazdrościł. I myśląc o tym wszystkim, co jest jej częścią cieszył się, że sam zostawił ją daleko za sobą.