sobota, 14 marca 2020

Asuna II


     


***

      Laugh podrzucił drobny kamień w dłoni i popatrzył spode łba na swego brata. Skrzydło stał w lekkim rozkroku, z uniesionym łbem i zwężonymi ślepiami, z dłońmi opartymi na pasie, który miał imitować taki, jaki nosili dorośli wojownicy. Dłonie trzymał w pobliżu broni. Drewnianej. I prowokował. Od wielu dni, z uporem jedenastolatka, któremu się wydaje, że w ten sposób dogoni albo nawet prześcignie czas. Skrzywił się. Miał ochotę przyrżnąć solidnie w głupio uśmiechnięty pysk, ale zamiast tego pokiwał z dezaprobatą głową. Po pierwsze: wiedział, że brak odpowiedzi na zaczepkę zrani Skrzydło bardziej niż cokolwiek innego, po drugie doszedł do wniosku, że ma znacznie ważniejsze sprawy na głowie, niż humory młodszego brata. Skomentował kwaśnym uśmiechem zwężające się oczy chłopaka, po czym odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia.
-       Tchórz... – usłyszał ciche syknięcie za plecami.
       Tego było za wiele. Laugh odwrócił się błyskawicznie i nim gówniarz się zorientował, kamyk wylądował dokładnie pomiędzy zmarszczonymi brwiami. Po nosie chłopaka pociekła krew natychmiast zlepiając ciemne kosmyki niesfornej grzywki. Skrzydło krzyknął wściekle, po czym szurnął ku niemu z półprzytomnym wzrokiem. Zaatakował go z wściekłością, jakiej sam Laugh nie dedykowałby pewnie swoim wrogom. Teraz. Już nie pozwalał, by byle kto wyprowadzał go z równowagi. Spokojnie poczekał, aż szczeniak pokona dzielącą go od niego odległość, z równym spokojem złapał szarżującego za szmaty na grzbiecie, jednym szarpnięciem ustawił tak, by wygodnie było złapać go za wyciągniętą w przód rękę, wyrwał z niej drewniany miecz i solidnie przyłożył nim chłopakowi przez tyłek. Z nadzieją, że przynajmniej siniec przypomni mu o respekcie. Zaskoczony Skrzydło nawet nie wrzasnął, nie rozpłakał się jak do niedawna jeszcze miał w zwyczaju. Po prostu opadł na kolana zasłaniając dłońmi twarz. Z pod palców mocniej popłynęła krew. Któryś z towarzyszących mu szczeniaków uśmiechnął się kwaśno najwyraźniej dochodząc do wniosku, że bezpieczniej jest oddać zwycięstwo w sporze starszemu z braci. Laugh zmrużył oczy – lojalność przyjaciół jego brata była dyskusyjna. Powinien nauczyć się lepiej dobierać tych, którymi się otacza. Należało o tym pamiętać i przypomnieć chłopakowi. W swoim czasie. Wątpił, by którykolwiek ze świty Skrzydła nabrał kiedykolwiek lepszych nawyków w kwestii przyjaźni. Jego właśni towarzysze nigdy nie pozwoliliby sobie na podobną reakcję. Stali za nim murem. Zawsze. Dziś takim, że zburzenie go było prawie niemożliwe. Nauczyli się, jaka siła tkwi w zwartej grupie i czerpali z tego korzyści. Teraz stali zbywając incydent obojętnością. Prawie każdy z nich miał młodszych braci. Rozumieli takie starcia. Tylko Asuna pozwolił sobie na ściągnięcie brwi. Laugh zgromił go wzrokiem i podszedł do brata. Odciągnął siłą zasłaniające twarz dłonie i przyjrzał się skaleczeniu na czole chłopca. Skrzydło nie miał siły mu się wyrwać, najwyraźniej zaakceptował ten fakt, bo nie próbował się szarpać. Po prostu wpił się nienawistnym spojrzeniem w jego twarz. Laugh pozwolił wreszcie by ich spojrzenia się spotkały. Widząc całkowity brak pokory miał ochotę poprawić to, co już się stało. Zrezygnował jednak. Kamień rozciął skórę trochę zbyt głęboko i zbyt blisko nasady nosa. Nie rzucił tak celnie, jak sądził. Podniósł się i przez chwilę patrzył na brata z góry szukając odpowiednich słów. Nie znajdował ich. Z pomocą przyszedł mu Boror.
-       Nie zaczynaj ze starszymi... – mruknął do Skrzydła, po czym klepnął chłopca po ramieniu. – Twój brat - tym razem skierował słowa do Laugha - będzie kiedyś wielkim wojownikiem... – uśmiechnął się kpiąco. – Ikry mu nie brakuje...
-       Odstąp... – Laugh ostro uciął ironię nie spuszczając wzroku z twarzy brata.
-       Powinien znaleźć się pod twoją opieką, zanim narobi kłopotów... – zaśmiał się cicho nie zrażony Boror. – Może miałby szansę cię prześcignąć z takim temperamentem?.. Przekaż ojcu... Może się już nada... 
-       By poznawać drogę wojowników, trzeba być karnym... Jego wychowanie, to nie moja rzecz – warknął nagle Laugh. Był zły. Na siebie. Nie lubił, gdy coś wyrywało mu się spod kontroli. – Ale przekażę ojcu – powiedział do Skrzydła -  że potrzebujesz twardszej ręki.  Może Kuna się tobą wreszcie zajmie.
   Ciemne, wypełnione po brzegi czarną tkanką oczy zwęziły się tak, że teraz widać było jedynie wąskie szparki. Te oczy mówiły, że Skrzydło wolałby śmierć niż posłuszeństwo, bez względu na to, kto go wymagał. Laugh uśmiechnął się lekko. Kiedyś jego własne oczy przemawiały podobnie. Dawno.
-       Idź do Agi... – mruknął z westchnieniem. – Źle to wygląda...
-       Odpieprz się! – syknął chłopak spuszczając zaraz potem jeszcze niżej łeb, jakby sądził, że w ten sposób można ukryć się przed wzrokiem wojowników stojących wokół niego.
-       Z przyjemnością... Nie mam czasu na zabawę z dziećmi – mruknął Laugh po czym ruszył w stronę domu.
      Czekała go nauka. Inna niż ta, o której marzył Skrzydło i zupełnie nie taka, która jemu samemu odpowiadała, choć niegdyś rwał się do tego.

***



        W zasadzie posiadł jedną tylko umiejętność, otrzymał jeden dar: potrafił tworzyć Psy. Mogły być wszędzie: w skale, nurcie rzeki, drzewie. Potrafiły widzieć i czuć, to czego on sam by nie mógł. Podzielić się tym.  I pilnować. Pilnowały doskonale. To wystarczyło, by cieszyć się szacunkiem, choć nie tym, którego by oczekiwał. Ta właśnie umiejętność sprawiła, że stał się Sędzią. Narzekać zbytnio wprawdzie nie mógł. Był dostatecznie sprawny i dostatecznie wiele razy udowodnił, że ma też inne talenty, by nie przejmować się tym, jaki budzi strach wśród tych, którzy obawiali się, że użyje swej władzy i umiejętności przeciw nim. Niemniej nie udawało się uniknąć umykających przed jego wzrokiem spojrzeń, spuszczanych głów i mamrotanych pod nosem zabobonnych formuł odczyniających uroki. Nawet wśród przyjaciół, którzy wielokrotnie widzieli, nie tylko co potrafi, ale też jak się tym posługuje. I kiedy.
           Tu i tak nie było to takie trudne do uniesienia: w Biv Anan jeszcze stosunkowo dość często rodzili się tacy, którzy przynosili z sobą jakiś dar. W rodzinie Laugha prawie wszyscy mieli jakiś talent, choć różnorodność tego, co przynosili na świat była nieomylnym świadectwem jak bardzo daleką drogę przeszedł ten klan mieszając krew z innymi. Niemniej najbardziej istotne było to, że nie utracili swych zdolności, jak wiele innych rodów. Na Pograniczu istniało już wiele osad, w których dary zanikły całkowicie. To, że w Biv Anan nie, dawało przewagę tej osadzie nad innymi, dlatego bardzo strzeżono młodych dbając, by nie zanikły, albo nie zmutowały w dzikie dary – nieprzewidywalne i niebezpieczne dla wszystkich. Nie tylko uczono panowania nad umiejętnościami, ale także przyzwyczajano od najmłodszych lat do myśli o tym, żeby życiowych partnerów szukać wśród obdarowanych przez Daanan. Nie było to wcale takie trudne. Wystarczyło przekonać kogoś, że posiadając dar należy do elity, do Ważnych, że wszyscy pozostali są poniżej ich godności. Dbano zatem, by zarówno dar, jak i inne umiejętności Ważnych opanowane były w stopniu znacznie wyższym niż u pozostałych. To pozwalało dostrzegać różnice miedzy sobą, a tymi z niższych rodów. Naprawdę pozwalało. Laugh szanował wszystkich, ale nie miałby wspólnych tematów z tymi, z którymi dorastał, a których wiedza z czasem została ograniczona do takiej, jaka pozwalała na teoretyzowanie na temat warunków pogodowych, zbiorów, polowań, kobiet i zakupów u heureńskich kupców. Szukał towarzystwa tych, którzy równie dobrze jak on potrafili poruszać się po dziejach Pogranicza, którzy w ramach swych zadań przekraczali granicę, którzy skupiali się na poszukiwaniu nowych możliwości tkwiących w darze, a w kobietach dostrzegali coś więcej, niż szansę na szybką prokreację.
          Można powiedzieć, że Pogranicznicy z Biv Anan znaleźli najlepszy sposób na trzymanie swych dzieci w ryzach pęt obowiązków klanowych: po prostu nauczyli je dumy z przynależności do tego, w czym się urodzili.
    
***



      Laugh zniechęcony kolejnym niepowodzeniem, zaklął pod nosem. Trias skrzywiła się lekko, zatopiła spojrzenie w jego oczach. Poczuł jej spokój, albo raczej spokojny gniew. Stanowczość. Czasem tak robiła: zamiast mówić do niego, patrzyła tak, że czuł jej emocje, czuł je tak wyraziście, że stawały się jego własnymi. Nie lubił tego, bo nie potrafił w żaden sposób bronić się przed tego typu ingerencją, ale fakt faktem – to potrafiło być znacznie bardziej zrozumiałe od jakichkolwiek słów.
-       Nie patrz na mnie w ten sposób – mruknął. – Czuję się jakbyś grzebała w moim łbie.
       Taki miała dar, ale też i ciążył na niej zakaz posługiwania się nim w stosunku do Ważnych jeśli nie było to uzasadnione rzeczywistą potrzebą. Albo rozkazem. Była jego rówieśnicą, ale jako kapłanka poświęciła cały swój czas na naukę panowania nad swymi umiejętnościami, podczas gdy on musiał uczyć się także wszystkiego, co było związane ze sztuką wojenną, taktyką, zarządzaniem i prowadzeniem klanu. Dlatego go uczyła. Cieszył się z tego, bo jej towarzystwo i tak było znacznie bardziej ciekawe, od nudnego towarzystwa starszych kapłanek, które okraszały swą naukę niekończącymi się wykładami natury religijnej.
-       Grzebię – zakpiła. – I próbuję znaleźć to, co powinno być we łbach istot myślących.
-       Potrafisz być złośliwa, wiesz?
-       A dlaczego nie, Laugh? Czy twoje zachowanie nie zasługuje na złośliwość?
-       Jakie zachowanie?
-       Klniesz, jak ci coś nie wychodzi, niecierpliwisz się jak dziecko i jak smarkacz wdajesz się w bójki z młodszym rodzeństwem – wyliczyła jednym tchem.
          Już się rozniosło - pomyślał z niechęcią, którą natychmiast pogłębiła myśl o powrocie do domu.  Wszak było oczywiste, co powie ojciec.
-       To nie była bójka – mruknął.
-       A co?
-       Utarczka. Drobny konflikt. Nie wywołany zresztą przeze mnie.
-       Więc wdajesz się w utarczki jak smarkacz i jak dziecko podejmujesz konflikty. Z dziećmi.
-       Aha – mruknął kwaśno.
       Czasem rozmowy z nią wyglądały właśnie tak: wszystko odwracała w ten sposób, by mieć rację.    Nieomylny znak, że nie warto podejmować dyskusji.
-       Jesteś tak zmęczony, że nie masz sił się kłócić? – popatrzyła na niego z rozbawieniem
       Był zmęczony. Była noc i jutro będzie musiał wstać wcześniej niż zwykle.
-       Owszem. Mogłabyś mi dać już spokój... Może ja nie mam żadnych dodatkowych zdolności? Może powinienem ćwiczyć tylko to, co już wiem, że na pewno jest moim darem? I fach wojowników?
-       Wojowników? – usiadła na stole i popatrzyła w dal. Przez chwilę zamiast jej słuchać, gapił się na ładną łydkę, która znalazła się w zasięgu jego wzroku. – Przecież to właśnie jest jego częścią – odparowała. – Poza tym... Wszyscy mają swoje miejsce. Twoje jest takie: musisz zagłębić swój dar. Znacznie bardziej, niż pozostali. Jest inny, niż cokolwiek, co mieliśmy dotąd...
       Nie tylko łydka była ładna. Reszta też. Uśmiechnął się w myślach do własnych przypuszczeń dotyczących pozostałych elementów z których składała się Trias.
-       Przesadzasz – mruknął. – Tworzący Psy nie byli wcale taką rzadkością... Zadałem sobie trud. Poczytałem o tym.
-       O! Czytanie jest trudem? – Uniosła lekko brwi. – Aż tak z tobą źle? – zakpiła znowu.
-       Wiesz, co chciałem powiedzieć...
-       Wiem – przytaknęła. – Nie wiem tylko, czy poczytałeś na tyle dokładnie, by zrozumieć, że twój dar rzeczywiście jest niezwykły.
       Doskonale wiedział o co jej chodzi. Ci, którzy tworzyli Psy zwykle ograniczali się do tej jednej umiejętności i potrzebowali dużo czasu, by przelać swą wolę na przedmioty, które miały czegoś pilnować. Wykorzystywano ich najczęściej w chwili, gdy trzeba było zostawić pod opieką Psa jakiegoś więźnia. Byli tacy, którzy potrafili sprawić, że zwykłe drzewo stawało się skutecznym wartownikiem. Więźniów nie trzeba było nawet pętać. W jego przypadku było trochę inaczej. Potrafił wpłynąć na naturę błyskawicznie, do tego stopnia, że mogła pomagać mu w powstrzymaniu uciekiniera. Mogła też zadać śmierć. Rzadko się tym posługiwał, bo jeszcze nie do końca panował nad tą ostatnią możliwością daru.
-       Może i jest... Ale wiesz też, że nad tym, co już znam nie panuję... Po co więc szukać kolejnych możliwości? Ja nie za bardzo mam na to ochotę, więc... Może to po prostu zachłanność tych, którzy chcieliby korzystać z możliwości, jakie będę mógł...
-       Tak myślisz? Może... – uśmiechnęła się lekko.
    I jakoś smutno odgarniając włosy spadające na policzek. Pełne wargi poruszyły się jakoś tak nerwowo i znieruchomiały kształtując linię, która oznaczała zawód.
-       Żartowałem...
-       Skoro tak, to może być. Ale i tak musiałeś o tym myśleć. Posłuchaj więc, nawet jeśli są tacy, którzy liczą na ewentualne dodatkowe możliwości twojego daru, to przecież... Ty też możesz być zaskoczony czymś, co jest weń wpisane. Chyba  nie chciałbyś przeżyć zaskoczenia?
-       Chyba nie...
-       To jak, próbujesz dalej, czy mam iść?
-       Bo… Spieszno ci do pewnego kapłana... - skomentował z roztargnieniem.
       Syknęła gniewnie i zacisnęła dłonie w pięść. Nie lubiła, gdy wytykał jej to uczucie. Wiedział o tym. Od dziecka durzyła się w tamtym i równie długo próbowała to skrywać, choć wiedzieli wszyscy. No... Może z wyjątkiem rzeczonego.
-       Laugh! – wysyczała. – Tak, spieszno mi do niego. Doskwiera mi to bardziej, gdy mam nieodparte wrażenie, że marnuję tu swój czas.
-       Przepraszam – opanował się. – Nie chciałem…
-       Doceniam, że potrafisz przepraszać, a teraz… Czy mógłbyś powtórzyć to, o co cię prosiłam?
       Laugh pochylił się nad leżącym przed nim kamieniem, ułożył palce w odpowiedni znak i skoncentrował całą siłę swej woli, jaką tylko zdołał wykrzesać. Zadaniem kamienia było przyjąć treść i siłę tej woli. Gdyby miał po prostu uczynić z niego Psa, nie musiałby się wysilać. Trias patrzyła uważnie na jego starania, po czym ze zniecierpliwieniem uderzyła trzonkiem rytualnego bata w jego nadgarstek i znudzonym gestem rozsunęła palce ułożone w znaku, który powinien był pomóc w koncentracji. Warknął z bólu, ale starał się zachować układ dłoni, jaki wymusiła na nim. Wzruszyła ramionami i sięgnęła ze znudzeniem po jabłko leżące na stole. 
I krzyknęła. 
Z bólu. 
Na jej dłoni zakwitł wielki siniec.
 Laugh patrzył z niedowierzaniem. Ona również.
-       Nie miałeś robić tego... – roześmiała się ledwo panując nad grymasem bólu. - Tutaj… Ale tak… - przygryzła wargi i roztarła szybko bolące miejsce. – O to chodziło.
    Popatrzyła jeszcze raz na swoją rękę.
-       Powinnam się cieszyć, że jednak to nie pochodziło z kamienia… - mruknęła. – Ale to i tak bez sensu… Jabłko oczywiście łatwiej zmusić do przyjęcia takiego rodzaju woli… Nikt jednak nie zechce od ciebie gniewu zamkniętego w jabłku… - uśmiechnęła się słabo rozbawiona wizją kogoś, kto posługiwałby się taką bronią. – Mam jednak nadzieję, że przynajmniej sobie dowiodłeś istnienie kolejnych możliwości…
       Laugh patrzył z rosnącą fascynacją na wciąż powiększający się siniec na dłoni Trias i owo jabłko. To jabłko na które przelał pragnienie, by poczuła to, co on, gdy uderzała go trzonkiem bata. By mniej więcej poczuła coś takiego. Chyba skupił się na „więcej”.
-       Jutro – podjęła z kwaśnym uśmiechem – spotkasz się z pewnym kapłanem, o którym raczyłeś wspomnieć. To będzie twój prawdziwy nauczyciel. Ja miałam sprawdzić tylko, czy jego wysiłek jest wart twojej osoby. 
      Zeskoczyła ze stołu i popatrzyła z niepokojem na jabłko. Było całe, nietknięte. Zupełnie zwykłe. Potrząsnęła lekko głową, podniosła owoc i wgryzła w niego zęby.
-       Nie sądziłam, że takie coś może się udać bez jego pomocy… O jakiej istocie myślałeś? Chciałabym wiedzieć…
      Laugh patrzył na nią wyraźnie zmieszany. To o czym myślał było wężem, którego ukąszenie było śmiertelne. Ale nie o śmierć mu chodziło, po prostu uderzenie, które mu wymierzyła przypominało ból, jaki towarzyszy ukąszeniu tego węża.
-       Nie bój się… - uśmiechnęła się. – Nie umrę… Jestem ciekawa tylko, czy zadziałało zgodnie ze swą naturą.
       Popatrzył na jej dłoń. Pośrodku sinej plamy były dwa nakłucia jakie mogły zostawić zęby węża. Dlatego pytała.
-       Chyba zgodnie - skrzywił się. -  To była Ruhe…
-       Tak myślałam... No, no... Wąż Manath… - uśmiechnęła się słabo. – Znasz legendę?
-       Znam…
       Roześmiała się miękko i jej spojrzenie uciekło ponownie w dal.
-       Wąż, który zakończył księgę niepotrzebnej miłości… Doprawdy… Nie masz pojęcia jak dobrze trafiłeś.
-       Nie umrzesz przecież….
-       Ale to byłaby doskonała śmierć dla mnie… Świetna… Gdyby tylko była w kamieniu…
-       Trias…
-       Ach! Ja tylko tak… - wzruszyła ramionami. - Jutro poznasz tego, którego obecność tak cię irytowała.
-       Nie irytowała… Po prostu… Ty też zasłużyłaś na złośliwość… - powiedział spokojnie.
-       Nie na taką jednak, żebyś potrafił się cieszyć, gdyby twój wąż mógł zabijać, tak?
-       Tak… - odpowiedział poważnie. – Przepraszam.
      Uśmiechnęła się szeroko odsłaniając równe, białe zęby. Przemknęła dłonią po jego włosach. Doskonale wiedziała, że przeżył ukąszenie Ruhe i jak się nacierpiał, gdy z tego wychodził. Gdyby nie determinacja Agi i fakt, że była wtedy przy nim, nie byłoby już go wśród żywych. To dlatego mawiano o nim: „Sędzia z Drugim Życiem”.
-       Świetnie… Nie chciałabym mieć w tobie wroga. Pamiętaj... Bądź uprzejmy dla pewnego kapłana... Jak możesz się domyślać, będę ci za to wdzięczna.
        Ruszyła do drzwi. I zatrzymała się.
-       A! Zapomniałabym... Uważaj na Skrzydło.
-       Dlaczego?
-       Bo jeszcze nikt nie wie na czym dokładnie polega jego dar, a zdaje się pragnie wykorzystać go przeciw tobie. Przynajmniej będzie próbował jak tak dalej pójdzie. Nie można mieć pewności co do tego, kiedy będzie zdolny to uczynić. I na co się natkniesz.
-       Wiesz coś... – zaniepokoił się.
       Odwróciła się przez ramię. Z lekceważącym uśmiechem.
        Muszę, będę go uczyła.
        Po czym wyszła. Po prostu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz