***
Wiekowe, monumentalne drzewa, stojące na straży Hantry, nieprzebytej puszczy Ziem Północnych, sięgały ku niebu nagimi, mocarnymi ramionami. Dwanaście dębów zasłynęło już na cały świat jako symbol Wilczych Ziem - bo tak nazywali Hantrę Heurowie. Drzewa stały o krok przed zwartym pasmem lasu i w upiornie obojętnym, wyniosłym milczeniem świadczyły o klęsce tych, co naruszyli naturalną granicę na linii rzeki Canis. To tutaj ginęli wszyscy ci, co wbrew woli Hantryjczyków zdołali sforsować zdradliwą rzekę. Nawet jeśli zdołali zapuścić się w głąb puszczy i gdzie indziej spotykali swą śmierć, Pogranicznicy właśnie tutaj porzucali szczątki intruzów, często eksponując je na konarach dębów.
Ku przestrodze.
Parzcie! - zdawały się mówić drzewa – Wy,
którzy powątpiewacie w szczelność tych granic! Patrzcie! Nie zapomnijcie, dokąd
wiodą drogi tych, co nieproszeni zapuszczają się w Puszczę.
Rundhinziael zacisnęła dłoń na ramieniu
dziewczyny, która wpatrywał się w to, czym Hantra próbowała odstraszyć nieproszonych
gości. Kobieta westchnęła ciężko i odgarnęła z czoła włosy, które tak często
kolorem budziły sensację.
-
Płomiennowłosa! – zakrzyknął przewoźnik. – Czas! Jak
tylko słońce zajdzie, nie płynę!
Wiedząca skinęła lekko głową i pchnęła
przed siebie ciągle niezdecydowaną dziewczynę.
-
Gendes... Płyniemy...
-
Tam? – dziewczyna pokazała na dęby.
-
Tam – ucięła Rundhinziael, widząc zniecierpliwienie
przewoźnika.
Po prawdzie zniecierpliwiony był cały czas
odkąd powiedziano mu, że ma je przewieźć przez rzekę, ale istniała obawa, że to
zniecierpliwienie spowoduje w końcu rzeczywistą odmową. Gendes skuliwszy
ramiona posłusznie wsiadła do charakterystycznej dla tego regionu, lekkiej
łodzi, przypominającej kształtem otwarty strączek fasoli.
Przewoźnik był młodym mężczyzną o
niespokojnych, trochę gniewnych oczach. Należał do tego gatunku ludzi, co nigdy
w miejscu nie mogą usiedzieć spokojnie, którzy wykonują całe sekwencje zupełnie
niepotrzebnych gestów i min. Drażnił.
Nawet wtedy, gdy podana dłoń ma pomóc przedostać się bezpiecznie do chwiejnego
czółna. Mężczyzna oblizał nerwowo wargi patrząc spode łba na Gendes.
-
Chce ci się ją, Płomiennowłosa, z sobą włóczyć?
Uśmiechnął się.
Dwuznacznie.
Skrzywiła się. Nie raczyła odpowiedzieć, a
on nie ciągnął tematu. Gendes rzuciła mu złe spojrzenie i znów wlepiła wzrok w
Dęby. Przeraża ją to, pomyślała Rundhinziael.
-
Czy tam... Ktoś będzie na nas czekał? – spytała cicho
dziewczyna.
Przewoźnik zamruczał coś pod nosem. Jego
nadzieje były zgoła odmienne. Wiedząca zgromiła go wzrokiem.
-
Będzie, Gendes. Nie bój się.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Przewodnik
mruknął głośniej i z wzmożoną siłą począł wiosłować.
Chlupot wioseł ustał nagle. Czółno siłą
rozpędu zaryło w brzeg. Przewoźnik spojrzał nagląco na Wiedzącą. Nie miała
wcale zamiaru zwlekać z opuszczaniem łodzi. Jednak strach powodował, że dłużyło
mu się wysiadanie kobiet. Ostatecznie, nie czekając aż sięgną po swoje tobołki,
wyrzucił je szybko sam i odepchnął łódź od brzegu, by szybkimi ruchami wioseł
pognać ją w tę stronę, z której przypłynęli. O zasięgu strzał Hantryjczyków też
w końcu krążyły legendy. Rundhinziael odprowadzająca wzrokiem wioślarza
uśmiechnęła się z politowaniem.
-
Gendes... – rzekła zakładając na siebie ciężki
pakunek. – Kawałek pójdziemy same... Tamtędy... Miniemy dęby i wejdziemy na
ścieżkę. Potem nie będziemy same. Jeśli Hantryjczycy zechcą, będziemy
wiedziały, że idą z nami. Jeśli nie zechcą, nie zobaczymy ich...
Gendes w milczeniu lokowała swój węzełek na
grzbiecie.
-
Musimy iść koło tych drzew? – wyszeptała nie podnosząc
oczu na swą opiekunkę.
-
Musimy. Dla nas innej drogi nie ma. I nie bój się.
Spuściła głowę i jeszcze raz poprawiła
ułożenie swego tobołka.
-
Nie boję się – odrzekła po chwili. – Ale tam jest
Molan...
-
Kto? – zdziwiła się Rundhinziael.
-
Molan... Chłopak z osady... Kradł... – mruknęła
ponuro. Znów zapadło długie milczenie. – Lubiłam go...
-
Po prostu nie patrz – mruknęła Rundhinziael.
Trudno było nie patrzeć. Koło ponurego
cmentarzyska nie było sposobu przejść obojętnie. Nie sposób po prostu zamknąć
oczu, wyminąć, zapomnieć. Takie też
było przecież jego przeznaczenie. Miało być trudno.
Na środkowym dębie wisiały zwłoki mężczyzny.
Świeże. Był młody, zapewne nie zdążył dotrzeć do dwudziestej wiosny swego
życia. Twarz ukrywały skołtunione włosy.
Nie na tyle jednak, by nie było widać, jak była ładna. Na piersiach trupa, pod
rozchełstaną koszulą, czernił się wypalony żelazem znak. Piętno złodzieja.
Niemniej musiał się komuś mocno narazić, że skazano go na taką śmierć. Porzucano
takich, jak ten tutaj na brzegu rzeki, po hantryjskiej stronie, pętano przy
najbliższym drzewie, by tam czekali w męce zwierzęcego strachu na swe
przeznaczenie. Nadchodziło. Wraz z pierwszym patrolem hantryjskim.
Wiedząca skrzywiła się niechętnie.
Wiedziała, co Hantryjczycy myślą o wyrokach, które muszą wykonywać na
rzezimieszkach dostarczanych na ich brzeg. Nie cieszyło ich, że Hantrę traktuje
się jak swojego rodzaju śmietnik, a ich samych jak darmowych katów. Nie
uśmiechało im się wykonywać tego typu egzekucji. Ale nie mieli wyjścia.
Rundhinziael przypomniała sobie o istnieniu
towarzyszącej jej dziewczyny. Gendes, blada jak śnieg patrzyła na zmarłego.
-
Dziewczyno... – mruknęła spokojnie. – Idziemy...
-
Był dobry... – wymamrotała jakby na swoje
usprawiedliwienie. – Dla mnie...
Rundhinziael zmarszczyła brwi.
-
Podobno miałaś już styczność z Hantryjczykami? –
zagadnęła by odciągnąć jej uwagę od drzewa i chłopaka.
-
Miałam... – odparła bez zainteresowania. – Nie boję
się ich, jeśli o to się martwisz, pani...
Rundhinzaieal popatrzyła na nią z
ciekawością.
-
Może jednak domyślasz się czym martwię się naprawdę?
-
Tym samym co ja – odparła rzeczowo z takim
przekonaniem, że Rundhinziael aż drgnęła.
-
Więc? – nacisnęła delikatnie woląc by dziewczyna
skonkretyzowała myśl.
Ale odpowiedzią było tylko wzruszenie ramion
i nieobecne spojrzenie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz