środa, 25 marca 2020

Asuna XIII



***

   Asuna siedział na ziemi oparty plecami o pień jednego z drzew i patrzył uważnie na nurt wody. Obserwował kołysane nurtem długie włosy traw. Z uwagą wartą doprawdy innej sprawy. Tej choćby, którą właśnie poruszali. Wciąż był jeszcze blady, a jego oczy lśniły dziwnym, niezdrowym blaskiem. Ręce skrzyżował na piersiach, dłonie wcisnął pod pachy. Próbował ukryć ich drżenie.
-         - Nie muszę cię wcale zabić. Mogę wezwać Nitthor Tah. Zgódź się na to. W tym jest przynajmniej cień nadziei. W tym, co mogę zrobić ja, nie ma jej.
-       - Nitthor Tah... – mruknął marszcząc brwi, po czym wzruszył ramionami. – Zrobisz, jak uznasz za słuszne.
      Znów w niczym nie pomógł. Gdyby okazał oburzenie, skreśliłby tę możliwość. A była dość istotna. Nitthor Tah jednych zabijali natychmiast, innych zabierali z sobą. Podobno nie po to, by zabijać w zaciszu własnego Domu. Mówiło się o jakimś specjalnym szkoleniu przeznaczonych dla tych, którzy zbyt późno odkryli swe dary, albo dla tych, których dar przybierał zdziczałą, zdegenerowaną formę.
Ale poddanie się tamtym oznaczało poddanie im całego swego życia. Na zawsze. Aż do śmierci.
-       - Wezwę ich... – mruknął. – Jak tylko...
-       - Nie pytam cię o to... – mruknął ponuro Asuna i wstał.
    Przez moment jeszcze przyglądał się rzece. Potem zerknął na niego z ukosa.
-       - Prosiłem cię, Laugh, o przysługę. Nie spełniłeś mojej prośby.
-       - Nie mogę cię zabić!
-       - Bo?
-       Nie potrafię...
    Asuna  uśmiechnął się krzywo.
-       Wygląda na to, że jesteś jednym z nielicznych w tej osadzie – uśmiechnął się krzywo.
    Laugh patrzył jak odchodzi klnąc pod nosem. Być może Asuna miał rację. Znał nastroje w wiosce. Coraz częściej odzywali się ci, którzy otwarcie żądali rozwiązania sprawy.

***

      Maran otworzył oczy i zaklął krzywiąc się z bólu. Poleżał chwilę bez ruchu słuchając skrzypienia toczącego się niespiesznie wozu i próbował się poddać ociężałemu kołysaniu, po czym znów zaklął. Z trudem zmusił się do powstania, na czworaka dopełzł do woźnicy i kazał zatrzymać konie.     
    Woźnica kiwnął w odpowiedzi łbem i uśmiechnął się krzywo. Kupiec ześlizgnął się z wozu, popatrzył niezbyt przytomnie na pozostałe dwa, z których dobiegała cicha rozmowa. Przez ułamek chwili mocował się z obolałymi mięśniami, po czym ruszył w pobliskie krzaki, stojące u podnóża lasu.
-       Co znowu?.. – zapytał ktoś.
     Woźnica się odwrócił w stronę jasnowłosego chłopaka. Skrzywił się.
-       Maran znów musi...
     Popularne przekleństwo skwitowało dolegliwości Marana. Młody Kost nie miewał takich, a nagły przystanek  wybił go ze snu. Spać poszedł niedawno, zdawało mu się, że ledwo chwilę temu wymienił - siedzącego teraz z lejcami w dłoni - Obrę. Odkąd wyruszyli, spał zbyt mało, zbyt mało jadł i za dużo doznawał niewygód. Nie był pewien wcale, czy ojciec miał rację twierdząc, że trudy czynią z ludzi mężczyzn. Po prawdzie w ogóle nie znajdywał kompletnie żadnych racji w słowach ojca, podobnie było z jego ojcem, gdy wysłuchiwał zrzędzenia swego ojca i ojcem ojca... Znał to z opowieści. Przy winie. Kiepskim i kwaśnym, ale teraz dałby dużo nawet za takie.

     Maran starał się nie myśleć o sikaniu. Bolało. Gapił się więc tępo przed siebie, starając się myśleć o czymś zupełnie innym. Marny to wysiłek. Ból robił swoje. Zaklął przypominając sobie, że dopiero w Calenrion będzie można kupić zioła, które zaradzą jego dolegliwościom. A tego będzie... Będzie jeszcze jakieś dziesięć dni... Chyba, że Hantryjczycy coś poradzą, pocieszył się. W końcu zawiązał rzemienie spodni i popatrzył przytomniej w głąb lasu.
    Las milczał. Milczał, jak wszystkie pogrążone w bezwietrznym upale lasy, a zarazem zupełnie inaczej. Zupełnie. Jego cisza była nasycona czymś takim, co Maran znał tylko z jednego miejsca: z wytrawionej ogniem Puszczy Wschodniej. Tam była podobna, nieruchoma, martwa cisza. Nic. Nic wypełnione lękiem. I śmiercią. Wykrztusił kolejne przekleństwo, tym razem tylko po to, by zagłuszyć choć trochę ową ciszę. Jego słowo zdawało się zostać wessane, w bezbrzeżne milczenie. Kupiec przeciągnął się. Jak się człowiek boi, to dobrze zrobić coś zwykłego, coś oczywistego. I wszystkie głupie myśli wietrzeją ze łba... Coś... Znieruchomiał. Jego oczy zatrzymały się na czymś, co równie dobrze mogło być porzuconym ścierwem zwierzęcia, jak i...
-       Maran! – ponaglił zniecierpliwiony woźnica.
-       Już, Obra... Ino na coś okiem rzucę... – mruknął bez zastanowienia wchodząc w głąb lasu.
    Obra zaklął, Kost huknął na klnącego spod skór. Chciał spać. Maran trącił nogą leżące zwłoki: człowieka, nie zwierzęcia, jak się okazało. Odwrócił je na wznak. I zaklął. To, co na pierwszy rzut oka było trupem, żyło. Na kupca patrzyły przymrużone, ciemne ślepia, po brzegi wypełnione czarną tkanką oczy, wyzierające z białej niczym śnieg twarzy. Hantryjczyk, zdziwił się kupiec naiwnie, jakby po tej stronie granicy mógł spodziewać się kogoś innego. Ciemne, spękane usta poruszyły się lekko. Nie padło jednak żadne słowo. Maran westchnął ciężko i począł gorączkowo rozważać, czy wziąć tego nieszczęśnika na swój wóz, czy go tutaj zostawić. Rozważał zdając sobie po trosze sprawę,  że nawet w myśl najbardziej zdrowych racji, nikogo by tak nie umiał zostawić. I nie powinien. Poza tym mogły być z tego niejakie korzyści. Był w Hantrze i mógłby się legitymować pomocą niesioną Hantryjczykowi... To powinno udobruchać Dawny Lud.
-       Do mnie! – krzyknął. – Tu człek jakiś, pomocy potrzebuje! – podrapał się po głowie i znów popatrzył na potrzebującego pomocy. - Co ci?... – spytał kupiec łagodnie przyklękając przy nim.
   Nieszczęśnik był chyba w lepszej kondycji, niż wyglądało to na pierwszy rzut oka. Podniósł się miękko, zwinnie i uśmiechnął się dziwnym, niemądrym uśmiechem. Jego oczy zmieniły wyraz. Zmieniły go do tego stopnia, że jego twarz stała się w makabryczną maskę.
-       Las... – wydusił całą siłą woli. – Rzeka...
-       Co „las” Co „rzeka”? – zdziwił się rozsądnie Maran patrząc na zbliżających się w jego stronę Kosta i Obrę. – Co?
    Wszyscy pozostali pozłazili z wozów i patrzyli w ich kierunku. Obra doszedłszy, wyciągnął rękę na powitanie. Hantryjczyk nie zrozumiał gestu, albo zrozumieć nie chciał. Popatrzył na wyciągniętą dłoń i uśmiechnął się ponownie.
-       Nad rzekę iść... – powiedział niewyraźnie. – Tam... – pokazał ręką w stronę z której właśnie przyjechali. – Masz tam miejsce... Bezpieczne... Zostaw...
    Maran podrapał się po głowie. Hantryjczyk mówił z trudem, ale teraz już wcale nie było pewne, czy powodem tego są jego dolegliwości, czy słaba znajomość języka.
-       Potrzebujesz pomocy? Jedziemy do Tarumy, do stolicy... Możemy cię zabrać...
   Hantryjczyk przechylił głowę na bok wpijając się wzrokiem w oczy kupca. Koniuszkiem języka oblizał wargi.
-       Ty potrzebujesz pomocy... Nie w Tarumie... – uśmiechnął się szeroko.
-       Nie rozumiem... – zawahał się kupiec. – Myślałem... Leżałeś tu... Nie wyglądasz zdrowo...
   Głowa Hantryjczyka przechyliła się jeszcze bardziej na bok. Oczy zwęziły. Oddychał głęboko, równomiernie, ale jakoś nienormalnie.
-       "Nie wyglądasz zdrowo"... – powtórzył ciemnooki, jakby chciał zapamiętać wypowiedziane słowa. – Rzeka... – pokazał powtórnie kierunek.
-       Nie rozumiem... Wyjaśnij...
-       Wyjaśniam...
      Z oddali usłyszeli krzyk. Wołanie. Wszyscy odwrócili głowy. Ku nim ktoś biegł pędem. Był jednak zbyt daleko, by mogli pojąć o co mu chodzi. Maran przeniósł pytający wzrok na Hantryjczyka. Ten uśmiechnął się szeroko, skinął głową.
-       Tam... – jego głos nabrał jakiegoś świstu, jakby w słowie chciał zamknąć jakieś westchnienie.
-       Nie wyglądasz zdrowo... – powtórzył Maran czując, że z jakiegoś powodu skóra cierpnie mu na grzbiecie. - Nie chcesz pomocy, to ja idę...
    Kost splunął. Do wozu dopadła jakaś dziewczynka. Mówiła coś do Obry szybko pokazując na rzekę. Nagle spojrzała ku nim i runęła biegiem w stronę wody. A potem nastąpiła cisza. Cisza i skwar stężały w jednej chwili, naprężyły się, zmieniły w coś, co można by uznać za namacalne. A potem złagodniały, przybrały rozsądny odcień, typowy lasom, przez które przemierza pora letnia. Nikt z nich już tego nie doczekał. Nikt nie zaprotestował. Nawet konie nie zdążyły się spłoszyć. Potem nie było już nic.


    Asuna wstał z kolan dysząc ciężko. Już. Stało się. Otarł pot z czoła czując, że mięśnie jego ręki drżą. Podniósł oczy. Na brzegu stały trzy wyładowane wozy. Jeden za drugim. Podróżni skorzystali z brodu znajdującego się niedaleko miejsca, w którym utknęli. Wozy były nietknięte. Popatrzył w bok i poczuł, że robi się mu niedobrze. Z dwóch niewielkich kopczyków unosił się żółty, gryzący w nozdrza dym. Przez chwilę próbował zwalczyć mdłości, po czym ruszył niepewnym krokiem ku wozom. Musiał. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że powinien.

      Pierwsze ciało leżało przy wozie. Na truchle konia. Więc zwierzęta też – jęknęło w nim coś głucho. Kawałek dalej leżały następne trupy. Ludzi i zwierząt. Niczym porzucone śmieci. Asuna zagryzł wargi i skrzywił się. Śmierdziało. Szedł dalej, wzdłuż brzegu rozległej, pozornie tylko spokojnej rzeki. Martwi go nie interesowali, szukał żywych. Czuł to życie, gdzieś w pobliżu, ale nie potrafił go odszukać.
     Zaklął pod nosem, gdy poczuł to znów: nagłe spięcie mięśni brzucha i fala bólu. Nie jego. Wrażenie trwało ułamek sekundy, ale było dostatecznie silne, by kogoś nienawykłego do podobnych rzeczy zwalić z nóg. Należał do nienawykłych. Runął na kolana. Bogowie, pomyślał nagle, Liszka! To może być ona! Uniósł wyżej głowę i wciągnął w nozdrza powietrze nie zdając sobie nawet sprawy, że próbuje wciąż korzystać z uwolnionych mocy. Nic... Wstał z trudem. Serce biło ze zdwojonym rytmem. Tamci, to jego dzieło... Ona... Rozglądał się wokół bezradnie. Kogokolwiek obecność wyczuwał, nie mógł odejść zbyt daleko. Nie w tym stanie. Chłonął to obce cierpienie, bo było teraz jedynym łącznikiem, jedyną wskazówką. Jeśli to ona!...
-       Przyjaciele – syknął przez zaciśnięte zęby.
   Gdyby Laugh spełnił jego prośbę na czas, nie doszłoby do tego. Zachwiał się i ruszył przed siebie pozwalając, by nogi same niosły go w kierunku, którego nie wybierał. Jak mógł im wytłumaczyć, że dziki dar chroniąc siebie uniemożliwia mu odebranie sobie życia? Nie zrozumieliby! Czuł, że jest obserwowany. Mógł szybko dokonać lokalizacji. Ale to miało swoje koszty. Jeśli tamten jest ciężko ranny, może tego nie przeżyć. Warknął. Tym razem zrozumiał, że nie posługuje się normalnymi technikami. Bogini, jeśli to nie Liszka, sam oddam się w ręce Nitthor Tah – przysiągł w myślach. – Sprawcie, by to nie była ona!
-       Gdzie jesteś?!.. – krzyknął lustrując porastające brzeg rzeki krzewy.
  Żaden z nich nie wydawał się dobrym schronieniem dla osoby ukrywającej się, a już na pewno nie mógł ochronić przed tym, co pozbawiło życia tamtych na brzegu. Asuna zwęził oczy.  Przez chwilę przyglądał się mulistemu brzegowi szukając na nim jakichś śladów. Cisza, szum rzeki wlokącej brudną poburzową wodę . I skwar. Żadnych wskazówek. Asuna popatrzył na drugi brzeg. Tam to samo. Identyczny pejzaż i zupełnie inny świat. Canis była rzeką graniczną i strzegła granic Hantry znacznie lepiej, niż mogłyby to zrobić, nawet pomnożone przez sto straże graniczne.  Jej zdradliwe nurty odstraszały rozsądnych śmiałków, a nierozsądnych nader często pochłaniały. Trzeba było zatem pilnować głównie brodów. Były dobrze strzeżone, tamci na pewno mieli zgodę na przekroczenie granicy. Inaczej nie byłoby ich tutaj.
-       Bogowie... – wyszeptał bezradnie. I z rozpaczą. – Pomóżcie...
   Chyba któremuś z bogów zechciało się go wysłuchać. Ale nie do końca. Z wody wyłoniła się Liszka.
-       Asuna... – jęknęła cicho łapiąc się obmywanego wodą korzenia.
   Odruchowo ruszył w jej stronę i nagle zatrzymał się. Przecież...
-       Pomóż mi...
    Gówniara nadal nie rozumiał niczego?! Cokolwiek z nią było, było za jego sprawą! Cofnął się. I pomknął w głąb lasu.
-       Asuna! – rozległ się za jego plecami ostry krzyk. – Wracaj! 
     Zatrzymał się. Przy Liszce był już Laugh. Trzymał ją na rękach ostrożnie, jak maleńkie dziecko. Ale chyba nie było z nią zbyt źle, skoro znalazł czas, by zajmować się jeszcze nim.
-       Chodź tu! Nie uciekaj. To nie ma sensu...
      Asuna zgarbił się, pomknął spojrzeniem gdzieś w dal i nagle się uspokoił. Zawrócił. Laugh patrzył na niego spod ściągniętych brwi. Bezwiednie pogładził ramię siostry i przekazał ją w ręce Asuny.
-       Zaniesiesz ją do osady. Ja zobaczę jak tu wyglądają sprawy i dołączę do was.
    Głos Laugha był chłodny, ale spokojny.  Asuna przygryzł lekko wargi i skinął twierdząco głową.
-       Nie chciałem... – mruknął cicho czując, że jest żałosny w tej chwili.
-       Wiem – odparł twardo Laugh i ruszył w stronę wozów. 
    Objął dziewczynkę najostrożniej, jak zdołał. Patrzyła na niego. Ufnie. Ruszył w kierunku osady.

     Rozstępowano się przed nim w milczeniu. Patrzyli. Ze złymi, zawziętymi twarzami próbując ze stanu Liszki odgadnąć dokładny przebieg wydarzeń. Ale cokolwiek sobie wyobrażali, byli wściekli na niego, na Laugha pewnie też. Nie musiał w tym momencie się nad tym zastanawiać. Ważna była ona. Dotarł do domu uzdrowicielki i zawołał.  Wyszła natychmiast. Bez słowa zrobiła mu miejsce w drzwiach, by mógł wnieść ją do środka. Gdy przekroczył próg usłyszał jak mówi do tamtych: „Won!”. Położył ostrożnie dziewczynę na stercie skór na których zwykle sypiała uzdrowicielka. Tam, bo nie wiedział, gdzie powinien ją ułożyć. Odsunął się szybko z zamiarem wyjścia.
-       Zostań! – warknęła. – Nigdzie nie łaź. Kroi się na lincz.
-       Tym bardziej powinienem...
-       Nitthor Tah już tu zmierzają – mruknęła twardo. – Czekaj.
   Przez chwilę badała dziewczynę, a na jej twarzy z każdą chwilą pojawiało się więcej ulgi.
-       Nic jej nie będzie – mruknęła w końcu. – A ty? Jesteś cały?
   Wzruszył ramionami. Nie zastanowił się nad tym. I nic go to nie obchodziło. Uzdrowicielka zostawiła dziewczynę i podeszła do niego. Przez chwilę wpatrywała się badawczo w jego oczy.
-       Nie wiem, Asuna, jakie wieści przyniesie Laugh. Ale moim zdaniem zdołałeś to powstrzymać pomimo, że są ofiary...
-       Brednie! – warknął.
-       Nie. Wątpię, by mogła to przeżyć, gdyby było inaczej. Wątpię, byś ty to przeżył. 

***

   Asuna zaszył się wśród skał, które podobnie jak Pazury Świata sterczały w dziwacznym, półkolistym zgrupowaniu. Dość daleko od osady. Po czasie w którym miał ochotę rozwalić łeb o jedną z nich, przyszło zmęczenie. Zasnął. 
   Laugh na widok chłopaka zaklął pod nosem, zeskoczył z konia i puszczając zwierzę luzem ruszył ku tamtemu.  
-       Szukają cię, czego tu sterczysz? – powiedział chłodno.
-       Niech sobie szukają… - warknął.
-       Pomoże ci, jak zerwiesz przy okazji parę batów? 
   Sam nie wiedział po co tutaj przyszedł. Nie mógł pomóc. Już nie. Popatrzył gdzieś w bok. 
     -   Nie wiem. Może tak.
-       Nie tylko tobie jest z tym źle…
-       Źle? – Asuna roześmiał się gorzko. – To zabawne słowo w zestawieniu z tym, co czuję. Zabiłem kilkunastu hav, omal nie załatwiłem twojej siostry. Dlaczego ona tam była? Tylko dlatego, że...
-       Tak – przerwał mu. - Wiem, że możesz wymieć wiele powodów, dla których jest ci gorzej, niż innym… - przerwał mu ciężko wzdychając. – Posłuchaj. Nitthor Tah polecili, byś siedział tutaj, gdzie akurat jesteś. Z dala od osady, aż przyjdą po ciebie.
-       Jasne... – mruknął.
-       Nie kombinuj niczego...
-       Nie mam zamiaru! – warknął. – Kiria ha! Czy wy tego nie widzicie!
-       Ja widzę. I doceniam.
      Asuna popatrzył na niego z ukosa i objął ramionami nogi.
-       Wciąż się mnie nie boisz... – zauważył.
-       Nie boję się – przyznał. – Nie wiem dlaczego, ale nie. Podobnie jak Liszka, Skrzydło i Aga... Myślę, że znalazło by się jeszcze paru.
-       Może to właśnie wasz błąd...
-       Możliwe. Choć Nitthor Tah też nie wydawali się zbytnio przejęci tym wszystkim... Myślę, że my tutaj za mało wiemy, a z tego co wiemy, to w zbyt dużej części są przesądy - wstał.
-       Laugh – zatrzymał go Asuna. – Wyjaśnij Liszce, że...
-       Nie muszę – powiedział spokojnie. – Ona rozumie. Posłuchaj... Nie zapomnij o nas. Po prostu.

***
  Stali w bezruchu na skałach. Wysoka, krótko ostrzyżona kobieta o zaskakująco dużych oczach, które lśniły zza ciemnej zasłony skrywającej jej twarz, potarła bezwiednie nadgarstek lewej ręki nie spuszczając wzroku z obserwowanego mężczyzny. Znajdował się poniżej, pomiędzy skałami, zupełnie nieświadom towarzystwa. Siedział wsparty plecami o spory głaz i mamrotał coś, czego nie sposób było dosłyszeć z takiej odległości. Widziała też niewiele: ledwo czarne, lśniące w słońcu kudły, skuloną sylwetkę obleczoną w typowe tutaj, myśliwskie ubranie ze skóry. Najciekawsze wydały się dłonie, może dlatego, że najbardziej ruchliwe: to splatały się na szyi, to - od czasu do czasu - przemykały po włosach, to opadały ze zniecierpliwieniem na ziemię, by zacisnąć się w pięści i znów wrócić ku głowie. Monotonny głos powtarzający coś z uporem stał się nagle głośniejszy. Zrozumiała widać coś z tego, co mówi, bo skrzywiła się lekko i popatrzyła znacząco na towarzyszącego jej Nithrę. Wojownik skinął twierdząco głową. On również osłonił twarz maską wykonaną z ciemnego płótna, ale i tak zdołała zauważyć, że zacisnął szczęki.

Znów się zaczyna, nie wiem czy nie należało by poczekać.

     Nithra nie tyle słyszał, co czuł jej wolę. Znów skinął głową na znak zgody. I tak musiał robić to, czego żądała. Nie jego Droga. To ona zajmowała się podobnymi sprawami. Był tu tylko jako wsparcie.
-       To szaleństwo, czy dziki dar? Nigdy tak się nie zachowywał – szepnął Laugh.
     Popatrzyły na niego owe duże oczy. Było w nich coś, że poczuł lęk. Ale wzroku od nich oderwać nie potrafił. Nithra  również nie spuszczał z niej wzroku. Wiele zależało od tego co zrobi, nie od tego, co powie.
-       Dar, gdy dziczeje... – odpowiedziała nie siląc się na szept – w pewnym sensie staje się chorobą.Tak na to patrz.
-       Jest szalony? – Nacisnął Laugh.
     Uśmiechnęła się, czego tamten nie mógł widzieć. Bał się. Owszem. Ale nie na tyle, by zapomnieć kim jest. I nie na tyle, by przestać chcieć wiedzieć. To dobrze. Przeniosła wzrok na tamtego, u stóp skały.
-       Odbiega od normy... Można więc uznać, że owszem. Nazwałbyś kogoś, kogo nie znasz innym określeniem, gdybyś zobaczył go w podobnej sytuacji?
-       Nie, pani...
     Nithra zmarszczył brwi. Takie akcje często wiązały się z likwidacją całych osad. Miał nadzieję, że tym razem tego unikną. Rozmowa z miejscowym Sędzią sprawiła, że był przekonany iż nie powinno do tego dojść. Choć wiedział też, że wielu z miejscowych nie zasłużyło sobie na akt łaski. Zapytał. Skinęła przecząco głową i ruszyła w drogę powrotną. Nie było sensu dalej tutaj sterczeć. To, co zobaczyła, wystarczyło. Wiedziała, co pragnęła wiedzieć.

Nithra, zgarniemy go wieczorem.
    
    -    Przyjdziemy tu później - zwróciła się do Sędziego. - Stworzyłeś dla niego psy?
    -    Prosił - Laugh zacisnął szczęki i umilkł na moment. - Nie ufał sobie.
    -    Brak zaufania był twoim obowiązkiem - warknęła. - Są zbędne. Ściągnij je.
Ściągnij psy. Nie są potrzebne.

    Nithra odwrócił wzrok. Poczuł ulgę. Obędzie się bez przelewu krwi. Uśmiechnęła się lekko czując jak bardzo jest zadowolony z tego, co usłyszał.

***


   Na skałę bezszelestnie wspiął się cień. Jeden. Drugi. Trzeci. Ciemne postacie dotarły na szczyt głazu, przylgnęły do jego powierzchni i znieruchomiały wpatrując się w jej podnóże. Twarze mieli ukryte pod maskami, jak zawsze, gdy wykonywali misje znaczącej wagi.
    Nitthor Tah. "Ci, którzy idą drogą Pieśni Ostrza. Od urodzenia. Po śmierć. I są tylko dla tej drogi. Dla żadnej innej" – wyrecytowała w myślach słowa ojca. Dziewczyna ukryta pomiędzy gałęziami jednego z drzew tkwiła na swym miejscu od długiego czasu.
    Zaskoczyła ją powolność z jaką działali Nitthor Tah. Przybyli o świcie. Długo rozmawiali z Laughem. Najpierw gniewnie, potem spokojniej. Wreszcie wyszli w milczeniu odprowadzanymi niespokojnymi spojrzeniami. W tych spojrzeniach był i lęk, i niechęć. I duma, którą próbowano przeciwstawić pysze tamtych. Podobno. Liszka, która cały czas podglądała tamto spotkanie, a teraz śledziła każdy ruch Tarumów, nie dostrzegła w ich zachowaniu pychy. Owszem, jakieś dostojeństwo, jakie można odczuwać w obecności wysoko urodzonych, ale nic poza tym.
    Przyszli tu późnym popołudniem i natknęli się na osobliwy, samotny pokaz sprawności Asuny. Najwyraźniej ewolucje, które Liszce potrafiły zaprzeć dech w piersiach z podziwu, na nich nie uczyniły szczególnego wrażenia. Nie przerywali mu jednak. Nawet wtedy, gdy już było oczywiste, że to nie żaden morderczy trening, żadne samodoskonalenie, a jakaś beznadziejna próba wyładowania się. Trwało to długo. Tak długo, jak mógł się utrzymać na nogach. Dopiero wtedy powstali ujawniając swą obecność. I nagle zrozumiała. Czekali na to! Na to właśnie, by był tak zmęczony, jak w tej chwili. Nie chcieli z nim walczyć. To dobrze, czy źle? – zastanowiła się. Jeszcze raz popatrzyła w stronę tamtych. Jeden przykucnął i oparłszy dłoń na kamieniu spoglądał na niebo. Drugi nie spuszczał wciąż wzroku z Asuny. Trzeci spoglądał gdzieś w bok. Byli czujni. Spodziewają się kogoś?

UCIEKAJ!

     Drgnęła nerwowo. Obca, nieprzyjemnie silna myśl wtargnęła do jej umysłu, w ślad za nią po jej grzbiecie prześlizgnął się strach. Poczuła jak jej mięśnie spinają się do ucieczki. Zacisnęła palce na gałęzi na której się wspierała. Nie. Nie może teraz, gdy... Z trudem się opanowała i popatrzyła znów w stronę Nitthor Tah. Dwóch patrzyło dokładnie na nią, jakby osłona liści w ogóle dla nich nie miała znaczenia. Wpatrywali się demonstracyjnie. Dawali jej znać, że wiedzą o tym, że tu jest. Skuliła się, zacisnęła szczęki i przez moment walczyła z kolejną falą lęku. Nie!


JAK CHCESZ.

     Tym razem myśl była przepełniona chłodem. Obojętnością. Może pogardą. Już nie patrzyli na nią. Jeden złożył ręce w jakiś znak, drugi powtórzył to samo. Trzeci jednym, miękkim skokiem znalazł się na ziemi. Dokładnie przed Asuną. Wylądował na lekko ugiętych nogach, z taką lekkością, jakby jego ciało nic nie ważyło, a skok był wykonany ze znacznie mniejszej odległości. Asuna podniósł głowę i przypatrywał się tamtemu w milczeniu. Był spokojny. Padły jakieś słowa, ale nie mogła ich usłyszeć. Dlaczego? Przecież nie była wcale tak daleko. Prawdopodobnie Nitthor Tah i na to mieli jakieś sposoby. Zobaczyła jak Asuna kiwa twierdząco głową. Otarł pot z czoła i popatrzył na tamtego z wyczekiwaniem. Dwaj pozostali wciąż trwali w bezruchu utrzymując dłonie w dziwacznym układzie. Czary. Ale ich obecność już nie musiała być tajemnicą. Ten, który zszedł do Asuny, znów coś powiedział i pokazał na nich. Chłopak bez większego zainteresowania spojrzał we wskazanym kierunku i znów skinął głową na znak zgody. Potem ściągnął bluzę, odrzucił ją niedbale na bok i wstał z trudem. Nitthor Tah pomógł mu w tym. A potem pokazał na jakieś miejsce.  Asuna przeniósł się więc o kilka kroków dalej i uklęknął na ziemi. Nitthor Tah spojrzał jeszcze raz w kierunku, gdzie siedziała Liszka, ale zaraz odwrócił wzrok. Czy to była jego myśl? - znów poczuła lęk. Dlaczego najpierw kazał jej uciekać, a potem obojętnie przyjął odmowę?
    Nitthor Tah podszedł do Asuny, wykonał serię szybkich gestów a potem położył dłonie na jego głowie. Przez chwilę ostrożnie układał na niej palce, a potem zastygł w bezruchu. Nie działo się nic. Po twarzy Liszki płynęły łzy. Serce waliło jej jak oszalałe. Przynieśli mu śmierć! Była tego pewna! Widziała już, jak zabijano właśnie w taki sposób. Nagle Asuna mruknął, a potem krzyknął tak przeraźliwie, że Liszka wstrzymała oddech i poczuła jak robi jej się niedobrze.

   Krzyk trwał. Trwał w nieskończoność. Chciała tylko jednego – by nastąpił koniec. Nienawidziła teraz Laugha, że on tego nie zrobił. Pod jego dłońmi nikt tak nie krzyczał. Zeskoczyła ze swojej gałęzi i runęła ku tamtym

   Cisza. Leżała na ziemi. Znad czarnego materiału osłaniającego twarz patrzyły na nią ciemne, wąskie oczy. Zdała sobie sprawę, że Nitthor Tah podtrzymuje ją.

MÓWIŁEM.
PO CO BYĆ ŚWIADKIEM TAKICH SYTUACJI?

    Zacisnęła dłonie w pięści. I wbrew własnym możliwościom usiłowała spojrzeć w stronę, gdzie powinno znajdować się ciało Asuny. Chyba zrozumiał.

ŻYJE.
PO PROSTU TRZEBA BYŁO ZATRZYMAĆ TO, CO SIĘ Z NIM DZIEJE.

    Popatrzyła na niego niemal z wdzięcznością. Ta jednak nie spodobała się Nitthor Tah. Jego oczy zwęziły się lekko. Położył ją ostrożnie na ziemi.

ZAPOMNIJ O NIM.
NIGDY GO NIE ZOBACZYSZ.
NAGRODĄ ZA TO, ŻE GO KOCHAŁAŚ NIECH BĘDZIE WIEDZA O TYM, ŻE ŻYJE.
TO WIĘCEJ, NIŻ MOŻESZ SOBIE WYOBRAZIĆ.