poniedziałek, 16 marca 2020

Asuna VII


***

  
   Wiekowe, monumentalne drzewa, stojące na straży Hantry, nieprzebytej puszczy Ziem Północnych, sięgały ku niebu nagimi, mocarnymi ramionami. Dwanaście dębów zasłynęło już na cały świat jako symbol Wilczych Ziem - bo tak nazywali Hantrę Heurowie. Drzewa stały o krok przed zwartym pasmem lasu i w upiornie obojętnym, wyniosłym milczeniem świadczyły o klęsce tych, co naruszyli naturalną granicę na linii rzeki Canis. To tutaj ginęli wszyscy ci, co wbrew woli Hantryjczyków zdołali sforsować zdradliwą rzekę. Nawet jeśli zdołali zapuścić się w głąb puszczy i gdzie indziej spotykali swą śmierć, Pogranicznicy właśnie tutaj porzucali szczątki intruzów, często eksponując je na konarach dębów.
   Ku przestrodze.
   Parzcie! - zdawały się mówić drzewa – Wy, którzy powątpiewacie w szczelność tych granic! Patrzcie! Nie zapomnijcie, dokąd wiodą drogi tych, co nieproszeni zapuszczają się w Puszczę.

    Rundhinziael zacisnęła dłoń na ramieniu dziewczyny, która wpatrywał się w to, czym Hantra próbowała odstraszyć nieproszonych gości. Kobieta westchnęła ciężko i odgarnęła z czoła włosy, które tak często kolorem budziły sensację.
-       Płomiennowłosa! – zakrzyknął przewoźnik. – Czas! Jak tylko słońce zajdzie, nie płynę!
    Wiedząca skinęła lekko głową i pchnęła przed siebie ciągle niezdecydowaną dziewczynę.
-       Gendes... Płyniemy...
-       Tam? – dziewczyna pokazała na dęby.
-       Tam – ucięła Rundhinziael, widząc zniecierpliwienie przewoźnika.
   Po prawdzie zniecierpliwiony był cały czas odkąd powiedziano mu, że ma je przewieźć przez rzekę, ale istniała obawa, że to zniecierpliwienie spowoduje w końcu rzeczywistą odmową. Gendes skuliwszy ramiona posłusznie wsiadła do charakterystycznej dla tego regionu, lekkiej łodzi, przypominającej kształtem otwarty strączek fasoli.

   Przewoźnik był młodym mężczyzną o niespokojnych, trochę gniewnych oczach. Należał do tego gatunku ludzi, co nigdy w miejscu nie mogą usiedzieć spokojnie, którzy wykonują całe sekwencje zupełnie niepotrzebnych gestów i min.  Drażnił. Nawet wtedy, gdy podana dłoń ma pomóc przedostać się bezpiecznie do chwiejnego czółna. Mężczyzna oblizał nerwowo wargi patrząc spode łba na Gendes.
-       Chce ci się ją, Płomiennowłosa,  z sobą włóczyć?
   Uśmiechnął się.
   Dwuznacznie.
   Skrzywiła się. Nie raczyła odpowiedzieć, a on nie ciągnął tematu. Gendes rzuciła mu złe spojrzenie i znów wlepiła wzrok w Dęby. Przeraża ją to, pomyślała Rundhinziael.
-       Czy tam... Ktoś będzie na nas czekał? – spytała cicho dziewczyna.
   Przewoźnik zamruczał coś pod nosem. Jego nadzieje były zgoła odmienne. Wiedząca zgromiła go wzrokiem.
-       Będzie, Gendes. Nie bój się.
   Dziewczyna wzruszyła ramionami. Przewodnik mruknął głośniej i z wzmożoną siłą począł wiosłować.

    Chlupot wioseł ustał nagle. Czółno siłą rozpędu zaryło w brzeg. Przewoźnik spojrzał nagląco na Wiedzącą. Nie miała wcale zamiaru zwlekać z opuszczaniem łodzi. Jednak strach powodował, że dłużyło mu się wysiadanie kobiet. Ostatecznie, nie czekając aż sięgną po swoje tobołki, wyrzucił je szybko sam i odepchnął łódź od brzegu, by szybkimi ruchami wioseł pognać ją w tę stronę, z której przypłynęli. O zasięgu strzał Hantryjczyków też w końcu krążyły legendy. Rundhinziael odprowadzająca wzrokiem wioślarza uśmiechnęła się z politowaniem.
-       Gendes... – rzekła zakładając na siebie ciężki pakunek. – Kawałek pójdziemy same... Tamtędy... Miniemy dęby i wejdziemy na ścieżkę. Potem nie będziemy same. Jeśli Hantryjczycy zechcą, będziemy wiedziały, że idą z nami. Jeśli nie zechcą, nie zobaczymy ich...
    Gendes w milczeniu lokowała swój węzełek na grzbiecie.
-       Musimy iść koło tych drzew? – wyszeptała nie podnosząc oczu na swą opiekunkę.
-       Musimy. Dla nas innej drogi nie ma. I nie bój się.
   Spuściła głowę i jeszcze raz poprawiła ułożenie swego tobołka.
-       Nie boję się – odrzekła po chwili. – Ale tam jest Molan...
-       Kto? – zdziwiła się Rundhinziael.
-       Molan... Chłopak z osady... Kradł... – mruknęła ponuro. Znów zapadło długie milczenie. – Lubiłam go...
-       Po prostu nie patrz – mruknęła Rundhinziael.
     Trudno było nie patrzeć. Koło ponurego cmentarzyska nie było sposobu przejść obojętnie. Nie sposób po prostu zamknąć oczu, wyminąć, zapomnieć.  Takie też było przecież jego przeznaczenie. Miało być trudno.
   Na środkowym dębie wisiały zwłoki mężczyzny. Świeże. Był młody, zapewne nie zdążył dotrzeć do dwudziestej wiosny swego życia. Twarz ukrywały  skołtunione włosy. Nie na tyle jednak, by nie było widać, jak była ładna. Na piersiach trupa, pod rozchełstaną koszulą, czernił się wypalony żelazem znak. Piętno złodzieja. Niemniej musiał się komuś mocno narazić, że skazano go na taką śmierć. Porzucano takich, jak ten tutaj na brzegu rzeki, po hantryjskiej stronie, pętano przy najbliższym drzewie, by tam czekali w męce zwierzęcego strachu na swe przeznaczenie. Nadchodziło. Wraz z pierwszym patrolem hantryjskim.
    Wiedząca skrzywiła się niechętnie. Wiedziała, co Hantryjczycy myślą o wyrokach, które muszą wykonywać na rzezimieszkach dostarczanych na ich brzeg. Nie cieszyło ich, że Hantrę traktuje się jak swojego rodzaju śmietnik, a ich samych jak darmowych katów. Nie uśmiechało im się wykonywać tego typu egzekucji. Ale nie mieli wyjścia.
   Rundhinziael przypomniała sobie o istnieniu towarzyszącej jej dziewczyny. Gendes, blada jak śnieg patrzyła na zmarłego.
-       Dziewczyno... – mruknęła spokojnie. – Idziemy...
-       Był dobry... – wymamrotała jakby na swoje usprawiedliwienie. – Dla mnie...
   Rundhinziael zmarszczyła brwi.
-       Podobno miałaś już styczność z Hantryjczykami? – zagadnęła by odciągnąć jej uwagę od drzewa i chłopaka.
-       Miałam... – odparła bez zainteresowania. – Nie boję się ich, jeśli o to się martwisz, pani...
   Rundhinzaieal popatrzyła na nią z ciekawością.
-       Może jednak domyślasz się czym martwię się naprawdę?
-       Tym samym co ja – odparła rzeczowo z takim przekonaniem, że Rundhinziael aż drgnęła.
-       Więc? – nacisnęła delikatnie woląc by dziewczyna skonkretyzowała myśl.
   Ale odpowiedzią było tylko wzruszenie ramion i nieobecne spojrzenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz