Gendes na jego widok westchnęła ciężko.
Chyba z zawodem. Rundhinziael obserwowała ją rezygnując na razie z pytań.
Przemknęła wzrokiem po okolicznych zaroślach. Zdawała sobie sprawę, że za nimi
wędruje spora grupa patrolu do którego należał ten na ścieżce. Że każdy z tego
patrolu trzymał w pogotowiu gotową do użycia broń. Zawsze tak było, pomimo że
znali przecież Rundhinziael od lat i mogli z góry założyć, że Strażniczka nie
tylko nie rzuci się podstępnie, by zaatakować swego przewodnika, lecz także, że
w ogóle nie ma przy sobie żadnej broni. Lęk przed tymi, co przybywają zza rzeki
nie pozwalał na zaufanie. Nawet na to najmniejsze, które byłoby konieczne do spełnienia
praw gościnności względem dwóch kobiet. Tyle mogli jedynie zrobić, ile czynili
w tej chwili: nie wchodzić w oczy ze swoimi środkami bezpieczeństwa.
-
Jest odważny... – zauważyła obojętnym głosem Gendes. –
Całe życie uczono go o podstępach Heurów... A idzie odwrócony do nas plecami...
-
Pewnie nie musi patrzeć nawet co robimy... I tak
wie... – uśmiechnęła się nagle Rundhinziael.
-
Tak. Ale oni nie lubią mieć obcych za plecami.
To była prawda. Płomiennowłosa uśmiechnęła
się. Jeszcze raz spojrzała w stronę, gdzie spodziewała się
reszty patrolu, ale oczywiście nikogo nie dostrzegła.
-
Są po prawej... – powiedziała niespodziewanie Gendes.
-
Skąd wiesz?
-
Witali się... Ze mną. I znają Horna.
Jej głos był bezbarwny. Obojętny.
-
Kim jest Horn?
-
Kimś kto ma... Duże zmartwienie...
Odpowiedź była równie zagadkowa, jak wszystkie
pozostałe. Uznała, że nie ma sensu jednak drążyć dalej. Przyjdzie
jeszcze czas zebrać niezbędne informacje.
***
Ich przewodnik zniknął równie nagle, jak
się pojawił. Dotarli właśnie do miejsca, z którego zabiorą ich ci, którzy będą
wracać z patrolu. Czasami następowało to od razu, a czasami trzeba było czekać
nawet dwa, trzy dni. W pobliżu znajdowała się jaskinia, a w niej wszystko, co
niezbędne w czasie takich postojów: woda, drewno i zapasy żywności.
-
Co teraz? – spytała spokojnie Gendes.
-
Teraz? Widzisz tę grotę? O tam... Możemy odpocząć.
Poczekamy. Na tych, którzy nas poprowadzą do najbliższej osady. Taka jest
zasada, że odwiedza się tę najbliższą... Najpierw. To oznacza przywitać się z
Hantrą.
Spojrzała na Gendes ciekawie. Dziewczyna rozglądała się wokół. Z
umiarkowaną ciekawością. I obojętnością kogoś, kto po prostu wraca w jakieś
dobrze znane sobie miejsce. Po długiej nieobecności. Przekraczała granicę? – zastanowił
się Rundhinziael. Ale to było nieprawdopodobne. Nawet w jej przypadku.
***
Szedł pewnie, przecinając zbocze lekkim
ukosem. Zwiadowca, pomyślała Rundhinziael spokojnie. Zwiadowcy
zawsze byli tak samo ubrani i uzbrojeni. Bluza, w którą był odziany była z doskonale wyprawionej, sarniej skóry
pomalowanej w skomplikowane wzory pozwalające nie tylko ukryć się w zaroślach,
ale też zagłuszające zapach. Miękkie buty, których wysokie cholewy oplątane
były rzemieniem pozwalały się poruszać bezszelestnie i ograniczyć pozostawione
ślady do minimum. Przez plecy miał przewieszony łuk i kołczan. Wiedziała też,
że musi mieć przy sobie myśliwski nóż, na którego trzonku są rzeźbione znaki.
Odczytać ich nie umiała, ale zdawała sobie sprawę, że to właśnie dzięki nim
Hantryjczycy traktują swą broń tak, jak jej ziomkowie talizmany. Włosy miał
długie, czarne, spętane rzemieniem na karku. Twarz surową, groźną, o ostrych,
męskich rysach, wąskich oczach, wokół których rozpięła się pajęczyna
płytkich zmarszczek, zdradzających
zmęczenie.
Wykonał ręką krótki gest, którym tutaj
witano obcych. Rozejrzał się wokół, po czym zatrzymał wzrok na twarzy
Rundhinziael. Ciemne oczy chłopaka błysnęły wesołością. Uśmiechnęła się do
niego.
-
Strażniczko, trzeba pomocy. Szybko – powiedział nie
tyle kalecząc, co upraszczając trudną gramatykę wspólnego.
Popatrzył uważnie na Gendes. Zmarszczył brwi
i skłonił w jej stronę głowę. Rozpoznał w niej tak, jak i ona Viiję – Córkę
Pory Ciepłej. Gendes popatrzyła na niego
z wrogością i zamiast odpowiedzieć na naprawdę wyjątkowo wyraziście okazany
szacunek, odwróciła wzrok. Rundhinziael nie rozumiejąc jej zachowania,
zwłaszcza, że dziewczyna zdawała się być pozbawiona uprzedzeń względem
Hantryjczyków, chrząknęła lekko z zażenowaniem.
-
Szybko? – zwróciła się do młodzieńca. - To i nie czas
na uprzejmości... Dokąd nas zaprowadzisz?
Potrząsnął przecząco głową.
-
Nigdzie, Strażniczko. Idą już.
Uśmiechnęła się smutno widząc kolejną
reakcję Gendes na ciekawskie spojrzenia chłopaka, zapewne zresztą sprowokowane
jej przejawem niechęci. Wzrok dziewczyny stał się nieobecny i pusty. Skłonił
jeszcze raz głowę i ruszył szybko w górę.
Obyczaje Hantryjczyków! Domyśliła się, że
ten którego wiodą ku niej, należy do Ważnych. Dlatego nim zdecydują się na sprowadzenie potrzebującego pomocy, zwiadowca musiał
sprawdzić teren. Znała
dokładność tego ludu i wiedziała, że pomimo tego, iż twierdził, że mało jest
czasu, minie go sporo, zanim zezwoli tamtym zbliżyć się tutaj. Nie rozumiała
tego. Byli na swoim terenie, w dodatku nieustannie patrolowanym. Jakież
zagrożenia mogły tutaj na nich czyhać?
Westchnęła i usiadła na ziemi tak
podkulając nogi, by ukryć stopy pod materiałem sukni. Zwykle śmiali się z tego,
że lubi przemierzać puszczę boso. Uważali to za swojego rodzaju dziwactwo, nie
rozumiejąc, że zgodnie z jej pojęciem był to hołd należny tej ziemi.
Wrócił. Bezszelestnie. Tylko oni potrafili
się poruszać w taki sposób, by żaden dźwięk nie zdradzał ich obecności.
Mieszkańcy południowego brzegu Canis często chełpili się umiejętnością cichego
poruszania po lesie, ale w porównaniu z Hantryjczykami, nawet najcichsi
przypominali dyskrecją uciekającego w popłochu dzika.
-
W porządku... Masz, co trzeba? – tym razem nie
okazał zainteresowania dziewczyną.
Skinęła głową. Widząc jej potwierdzenie,
odwrócił się w stronę polany i gwizdnął przeciągle. Gdy tylko odpowiedział mu
gwizd, usiadł obok kobiet i wyciągnął przed siebie zmęczone nogi. Z uśmiechem
wciąż czających się w ciemnych oczach.
Gendes zareagowała na jego bliskość nagłym
zesztywnieniem. Rundhinziael zastanawiała się jak zinterpretować to zachowanie.
Nie potrafiła. Przyglądała się bacznie dziewczynie. Może gdzieś go widziała?
Może ma to związek z trupem na Dębach – domyślała się gorączkowo starając się
zrozumieć wyraźną niechęć dziewczyny. Gendes patrzyła uparcie gdzieś w bok i zaciskała
usta w jakimś świętym oburzeniu. Takim dokładnie, jakiego należało się
spodziewać po kimś, kto tkwi w zabobonnym obrzydzeniu przed wszystkim, co
zrodziło się w Hantrze. Nagle drgnęła, zacisnęła szczęki i popatrzyła na
chłopaka. Podniósł wzrok zaskoczony tym zainteresowaniem. Dziewczyna syknęła
przez zaciśnięte zęby i skoczyła ku niemu jak żbik wyciągając w jego stronę
zakrzywione palce. Cofnął się gwałtownie przed jej ręką odsłaniając w
zwierzęcym grymasie zęby. Rundhinziael zareagował błyskawicznie odciągając
dziewczynę na bok.
-
Shiickir! – syczała wściekle dziewczyna wijąc się w
jej rękach.
Było to stare słowo, zapomniane zapewne
nawet w samej Hantrze oznaczające nakaz śmierci. Chłopak przyglądał się
zmaganiom Rundhinziael ze spokojem. Nie przestraszyła go i
najprawdopodobniej nie miał pojęcia, czego życzy mu Gendes. Rundhinziael
krzyknęła głucho próbując przywołać dziewczynę do porządku. A gdy to nie
pomogło, szybko sięgnęła do jej karku. Po chwili mięśnie dziewczyny rozluźniły
się. Popatrzyła na nią przytomniej. Ze złością.
-
Co to było? – zapytał rzeczowo, gdy ich spojrzenia się
spotkały.
-
Chciała cię zabić – odparła przepatrując się
chłopakowi. Jego brwi lekko drgnęły w górę. Otarła pot z czoła. – Nie wiem dlaczego...
Skinął głową na znak zgody.
-
Idą... – pokazał na grupę wspinającą się w górę
zbocza.
-
Jak masz na imię? – zapytała podążając wzrokiem za
jego gestem.
-
Asuna...
-
Posłuchaj, Asuna, uważaj na nią... Trzymaj się z
daleka. Coś jest nie tak...
-
Dobrze... – zawiesił głos a w jego oczach pojawiło się
rozbawienie. Zrozumiała. Nie dość, że wbrew wszelkim zwyczajom zapytała go o
imię, to jeszcze nie podała w zamian swojego. Po prostu przestraszona zapomniała o zwyczajach. – Rundhinziael... – przedstawiła się. – Przepraszam...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz