poniedziałek, 16 marca 2020

Asuna V



 

 
Gendes miała oczy w kolorze przynoszącym na myśl ciepłe pory roku i głęboką, nasłonecznioną wodę zebraną w wapiennych zagłębieniach. Dziewczyna miała też bladą, niemal przezroczystą skórę, delikatne rysy i czarne, gładkie włosy. Była wysoka, ale drobnej, słabej budowy. I uważała swój wygląd za przekleństwo. Bo oczy i karnacje mieszkańców Alue były ciemne, włosy kręcone i gęste, a ich budowa krzepka, solidna, jak na lud, który miał wpisany w swą przeszłość koczowniczy tryb życia przystało. Tutejsi myśliwi łatwo się opalali, podczas gdy słońce skórę Gendes mogło co najwyżej zaróżowić. I choć swojego czasu dziewczyna wiele zadawała sobie trudu, by jak najmniej różnić się od kobiet z osady, na nic się to zdawało. Mierzwione rękami włosy łamały się i w niczym nie przypominały wspaniałej burzy, która zdobiła głowy kobiet z Alue. Z prób opalania się zrezygnowała, gdy poparzona skóra zaczęła schodzić nie szczędząc przy tym bólu. A reszty zmienić nie mogła, bo brakło jej pomysłów na to, jak to uczynić.
   W całej Gendes tylko jedno zostało z marzeń o przeistoczenie się  w kogoś innego, niż się urodziła: odruch garbienia pleców i spuszczania głowy, tak by w cieniu długi rzęs ukryć kolor oczu i, by sprawiać wrażenie nieco niższej. Dzięki temu stała się jeszcze mniej atrakcyjna dla miejscowych mężczyzn, niż była w rzeczywistości. Odstraszała ich przecież nie tylko uroda  dziewczyny, ale też jej dziwaczne pochodzenie, a raczej – w mniemaniu młodych myśliwych – jego zupełny brak. Przecież Gendes znalazły kobiety wędrujące po lasach w poszukiwaniu grzybów i ziół. Porzucone w lesie dziecko, powinno być – w myśl przesądów – pozostawione samo sobie. Las nie lubi, gdy odbiera mu się to, co zostało dane pod jego wyroki. Ale Matlok, miejscowa zielarka, samotna i bezdzietna, nie była przesądna. Bano się przeczyć jej zachciankom.
   Była Ważną.
   Poważano ją na równi z wodzem, choć - po prawdzie - zupełnie innym rodzajem szacunku... Wódz wydawał rozkazy okraszając je surowymi karami dla tych, którzy z oporem je wypełniali. Jego szacunek oparł się na strachu i pokorze, bo mądrość decyzji wodza była nie do podważenia. Szacunek Matlok wyrósł na nadziejach chorych, których leczyła, na ich wdzięczności i zaufaniu. Ale jej gniew mógł się okazać w skutkach groźniejszy od gniewu wodza, czy kapłanów. Zielarka miała prawo odejść nie udzielając pomocy. A brak jej wsparcia dla wielu oznaczałby śmierć. Dlatego nikt nie odważył się dyskutować z decyzjami Matlok. Nawet wódz. 
   Dziecko zostało w osadzie i jeszcze tego samego dnia, by przepłoszyć siły, które za dziewczynką mogły podążać, nadano jej imię. Słowo „gendes” oznaczało dary lasu. „Gendes” to grzyby, jagody, maliny, to drewno przynoszone na opał, to zwierzyna wytropiona przez myśliwych, to skóry i kora, z której w Alue robiono piękne ozdoby. Dziewczynka również stała się darem lasu.
    Nadanie jej imienia oznaczało, że przodkowie Matlok, będą się odtąd opiekować małą znajdą.
    Jednak odmienny wygląd dziecka nigdy nie pozwolił myśliwym zapomnieć o jej pochodzeniu i uznać za jedno ze swoich dzieci. Może dlatego nader często, miast wołać na nią imieniem nadanym przez Matlok, nazywali ją po prostu Znajdą.
    Gendes odwdzięczała się za owo wyobcowanie po swojemu. Zdawać by się mogło, że w miarę dorastania pogodziła się z własną odmiennością, że ją polubiła, że stała się ona powodem do dumy. Gendes podrzucała butnie głowę, gdy któryś z mężczyzn ruszał za nią zwabiony jej egzotyką. Każda próba uwiedzenia dziewczyny kończyła się demonstracją pogardy z jej strony. A to dlatego, że Gendes instynktownie czuła, że nikt z tych, co swe kroki zwracają w jej stronę nie szuka tego, o czym ona przecież marzyła, jak niemal każda kobieta. Nikt nie chciał jej serca, nikt nie roił sobie wziąć ją pod swój dach. Nikt nie pragnął dzieci o dziwacznych, zielonych oczach, bladej skórze i słabowitym ciele... Dzieci, których matka, ta która nadaje imię, nie mogłaby zapewnić opieki  przodków.
  
    Gendes miała tylko jedną szansę na szacunek u miejscowych. Szybko posuwająca się w latach Matlok widziała tę szansę znacznie wyraźniej od dziewczyny... Gendes była bardzo pojętna: imiona i wyglądy ziół zapamiętywała niemal bezwiednie. Tak jak i to, jak używać roślin, by niosły ukojenie chorym. Zielarka więc uczyła swego fachu dziewczynę i rychło, bez obaw mogła pozostawiać pod jej opieką chorych mieszkańców Alue. Był to czas, w którym Matlok sądziła, że może iść ku starości ze spokojem i poczuciem dobrze wypełnionej misji... Osada miała godną następczynię.
   Do czasu.
   Pewnego dnia przyprowadzono do Gendes myśliwego. Rana nie była groźna. A jednak myśliwy zmarł pod opieką dziewczyny. Wtedy przypomniano sobie o jej pochodzeniu. I zadbano, by nie mogła zapomnieć tamtego nieszczęśnika. Nigdy też sama nie nauczyła się odpychać od siebie wspomnienia jego niespokojnych, rozpalonych gorączką oczu i próśb, które szeptały spieczone gorączką usta. Nie potrafiła zapomnieć niczego. Pewnie dlatego jej ręce nie umiały już nieść ukojenia ludziom z osady. Miast pomagać – szkodziły. Mogła odtąd leczyć wyłącznie zwierzęta, ale ta umiejętność nie wystarczyła, by zapewnić dziewczynie szacunek i bezpieczeństwo.

***

    Rundhinziael zawitała do Alue właśnie z  powodu Gendes. Osadę znała trochę, ale nie była w niej od lat i zakładała, że po tak długim czasie może już tam jej nawet nie być. Dzikie miejsce. Napawające trwogą. Za blisko Hantry. Niemniej uznała w końcu, że może nadrobić trochę drogi i sprawdzić to, co zapamiętał Muka. Na miejscu wystarczyło jedno spojrzenie w oczy Znajdy, by wiedzieć czym, a raczej kim jest dziewczyna. I dlaczego swojego czasu pozbyto się fatalnego dziecka. Gendes była Źródłem. Dziś już bardzo niebezpiecznym, bo nie dość, że silnym, to na dodatek nie uczonym władania swą mocą.
    Spojrzała na staruszkę z niepokojem. Kobieta musiała dawno utracić wzrok, bo zdążyła już nauczyć się radzić ze ślepotą. Wszystkie jej zmysły koncentrowały się teraz na przybyłej i jej konfrontacji z Gendes.
-       Nikomu dotąd nie zaszkodziła? – Rundhinziael zadała pytanie cicho i we wspólnym języku, by dziewczyna nie mogła go zrozumieć.
-       Zaszkodziła... – odrzekła po chwili Matlok. Również we wspólnym. – Dlatego chciałam, żebyś... On nie miał prawa umrzeć. Nie był aż tak chory. To uczyniła ona… Ja tego nie rozumiem… Nic nie zapowiadało… Potem zaczęło tu ciągnąć Harnów zza rzeki... Poszczuli to towarzystwo psami, ale byli jeszcze raz i drugi... Zimą też przyszli. Chcieli ją brać ze sobą. Ale nie na siłę. Została...
-       Hantryjczyków... - poprawiła odruchowo starą. - Harnowie to określenie obraźliwe. To źle, że nie chciała... Oni potrafią sobie radzić z takimi rzeczami... Nie domyśliłaś się?
-       Domyśliłam... – westchnęła ciężko stara. – Ale skoro już nie bierze się za leczenie... Jest dla mnie jak córka. To... Naprawdę trudne... – urwała. – A ona rzeczywiście... Więcej już nie leczyła ludzi. Tylko tamtych...
        Rundhinziael poczuła niechęć. W ostatnich słowach pojawiło się zbyt dużo lekceważenia.
   Matlok wzruszyła ramionami w niezgrabnym, zdeformowanym reumatyzmem geście.
-       Kto ci o niej powiedział? – zapytała nagle stara.
-       Nie ważne...
-       Mieliśmy tu Diabła... Takiego zza rzeki... Pewnie on...
-       On.
   Stara wyszeptała jakieś zaklęcie odczyniające uroki. Rundhinziael skrzywiła się, ale nie skomentowała. Najczęściej nie komentowała. Nie było sensu.
-       Ona nikomu nic nie zrobi... Już nie zrobi. Jest bezpieczna. Leczy zwierzęta – dodała z uporem. – Przydaje się. Nie zabieraj jej.
    Rundhinziael patrzyła na dziewczynę, która kucała przy ognisku.  W tym przypadku nie można było w ogóle mówić o bezpieczeństwie. Była groźna dla innych, dla siebie, dla leczonych zwierząt też. Nie ona decydowała o tym, kiedy jej moc zadziała korzystnie, a kiedy stanie się spuszczonym ze smyczy żywiołem.
-       Nie mogę jej tu zostawić. Nie przecz. Rozumiesz to. Zabiorę ją do Hantry. Jeśli zechce wrócić, wróci.
-       Tam? – stara mruknęła głucho. – Ależ to!..
-       Dla nich będzie świętą… Nie podrzutkiem, Znajdą. Nawet nie Darem Lasu. Będzie Darem Pory Ciepłej, córką słońca… Kim będzie tutaj, jeśli ciebie zabraknie?
      Matlok poruszyła zwiędłymi ustami. Spuściła głowę na piersi i zamyśliła się. Kochała dziewczynę. Rzeczywiście kochała, a starość nie stępiła jej umysłu. Jeśli próbowała ją zatrzymać, to dlatego, że bała się samotności. Już niedługo – pomyślała Rundhinziael wyczuwając obecność śmierci. Bliską.
-       Dobrze... – szepnęła w końcu. – Ale obiecaj mi... Nie dasz jej skrzywdzić.
-       W Hantrze nikomu coś podobnego nie przyjdzie nawet do głowy. Tu pewnie tak.
-       Pewnie... – zasępiła się stara a z ślepych oczu popłynęły łzy. 

***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz