Rundhinziael usiadła na desce zgrabnie wspartej
między dwoma rozchodzącymi się na boki pniami. Tuląc dłonie do kubka z
aromatycznym naparem obserwowała wschód słońca. W osadzie panował ruch. Jak
zawsze o tej porze. Kiedyś ją to bardzo zastanawiało. Bo sąsiadujące z nimi
ludy też często wprawdzie zrywały się, gdy tylko stawało się jasno, ale w
zamian zaraz po zmroku udawały się na spoczynek. Tymczasem Hantryjczycy spać
chodzili bardzo późno. Może potrzebowali mniej snu, niż ich sąsiedzi, a może po
prostu wewnętrzna dyscyplina, nie pozwalała im kończyć dnia nazbyt szybko i
wylegiwać się po nastaniu świtu. W każdym razie słońce witano już rozpoczętymi
pracami, okrzykami uganiającej się dzieciarni i rytmem wartko płynącego życia.
Kobiety schodziły nad rzekę by przepłukać wyprane rzeczy, gręplowały wełnę,
tkały, zbierały zioła, gotowały. Robiły wszystko to, co robią gospodynie także
poza Hantrą. Pracowały jednak z osobliwym skupieniem i cierpliwością i
niezmienną dokładnością. Tu jeśli się coś robiło, to nigdy dla zbycia. Trzeba
się było przykładać tak samo do tworzenia wyszukanych ozdób, broni, czy
budowania domu, jak i do zamiatania podłogi, czy mycia garnków. Jak robić, to
dokładnie – mawiali Hantryjczycy.
Od strony lasu szedł wysoki, postawny
mężczyzna. Gospodarz u którego zawitały na nocleg. Szedł ubrany w typowy strój
ćwiczebny: luźną, lnianą bluzę, której rękawy aż do łokci były okręcone pasami
skóry i szerokie, nie ograniczające swobody ruchów spodnie. Zapewne oderwał się
od pracy wcześniej niż inni. Musiał spełnić obowiązki względem swoich gości.
-
Dwa drzewa, jeden korzeń… - mruknął dotykając niemal z
czułością kory jednego z pni pomiędzy którymi zgrabnie zamontowano siedzisko. -
Wcześnie wstałaś, Strażniczko… - uśmiechnął się lekko siadając obok niej
wycierając jednocześnie pot z czoła.
-
Lubię wschody słońca... – mruknęła. – Nie zdążyliśmy
wczoraj porozmawiać, prawda?
-
Prawda – skinął głową i popatrzył na nią z ukosa. –
Rozmawiałem z Viiją...
-
Gendes cię zna, prawda? Skąd?
-
Leczyła mnie kiedyś... Dawno... – odparł niechętnie.
-
Tego się domyśliłam... Ale... Chyba nie tylko ciebie
leczyła.
-
Nie tylko...
-
A ciebie wspomina...
-
Tak – zacisnął nagle usta i ściągnął brwi.
Coś chciał powiedzieć, ale wstrzymywał się.
Ciemne oczy Hantryjczyka spochmurniały nagle, mruknął coś głucho do swych myśli
i popatrzył z ukosa na Rundhinziael.
-
Wybacz, Strażniczko... Ale... Czy będziemy musieli
wzywać Nitthor Tah?
Jego głos drgnął nerwowo. Musiał lubić tego
chłopaka bardziej, niż sądziła, bo Hantryjczycy niechętnie zdradzają uczucia. On, choć próbował je ukryć, nie zdołał.
-
Gendes ci mówiła?
-
Mówiła? Nie... Powiedziała tylko, że Asunę należy
zabić... – zacisnął szczęki i potarł dłonią czoło. – Nie mówiła dlaczego, ale
to Viija...
-
Nie jest upoważniona do decydowania o życiu, albo
śmierci...Miewa czasem różne napady...
-
Ale... Jest córką Daanan. Może wiedzieć takie
rzeczy...
- Na razie niewiele umie.
Zerwał rosnącą obok wysoką trawę, złamał na
pół i podał Rundhinziael. Jeśli ją rozgryźć miała kwaskowaty smak i gasiła
pragnienie.
-
To Viija, Strażniczko – powtórzył w zamyśleniu po czym
podniósł na nią wzrok. - Wiesz wszystko
o odpowiedzialności – popatrzył otwarcie w oczy Rundhinziael. – Powiedz.
- Chcesz pytać, to sformułuj pytanie
otwarcie...
-
Chcę wiedzieć. Ale nie muszę zadawać pytań...Bo wiesz, czego będą dotyczyły.
Zasadniczo miał rację.
- Kiedyś będzie trzeba ich wezwać... - westchnęła.
Horn zacisnął szczęki. Niemal tak samo, jak
wczoraj jego syn.
-
Nie rozumiem, co masz na myśli mówiąc, że kiedyś –
powiedział w końcu z ciężkim westchnieniem.
-
Dokładnie to, co powiedziałam. Kiedyś. To jest obecne i w końcu się przebudzi. Raczej szybciej, niż później. Ja wzywałabym Nitthor Tah już. Co zrobi wasz Sędzia, nie wiem. Poleciłam Sędziemu zdecydować... Nitthor Tah, albo
śmierć. Jedno z dwóch.
-
Sędziemu... – mruknął – znaczy Laughowi będzie bardzo
trudno...
-
To też nie ma znaczenia – powiedziała twardo. – Musi
być, co musi. Ale wiem, że go lubicie... Więc...
-
Czyżby jeszcze była jakaś alternatywa? – ożywił się
Horn.
-
Nie. Żadnej innej. Chciałam powiedzieć, że możecie mu
pomóc się przygotować. I radzę namawiać go na naukę u Nitthor Tah.
-
Jak go przygotować? – westchnął głucho. – Nitthor Tah zabrali
mu rodzinę.
-
Był dzieckiem...
-
Był. I zyskał nową rodzinę. Moją. I teraz mam mu
powiedzieć, że musi ją stracić.
-
Nie ty. Poza tym Nithhor Tah...
-
Nitthor Tah! Nitthor Tah... – warknął. Wstał gwałtownie i popatrzył na nią
z ukosa. – Wybacz, ale to nie jest proste. Jakkolwiek ty to postrzegasz. Był tak mały, że nie powinien niczego pamiętać, ale... Coś jednak pamięta.
- Co?
- Zasłonięte twarze, oczy, krzyki, krew... Latami wrzeszczał o tym nocą.
-
Wybacz, ale jeśli będziecie go przed tym chronić, to kiedyś wszystko będzie... Trudniejsze... – szepnęła głucho. –To raz. Dwa: badający go co roku Strażnicy nie oswoili go z myślą o Nitthor Tah?
-
Ty znowu swoje... Jak niby mieli go oswoić? Raz do roku zadają mu ból. Wiesz jak po tym wygląda? Leży jak sterta szmat. Czasem rzyga. Przez parę dni. Powiedz, gdyby to był twój syn... Ktoś kto jest ważny
w twoim życiu... Czy szukałabyś pomocy u kogoś, kto już raz skrzywdził? A potem robił to znów i znów?
-
Horn... On sam siebie skrzywdzi. I was. Gendes to wie.
-
Tak... – mruknął głucho.- Ale trzeba to zostawić Sędziemu. Nie przedstawiłem ci swojego punktu widzenia. Powiedziałem, co myśli Laugh.
I odszedł.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz