piątek, 20 marca 2020

Asuna X


   Rundhinziael usiadła na desce zgrabnie wspartej między dwoma rozchodzącymi się na boki pniami. Tuląc dłonie do kubka z aromatycznym naparem obserwowała wschód słońca. W osadzie panował ruch. Jak zawsze o tej porze. Kiedyś ją to bardzo zastanawiało. Bo sąsiadujące z nimi ludy też często wprawdzie zrywały się, gdy tylko stawało się jasno, ale w zamian zaraz po zmroku udawały się na spoczynek. Tymczasem Hantryjczycy spać chodzili bardzo późno. Może potrzebowali mniej snu, niż ich sąsiedzi, a może po prostu wewnętrzna dyscyplina, nie pozwalała im kończyć dnia nazbyt szybko i wylegiwać się po nastaniu świtu. W każdym razie słońce witano już rozpoczętymi pracami, okrzykami uganiającej się dzieciarni i rytmem wartko płynącego życia. Kobiety schodziły nad rzekę by przepłukać wyprane rzeczy, gręplowały wełnę, tkały, zbierały zioła, gotowały. Robiły wszystko to, co robią gospodynie także poza Hantrą. Pracowały jednak z osobliwym skupieniem i cierpliwością i niezmienną dokładnością. Tu jeśli się coś robiło, to nigdy dla zbycia. Trzeba się było przykładać tak samo do tworzenia wyszukanych ozdób, broni, czy budowania domu, jak i do zamiatania podłogi, czy mycia garnków. Jak robić, to dokładnie – mawiali Hantryjczycy. 


   Od strony lasu szedł wysoki, postawny mężczyzna. Gospodarz u którego zawitały na nocleg. Szedł ubrany w typowy strój ćwiczebny: luźną, lnianą bluzę, której rękawy aż do łokci były okręcone pasami skóry i szerokie, nie ograniczające swobody ruchów spodnie. Zapewne oderwał się od pracy wcześniej niż inni. Musiał spełnić obowiązki względem swoich gości.
-       Dwa drzewa, jeden korzeń… - mruknął dotykając niemal z czułością kory jednego z pni pomiędzy którymi zgrabnie zamontowano siedzisko. - Wcześnie wstałaś, Strażniczko… - uśmiechnął się lekko siadając obok niej wycierając jednocześnie pot z czoła.
-       Lubię wschody słońca... – mruknęła. – Nie zdążyliśmy wczoraj porozmawiać, prawda?
-       Prawda – skinął głową i popatrzył na nią z ukosa. – Rozmawiałem z Viiją...
-       Gendes cię zna, prawda? Skąd?
-       Leczyła mnie kiedyś... Dawno... – odparł niechętnie.
-       Tego się domyśliłam... Ale... Chyba nie tylko ciebie leczyła.
-       Nie tylko...
-       A ciebie wspomina...
-       Tak – zacisnął nagle usta i ściągnął brwi.
   Coś chciał powiedzieć, ale wstrzymywał się. Ciemne oczy Hantryjczyka spochmurniały nagle, mruknął coś głucho do swych myśli i popatrzył z ukosa na Rundhinziael.
-       Wybacz, Strażniczko... Ale... Czy będziemy musieli wzywać Nitthor Tah?
   Jego głos drgnął nerwowo. Musiał lubić tego chłopaka bardziej, niż sądziła, bo Hantryjczycy niechętnie zdradzają uczucia. On, choć próbował je ukryć, nie zdołał.
-       Gendes ci mówiła?
-       Mówiła? Nie... Powiedziała tylko, że Asunę należy zabić... – zacisnął szczęki i potarł dłonią czoło. – Nie mówiła dlaczego, ale to Viija...
-       Nie jest upoważniona do decydowania o życiu, albo śmierci...Miewa czasem różne napady...
-       Ale... Jest córką Daanan. Może wiedzieć takie rzeczy...  
-   Na razie niewiele umie. 
   Zerwał rosnącą obok wysoką trawę, złamał na pół i podał Rundhinziael. Jeśli ją rozgryźć miała kwaskowaty smak i gasiła pragnienie.
-       To Viija, Strażniczko – powtórzył w zamyśleniu po czym podniósł na nią wzrok. -  Wiesz wszystko o odpowiedzialności – popatrzył otwarcie w oczy Rundhinziael. – Powiedz.
-       Chcesz pytać, to sformułuj pytanie otwarcie...
-       Chcę wiedzieć. Ale nie muszę zadawać pytań...Bo wiesz, czego będą dotyczyły.
Zasadniczo miał rację.
-       Kiedyś będzie trzeba ich wezwać... - westchnęła.
    Horn zacisnął szczęki. Niemal tak samo, jak wczoraj jego syn.
-       Nie rozumiem, co masz na myśli mówiąc, że kiedyś – powiedział w końcu z ciężkim westchnieniem.
-       Dokładnie to, co powiedziałam. Kiedyś. To jest obecne i w końcu się przebudzi. Raczej szybciej, niż później. Ja wzywałabym Nitthor Tah już. Co zrobi wasz Sędzia, nie wiem. Poleciłam Sędziemu zdecydować... Nitthor Tah, albo śmierć. Jedno z dwóch.
-       Sędziemu... – mruknął – znaczy Laughowi będzie bardzo trudno...
-       To też nie ma znaczenia – powiedziała twardo. – Musi być, co musi. Ale wiem, że go lubicie... Więc...
-       Czyżby jeszcze była jakaś alternatywa? – ożywił się Horn.
-       Nie. Żadnej innej. Chciałam powiedzieć, że możecie mu pomóc się przygotować. I radzę namawiać go na naukę u Nitthor Tah.
-       Jak go przygotować? – westchnął głucho. – Nitthor Tah zabrali mu rodzinę.
-       Był dzieckiem...
-       Był. I zyskał nową rodzinę. Moją. I teraz mam mu powiedzieć, że musi ją stracić.
-       Nie ty. Poza tym Nithhor Tah...
-       Nitthor Tah! Nitthor Tah... – warknął. Wstał gwałtownie i popatrzył na nią z ukosa. – Wybacz, ale to nie jest proste. Jakkolwiek ty to postrzegasz. Był tak mały, że nie powinien niczego pamiętać, ale... Coś jednak pamięta. 
-    Co?
-    Zasłonięte twarze, oczy, krzyki, krew... Latami wrzeszczał o tym nocą.
-        Wybacz, ale jeśli będziecie go przed tym chronić, to kiedyś wszystko będzie... Trudniejsze... – szepnęła głucho. –To raz. Dwa: badający go co roku Strażnicy nie oswoili go z myślą o Nitthor Tah?
-       Ty znowu swoje... Jak niby mieli go oswoić? Raz do roku zadają mu ból. Wiesz jak po tym wygląda? Leży jak sterta szmat. Czasem rzyga. Przez parę dni. Powiedz, gdyby to był twój syn... Ktoś kto jest ważny w twoim życiu... Czy szukałabyś pomocy u kogoś, kto już raz skrzywdził? A potem robił to znów i znów?
-       Horn... On sam siebie skrzywdzi. I was. Gendes to wie.
-       Tak... – mruknął głucho.- Ale trzeba to zostawić Sędziemu. Nie przedstawiłem ci swojego punktu widzenia. Powiedziałem, co myśli Laugh.
       I odszedł.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz