W całej Gendes tylko jedno zostało z marzeń
o przeistoczenie się w kogoś innego, niż
się urodziła: odruch garbienia pleców i spuszczania głowy, tak by w cieniu
długi rzęs ukryć kolor oczu i, by sprawiać wrażenie nieco niższej. Dzięki temu
stała się jeszcze mniej atrakcyjna dla miejscowych mężczyzn, niż była w
rzeczywistości. Odstraszała ich przecież nie tylko uroda
dziewczyny, ale też jej dziwaczne pochodzenie, a raczej – w mniemaniu młodych
myśliwych – jego zupełny brak. Przecież Gendes znalazły kobiety wędrujące po
lasach w poszukiwaniu grzybów i ziół. Porzucone w lesie dziecko, powinno być –
w myśl przesądów – pozostawione samo sobie. Las nie lubi, gdy odbiera mu się
to, co zostało dane pod jego wyroki. Ale Matlok, miejscowa zielarka, samotna i
bezdzietna, nie była przesądna. Bano się przeczyć jej zachciankom.
Była Ważną.
Poważano ją na równi z wodzem, choć - po
prawdzie - zupełnie innym rodzajem szacunku... Wódz wydawał rozkazy okraszając
je surowymi karami dla tych, którzy z oporem je wypełniali. Jego szacunek oparł
się na strachu i pokorze, bo mądrość decyzji wodza była nie do podważenia.
Szacunek Matlok wyrósł na nadziejach chorych, których leczyła, na ich
wdzięczności i zaufaniu. Ale jej gniew mógł się okazać w skutkach groźniejszy
od gniewu wodza, czy kapłanów. Zielarka miała prawo odejść nie udzielając
pomocy. A brak jej wsparcia dla wielu oznaczałby śmierć. Dlatego nikt nie
odważył się dyskutować z decyzjami Matlok. Nawet wódz.
Dziecko zostało w osadzie i jeszcze tego
samego dnia, by przepłoszyć siły, które za dziewczynką mogły podążać, nadano
jej imię. Słowo „gendes” oznaczało dary lasu. „Gendes” to grzyby, jagody,
maliny, to drewno przynoszone na opał, to zwierzyna wytropiona przez myśliwych,
to skóry i kora, z której w Alue robiono piękne ozdoby. Dziewczynka również
stała się darem lasu.
Nadanie jej imienia oznaczało, że
przodkowie Matlok, będą się odtąd opiekować małą znajdą.
Jednak
odmienny wygląd dziecka nigdy nie pozwolił myśliwym zapomnieć o jej pochodzeniu
i uznać za jedno ze swoich dzieci. Może dlatego nader często, miast wołać na
nią imieniem nadanym przez Matlok, nazywali ją po prostu Znajdą.
Gendes odwdzięczała się za owo wyobcowanie
po swojemu. Zdawać by się mogło, że w miarę dorastania pogodziła się z własną
odmiennością, że ją polubiła, że stała się ona powodem do dumy. Gendes
podrzucała butnie głowę, gdy któryś z mężczyzn ruszał za nią zwabiony jej
egzotyką. Każda próba uwiedzenia dziewczyny kończyła się demonstracją pogardy z
jej strony. A to dlatego, że Gendes instynktownie czuła, że nikt z tych, co swe
kroki zwracają w jej stronę nie szuka tego, o czym ona przecież marzyła, jak
niemal każda kobieta. Nikt nie chciał jej serca, nikt nie roił sobie wziąć ją pod swój
dach. Nikt nie pragnął dzieci o dziwacznych, zielonych oczach, bladej skórze i
słabowitym ciele... Dzieci, których matka, ta która nadaje imię, nie mogłaby
zapewnić opieki przodków.
Gendes miała tylko jedną szansę na szacunek
u miejscowych. Szybko posuwająca się w latach Matlok widziała tę szansę
znacznie wyraźniej od dziewczyny... Gendes była bardzo pojętna: imiona i
wyglądy ziół zapamiętywała niemal bezwiednie. Tak jak i to, jak używać roślin,
by niosły ukojenie chorym. Zielarka więc uczyła swego fachu dziewczynę i
rychło, bez obaw mogła pozostawiać pod jej opieką chorych mieszkańców Alue. Był
to czas, w którym Matlok sądziła, że może iść ku starości ze spokojem i
poczuciem dobrze wypełnionej misji... Osada miała godną następczynię.
Do czasu.
Pewnego dnia przyprowadzono do Gendes
myśliwego. Rana nie była groźna. A jednak myśliwy zmarł pod opieką dziewczyny.
Wtedy przypomniano sobie o jej pochodzeniu. I zadbano, by nie mogła zapomnieć
tamtego nieszczęśnika. Nigdy też sama nie nauczyła się odpychać od siebie
wspomnienia jego niespokojnych, rozpalonych gorączką oczu i próśb, które
szeptały spieczone gorączką usta. Nie potrafiła zapomnieć niczego. Pewnie
dlatego jej ręce nie umiały już nieść ukojenia ludziom z osady. Miast pomagać –
szkodziły. Mogła odtąd leczyć wyłącznie zwierzęta, ale ta umiejętność nie
wystarczyła, by zapewnić dziewczynie szacunek i bezpieczeństwo.
***
Rundhinziael zawitała do Alue właśnie
z powodu Gendes. Osadę znała trochę, ale
nie była w niej od lat i zakładała, że po tak długim czasie może już tam jej nawet nie
być. Dzikie miejsce. Napawające trwogą. Za blisko Hantry. Niemniej uznała w końcu, że może nadrobić trochę drogi i
sprawdzić to, co zapamiętał Muka. Na miejscu wystarczyło jedno spojrzenie w oczy Znajdy, by
wiedzieć czym, a raczej kim jest dziewczyna. I dlaczego swojego czasu pozbyto
się fatalnego dziecka. Gendes była Źródłem. Dziś już bardzo niebezpiecznym, bo
nie dość, że silnym, to na dodatek nie uczonym władania swą mocą.
Spojrzała na staruszkę z niepokojem.
Kobieta musiała dawno utracić wzrok, bo zdążyła już nauczyć się radzić ze
ślepotą. Wszystkie jej zmysły koncentrowały się teraz na przybyłej i jej
konfrontacji z Gendes.
-
Nikomu dotąd nie zaszkodziła? – Rundhinziael zadała pytanie cicho i we
wspólnym języku, by dziewczyna nie mogła go zrozumieć.
-
Zaszkodziła... – odrzekła po chwili Matlok. Również we
wspólnym. – Dlatego chciałam, żebyś... On nie miał prawa umrzeć. Nie był aż tak
chory. To uczyniła ona… Ja tego nie rozumiem… Nic nie zapowiadało… Potem
zaczęło tu ciągnąć Harnów zza rzeki... Poszczuli to towarzystwo psami, ale byli
jeszcze raz i drugi... Zimą też przyszli. Chcieli ją brać ze sobą. Ale nie na
siłę. Została...
-
Hantryjczyków... - poprawiła odruchowo starą. - Harnowie to określenie obraźliwe. To źle, że nie chciała... Oni potrafią sobie radzić z
takimi rzeczami... Nie domyśliłaś się?
-
Domyśliłam... – westchnęła ciężko stara. – Ale skoro
już nie bierze się za leczenie... Jest dla mnie jak córka. To... Naprawdę trudne... – urwała. – A ona rzeczywiście... Więcej już nie leczyła ludzi. Tylko
tamtych...
Rundhinziael poczuła niechęć. W ostatnich
słowach pojawiło się zbyt dużo lekceważenia.
Matlok wzruszyła ramionami w niezgrabnym,
zdeformowanym reumatyzmem geście.
-
Kto ci o niej powiedział? – zapytała nagle stara.
-
Nie ważne...
-
Mieliśmy tu Diabła... Takiego zza rzeki... Pewnie
on...
-
On.
Stara wyszeptała jakieś zaklęcie
odczyniające uroki. Rundhinziael skrzywiła się, ale nie skomentowała.
Najczęściej nie komentowała. Nie było sensu.
-
Ona nikomu nic nie zrobi... Już nie zrobi. Jest
bezpieczna. Leczy zwierzęta – dodała z uporem. – Przydaje się. Nie zabieraj
jej.
Rundhinziael patrzyła na dziewczynę, która
kucała przy ognisku. W tym przypadku nie
można było w ogóle mówić o bezpieczeństwie. Była groźna dla innych, dla siebie,
dla leczonych zwierząt też. Nie ona decydowała o tym, kiedy jej moc zadziała
korzystnie, a kiedy stanie się spuszczonym ze smyczy żywiołem.
-
Nie mogę jej tu zostawić. Nie przecz. Rozumiesz to.
Zabiorę ją do Hantry. Jeśli zechce wrócić, wróci.
-
Tam? – stara mruknęła głucho. – Ależ to!..
-
Dla nich będzie świętą… Nie podrzutkiem, Znajdą. Nawet
nie Darem Lasu. Będzie Darem Pory Ciepłej, córką słońca… Kim będzie tutaj,
jeśli ciebie zabraknie?
Matlok poruszyła zwiędłymi ustami. Spuściła
głowę na piersi i zamyśliła się. Kochała dziewczynę. Rzeczywiście kochała, a
starość nie stępiła jej umysłu. Jeśli próbowała ją zatrzymać, to dlatego, że
bała się samotności. Już niedługo – pomyślała Rundhinziael wyczuwając obecność
śmierci. Bliską.
-
Dobrze... – szepnęła w końcu. – Ale obiecaj mi... Nie
dasz jej skrzywdzić.
-
W Hantrze nikomu coś podobnego nie przyjdzie nawet do
głowy. Tu pewnie tak.
-
Pewnie... – zasępiła się stara a z ślepych oczu
popłynęły łzy.
***


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz