Laugh podrzucił drobny kamień w dłoni i
popatrzył spode łba na swego brata. Skrzydło stał w lekkim rozkroku, z
uniesionym łbem i zwężonymi ślepiami, z dłońmi opartymi na pasie, który miał
imitować taki, jaki nosili dorośli wojownicy. Dłonie trzymał w pobliżu broni.
Drewnianej. I prowokował. Od wielu dni, z uporem jedenastolatka, któremu się
wydaje, że w ten sposób dogoni albo nawet prześcignie czas. Skrzywił się. Miał
ochotę przyrżnąć solidnie w głupio uśmiechnięty pysk, ale zamiast tego pokiwał
z dezaprobatą głową. Po pierwsze: wiedział, że brak odpowiedzi na zaczepkę
zrani Skrzydło bardziej niż cokolwiek innego, po drugie doszedł do wniosku, że
ma znacznie ważniejsze sprawy na głowie, niż humory młodszego brata.
Skomentował kwaśnym uśmiechem zwężające się oczy chłopaka, po czym odwrócił się
na pięcie z zamiarem odejścia.
-
Tchórz... – usłyszał ciche syknięcie za plecami.
Tego było za wiele. Laugh odwrócił się
błyskawicznie i nim gówniarz się zorientował, kamyk wylądował dokładnie
pomiędzy zmarszczonymi brwiami. Po nosie chłopaka pociekła krew natychmiast
zlepiając ciemne kosmyki niesfornej grzywki. Skrzydło krzyknął wściekle, po
czym szurnął ku niemu z półprzytomnym wzrokiem. Zaatakował go z wściekłością,
jakiej sam Laugh nie dedykowałby pewnie swoim wrogom. Teraz. Już nie pozwalał,
by byle kto wyprowadzał go z równowagi. Spokojnie poczekał, aż szczeniak pokona
dzielącą go od niego odległość, z równym spokojem złapał szarżującego za szmaty
na grzbiecie, jednym szarpnięciem ustawił tak, by wygodnie było złapać go za
wyciągniętą w przód rękę, wyrwał z niej drewniany miecz i solidnie przyłożył nim
chłopakowi przez tyłek. Z nadzieją, że przynajmniej siniec przypomni mu o
respekcie. Zaskoczony Skrzydło nawet nie wrzasnął, nie rozpłakał się jak do
niedawna jeszcze miał w zwyczaju. Po prostu opadł na kolana zasłaniając dłońmi
twarz. Z pod palców mocniej popłynęła krew. Któryś z towarzyszących mu szczeniaków
uśmiechnął się kwaśno najwyraźniej dochodząc do wniosku, że bezpieczniej jest
oddać zwycięstwo w sporze starszemu z braci. Laugh zmrużył oczy – lojalność
przyjaciół jego brata była dyskusyjna. Powinien nauczyć się lepiej dobierać
tych, którymi się otacza. Należało o tym pamiętać i przypomnieć chłopakowi. W
swoim czasie. Wątpił, by którykolwiek ze świty Skrzydła nabrał kiedykolwiek
lepszych nawyków w kwestii przyjaźni. Jego właśni towarzysze nigdy nie
pozwoliliby sobie na podobną reakcję. Stali za nim murem. Zawsze. Dziś takim,
że zburzenie go było prawie niemożliwe. Nauczyli się, jaka siła tkwi w zwartej
grupie i czerpali z tego korzyści. Teraz stali zbywając incydent obojętnością. Prawie każdy z nich miał młodszych braci. Rozumieli takie
starcia. Tylko Asuna pozwolił sobie na ściągnięcie brwi. Laugh zgromił go
wzrokiem i podszedł do brata. Odciągnął siłą zasłaniające twarz dłonie i
przyjrzał się skaleczeniu na czole chłopca. Skrzydło nie miał siły mu się
wyrwać, najwyraźniej zaakceptował ten fakt, bo nie próbował się szarpać. Po
prostu wpił się nienawistnym spojrzeniem w jego twarz. Laugh pozwolił wreszcie
by ich spojrzenia się spotkały. Widząc całkowity brak pokory miał ochotę poprawić to, co już
się stało. Zrezygnował jednak. Kamień rozciął skórę trochę zbyt głęboko i zbyt
blisko nasady nosa. Nie rzucił tak celnie, jak sądził. Podniósł się i przez
chwilę patrzył na brata z góry szukając odpowiednich słów. Nie znajdował ich. Z
pomocą przyszedł mu Boror.
-
Nie zaczynaj ze starszymi... – mruknął do Skrzydła, po czym
klepnął chłopca po ramieniu. – Twój brat - tym razem skierował słowa do Laugha - będzie kiedyś wielkim wojownikiem... –
uśmiechnął się kpiąco. – Ikry mu nie brakuje...
-
Odstąp... – Laugh ostro uciął ironię nie spuszczając wzroku z
twarzy brata.
-
Powinien znaleźć się pod twoją opieką, zanim narobi kłopotów... – zaśmiał się cicho nie zrażony Boror. – Może miałby szansę cię prześcignąć z takim
temperamentem?.. Przekaż ojcu... Może się już nada...
-
By poznawać drogę wojowników, trzeba być karnym... Jego
wychowanie, to nie moja rzecz – warknął nagle Laugh. Był zły. Na siebie. Nie
lubił, gdy coś wyrywało mu się spod kontroli. – Ale przekażę ojcu – powiedział
do Skrzydła - że potrzebujesz twardszej
ręki. Może Kuna się tobą wreszcie
zajmie.
Ciemne, wypełnione po brzegi czarną tkanką
oczy zwęziły się tak, że teraz widać było jedynie wąskie szparki. Te oczy
mówiły, że Skrzydło wolałby śmierć niż posłuszeństwo, bez względu na to, kto go
wymagał. Laugh uśmiechnął się lekko. Kiedyś jego własne oczy przemawiały
podobnie. Dawno.
-
Idź do Agi... – mruknął z westchnieniem. – Źle to wygląda...
-
Odpieprz się! – syknął chłopak spuszczając zaraz potem jeszcze niżej łeb,
jakby sądził, że w ten sposób można ukryć się przed wzrokiem wojowników
stojących wokół niego.
-
Z przyjemnością... Nie mam czasu na zabawę z dziećmi – mruknął
Laugh po czym ruszył w stronę domu.
Czekała go nauka. Inna niż ta, o której
marzył Skrzydło i zupełnie nie taka, która jemu samemu odpowiadała, choć
niegdyś rwał się do tego.
***
W zasadzie posiadł
jedną tylko umiejętność, otrzymał jeden dar: potrafił tworzyć Psy. Mogły być wszędzie: w skale, nurcie rzeki, drzewie. Potrafiły widzieć i czuć, to czego on sam by nie mógł. Podzielić się tym. I pilnować. Pilnowały doskonale. To
wystarczyło, by cieszyć się szacunkiem, choć nie tym, którego by oczekiwał. Ta
właśnie umiejętność sprawiła, że stał się Sędzią. Narzekać zbytnio wprawdzie
nie mógł. Był dostatecznie sprawny i dostatecznie wiele razy udowodnił, że ma
też inne talenty, by nie przejmować się tym, jaki budzi strach wśród tych,
którzy obawiali się, że użyje swej władzy i umiejętności przeciw nim. Niemniej
nie udawało się uniknąć umykających przed jego wzrokiem spojrzeń, spuszczanych
głów i mamrotanych pod nosem zabobonnych formuł odczyniających uroki. Nawet
wśród przyjaciół, którzy wielokrotnie widzieli, nie tylko co potrafi, ale też
jak się tym posługuje. I kiedy.
Tu i tak nie było to
takie trudne do uniesienia: w Biv Anan jeszcze stosunkowo dość często rodzili
się tacy, którzy przynosili z sobą jakiś dar. W rodzinie Laugha prawie wszyscy mieli
jakiś talent, choć różnorodność tego, co przynosili na świat była nieomylnym
świadectwem jak bardzo daleką drogę przeszedł ten klan mieszając krew z innymi.
Niemniej najbardziej istotne było to, że nie utracili swych zdolności, jak
wiele innych rodów. Na Pograniczu istniało już wiele osad, w których dary
zanikły całkowicie. To, że w Biv Anan nie, dawało przewagę tej osadzie nad
innymi, dlatego bardzo strzeżono młodych dbając, by nie zanikły, albo nie
zmutowały w dzikie dary – nieprzewidywalne i niebezpieczne dla wszystkich. Nie
tylko uczono panowania nad umiejętnościami, ale także przyzwyczajano od
najmłodszych lat do myśli o tym, żeby życiowych partnerów szukać wśród
obdarowanych przez Daanan. Nie było to wcale takie trudne. Wystarczyło
przekonać kogoś, że posiadając dar należy do elity, do Ważnych, że wszyscy
pozostali są poniżej ich godności. Dbano zatem, by zarówno dar, jak i inne
umiejętności Ważnych opanowane były w stopniu znacznie wyższym niż u
pozostałych. To pozwalało dostrzegać różnice miedzy sobą, a tymi z niższych
rodów. Naprawdę pozwalało. Laugh szanował wszystkich, ale nie miałby wspólnych
tematów z tymi, z którymi dorastał, a których wiedza z czasem została
ograniczona do takiej, jaka pozwalała na teoretyzowanie na temat warunków pogodowych,
zbiorów, polowań, kobiet i zakupów u heureńskich kupców. Szukał towarzystwa
tych, którzy równie dobrze jak on potrafili poruszać się po dziejach
Pogranicza, którzy w ramach swych zadań przekraczali granicę, którzy skupiali
się na poszukiwaniu nowych możliwości tkwiących w darze, a w kobietach
dostrzegali coś więcej, niż szansę na szybką prokreację.
Można powiedzieć, że
Pogranicznicy z Biv Anan znaleźli najlepszy sposób na trzymanie swych dzieci w
ryzach pęt obowiązków klanowych: po prostu nauczyli je dumy z przynależności do
tego, w czym się urodzili.
***
Laugh
zniechęcony kolejnym niepowodzeniem, zaklął pod nosem. Trias skrzywiła się
lekko, zatopiła spojrzenie w jego oczach. Poczuł jej spokój, albo raczej
spokojny gniew. Stanowczość. Czasem tak robiła: zamiast mówić do niego,
patrzyła tak, że czuł jej emocje, czuł je tak wyraziście, że stawały się jego
własnymi. Nie lubił tego, bo nie potrafił w żaden sposób bronić się przed tego
typu ingerencją, ale fakt faktem – to potrafiło być znacznie bardziej
zrozumiałe od jakichkolwiek słów.
-
Nie patrz na mnie w ten sposób – mruknął. – Czuję się jakbyś
grzebała w moim łbie.
Taki miała dar, ale też i ciążył na niej
zakaz posługiwania się nim w stosunku do Ważnych jeśli nie było to uzasadnione
rzeczywistą potrzebą. Albo rozkazem. Była jego rówieśnicą, ale jako kapłanka poświęciła cały
swój czas na naukę panowania nad swymi umiejętnościami, podczas gdy on musiał
uczyć się także wszystkiego, co było związane ze sztuką wojenną, taktyką,
zarządzaniem i prowadzeniem klanu. Dlatego go uczyła. Cieszył się z tego, bo
jej towarzystwo i tak było znacznie bardziej ciekawe, od nudnego towarzystwa
starszych kapłanek, które okraszały swą naukę niekończącymi się wykładami
natury religijnej.
-
Grzebię – zakpiła. – I próbuję znaleźć to, co powinno być we łbach
istot myślących.
-
Potrafisz być złośliwa, wiesz?
-
A dlaczego nie, Laugh? Czy twoje zachowanie nie zasługuje na
złośliwość?
-
Jakie zachowanie?
-
Klniesz, jak ci coś nie wychodzi, niecierpliwisz się jak dziecko i
jak smarkacz wdajesz się w bójki z młodszym rodzeństwem – wyliczyła jednym
tchem.
Już się rozniosło - pomyślał z niechęcią, którą natychmiast pogłębiła myśl o powrocie do domu. Wszak było oczywiste, co powie ojciec.
-
To nie była bójka – mruknął.
-
A co?
-
Utarczka. Drobny konflikt. Nie wywołany zresztą przeze mnie.
-
Więc wdajesz się w utarczki jak smarkacz i jak dziecko podejmujesz
konflikty. Z dziećmi.
-
Aha – mruknął kwaśno.
Czasem rozmowy z nią wyglądały właśnie tak:
wszystko odwracała w ten sposób, by mieć rację. Nieomylny znak, że nie warto
podejmować dyskusji.
-
Jesteś tak zmęczony, że nie masz sił się kłócić? – popatrzyła na
niego z rozbawieniem
Był zmęczony. Była noc i jutro będzie musiał
wstać wcześniej niż zwykle.
-
Owszem. Mogłabyś mi dać już spokój... Może ja nie mam żadnych
dodatkowych zdolności? Może powinienem ćwiczyć tylko to, co już wiem, że na
pewno jest moim darem? I fach wojowników?
-
Wojowników? – usiadła na stole i popatrzyła w dal. Przez chwilę
zamiast jej słuchać, gapił się na ładną łydkę, która znalazła się w zasięgu
jego wzroku. – Przecież to właśnie jest jego częścią – odparowała. – Poza
tym... Wszyscy mają swoje miejsce. Twoje jest takie: musisz zagłębić swój dar.
Znacznie bardziej, niż pozostali. Jest inny, niż cokolwiek, co mieliśmy
dotąd...
Nie tylko łydka była ładna. Reszta też.
Uśmiechnął się w myślach do własnych przypuszczeń dotyczących pozostałych elementów
z których składała się Trias.
-
Przesadzasz – mruknął. – Tworzący Psy nie byli wcale taką
rzadkością... Zadałem sobie trud. Poczytałem o tym.
-
O! Czytanie jest trudem? – Uniosła lekko brwi. – Aż tak z tobą
źle? – zakpiła znowu.
-
Wiesz, co chciałem powiedzieć...
-
Wiem – przytaknęła. – Nie wiem tylko, czy poczytałeś na tyle
dokładnie, by zrozumieć, że twój dar rzeczywiście jest niezwykły.
Doskonale wiedział o co jej chodzi. Ci,
którzy tworzyli Psy zwykle ograniczali się do tej jednej umiejętności i
potrzebowali dużo czasu, by przelać swą wolę na przedmioty, które miały czegoś
pilnować. Wykorzystywano ich najczęściej w chwili, gdy trzeba było zostawić pod
opieką Psa jakiegoś więźnia. Byli tacy, którzy potrafili sprawić, że zwykłe
drzewo stawało się skutecznym wartownikiem. Więźniów nie trzeba było nawet
pętać. W jego przypadku było trochę inaczej. Potrafił wpłynąć na naturę
błyskawicznie, do tego stopnia, że mogła pomagać mu w powstrzymaniu
uciekiniera. Mogła też zadać śmierć. Rzadko się tym posługiwał, bo jeszcze nie
do końca panował nad tą ostatnią możliwością daru.
-
Może i jest... Ale wiesz też, że nad tym, co już znam nie
panuję... Po co więc szukać kolejnych możliwości? Ja nie za bardzo mam na to
ochotę, więc... Może to po prostu zachłanność tych, którzy chcieliby korzystać
z możliwości, jakie będę mógł...
-
Tak myślisz? Może... – uśmiechnęła się lekko.
I jakoś smutno odgarniając włosy spadające
na policzek. Pełne wargi poruszyły się jakoś tak nerwowo i znieruchomiały
kształtując linię, która oznaczała zawód.
-
Żartowałem...
-
Skoro tak, to może być. Ale i tak musiałeś o tym myśleć. Posłuchaj
więc, nawet jeśli są tacy, którzy liczą na ewentualne dodatkowe możliwości
twojego daru, to przecież... Ty też możesz być zaskoczony czymś, co jest weń
wpisane. Chyba nie chciałbyś przeżyć
zaskoczenia?
-
Chyba nie...
-
To jak, próbujesz dalej, czy mam iść?
- Bo… Spieszno ci do pewnego kapłana... - skomentował z roztargnieniem.
Syknęła gniewnie i zacisnęła dłonie w pięść.
Nie lubiła, gdy wytykał jej to uczucie. Wiedział o tym. Od dziecka durzyła się
w tamtym i równie długo próbowała to skrywać, choć wiedzieli wszyscy. No...
Może z wyjątkiem rzeczonego.
-
Laugh! – wysyczała. – Tak, spieszno mi do niego. Doskwiera mi to
bardziej, gdy mam nieodparte wrażenie, że marnuję tu swój czas.
-
Przepraszam – opanował się. – Nie chciałem…
-
Doceniam, że potrafisz przepraszać, a teraz… Czy mógłbyś powtórzyć
to, o co cię prosiłam?
Laugh
pochylił się nad leżącym przed nim kamieniem, ułożył palce w odpowiedni znak i
skoncentrował całą siłę swej woli, jaką tylko zdołał wykrzesać. Zadaniem
kamienia było przyjąć treść i siłę tej woli. Gdyby miał po prostu uczynić z
niego Psa, nie musiałby się wysilać. Trias patrzyła uważnie na jego starania,
po czym ze zniecierpliwieniem uderzyła trzonkiem rytualnego bata w jego
nadgarstek i znudzonym gestem rozsunęła palce ułożone w znaku, który powinien
był pomóc w koncentracji. Warknął z bólu, ale starał się zachować układ dłoni,
jaki wymusiła na nim. Wzruszyła ramionami i sięgnęła ze znudzeniem po jabłko
leżące na stole.
I krzyknęła.
Z bólu.
Na jej dłoni zakwitł wielki siniec.
Laugh
patrzył z niedowierzaniem. Ona również.
-
Nie miałeś robić tego... – roześmiała się ledwo panując nad
grymasem bólu. - Tutaj… Ale tak… - przygryzła wargi i roztarła szybko bolące
miejsce. – O to chodziło.
Popatrzyła jeszcze raz na
swoją rękę.
-
Powinnam się cieszyć, że jednak to nie pochodziło z kamienia… -
mruknęła. – Ale to i tak bez sensu… Jabłko oczywiście łatwiej zmusić do
przyjęcia takiego rodzaju woli… Nikt jednak nie zechce od ciebie gniewu
zamkniętego w jabłku… - uśmiechnęła się słabo rozbawiona wizją kogoś, kto
posługiwałby się taką bronią. – Mam jednak nadzieję, że przynajmniej sobie
dowiodłeś istnienie kolejnych możliwości…
Laugh patrzył z rosnącą fascynacją na wciąż
powiększający się siniec na dłoni Trias i owo jabłko. To jabłko na które
przelał pragnienie, by poczuła to, co on, gdy uderzała go trzonkiem bata. By
mniej więcej poczuła coś takiego. Chyba skupił się na „więcej”.
-
Jutro – podjęła z kwaśnym uśmiechem – spotkasz się z pewnym
kapłanem, o którym raczyłeś wspomnieć. To będzie twój prawdziwy nauczyciel. Ja
miałam sprawdzić tylko, czy jego wysiłek jest wart twojej osoby.
Zeskoczyła ze stołu i popatrzyła z niepokojem
na jabłko. Było całe, nietknięte. Zupełnie zwykłe. Potrząsnęła lekko głową,
podniosła owoc i wgryzła w niego zęby.
-
Nie sądziłam, że takie coś może się udać bez jego pomocy… O jakiej
istocie myślałeś? Chciałabym wiedzieć…
Laugh patrzył na nią wyraźnie zmieszany. To
o czym myślał było wężem, którego ukąszenie było śmiertelne. Ale nie o śmierć
mu chodziło, po prostu uderzenie, które mu wymierzyła przypominało ból, jaki
towarzyszy ukąszeniu tego węża.
-
Nie bój się… - uśmiechnęła się. – Nie umrę… Jestem ciekawa tylko,
czy zadziałało zgodnie ze swą naturą.
Popatrzył na jej dłoń. Pośrodku sinej plamy
były dwa nakłucia jakie mogły zostawić zęby węża. Dlatego pytała.
-
Chyba zgodnie - skrzywił się. - To była Ruhe…
-
Tak myślałam... No, no... Wąż Manath… - uśmiechnęła się słabo. –
Znasz legendę?
-
Znam…
Roześmiała się miękko i jej spojrzenie
uciekło ponownie w dal.
-
Wąż, który zakończył księgę niepotrzebnej miłości… Doprawdy… Nie
masz pojęcia jak dobrze trafiłeś.
-
Nie umrzesz przecież….
-
Ale to byłaby doskonała śmierć dla mnie… Świetna… Gdyby tylko była
w kamieniu…
-
Trias…
-
Ach! Ja tylko tak… - wzruszyła ramionami. - Jutro poznasz tego,
którego obecność tak cię irytowała.
-
Nie irytowała… Po prostu… Ty też zasłużyłaś na złośliwość… -
powiedział spokojnie.
-
Nie na taką jednak, żebyś potrafił się cieszyć, gdyby twój wąż
mógł zabijać, tak?
-
Tak… - odpowiedział poważnie. – Przepraszam.
Uśmiechnęła się szeroko odsłaniając równe,
białe zęby. Przemknęła dłonią po jego włosach. Doskonale wiedziała, że przeżył
ukąszenie Ruhe i jak się nacierpiał, gdy z tego wychodził. Gdyby nie
determinacja Agi i fakt, że była wtedy przy nim, nie byłoby już go wśród
żywych. To dlatego mawiano o nim: „Sędzia z Drugim Życiem”.
-
Świetnie… Nie chciałabym mieć w tobie wroga.
Pamiętaj... Bądź uprzejmy dla pewnego kapłana... Jak możesz się domyślać, będę
ci za to wdzięczna.
Ruszyła do drzwi. I zatrzymała się.
-
A! Zapomniałabym... Uważaj na Skrzydło.
-
Dlaczego?
-
Bo jeszcze nikt nie wie na czym dokładnie polega jego dar, a zdaje
się pragnie wykorzystać go przeciw tobie. Przynajmniej będzie próbował jak tak dalej pójdzie. Nie
można mieć pewności co do tego, kiedy będzie zdolny to uczynić. I na co się
natkniesz.
-
Wiesz coś... – zaniepokoił się.
Odwróciła się przez ramię. Z lekceważącym
uśmiechem.
–
Muszę, będę go uczyła.
Po czym
wyszła. Po prostu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz