piątek, 20 marca 2020

Asuna XI


     Odgłos ciężkich, niespiesznych kroków umilkł nagle kończąc swe monotonne mantrowanie krótkim szczeknięciem kamienia rozcieranego pod butami. Asuna wciągnął głęboko powietrze. Smukła dłoń powoli powędrowała w kierunku głowy, by zsunąć na barki obszerny kaptur. Wąskie, wypełnione po brzegi czarną tkanką oczy przemknęły po ścianach domów stojących na straży obu brzegów uliczki.  Były to chaty źle zbudowane. Niedbale. Normalne dla tych, którzy nazbyt długo wiedli koczowniczy tryb życia, by nauczyć się budować porządnie. Dla niego w ogóle normalnie. Tu się urodził i wychował. Nie widział innych. Nie powinien więc oczekiwać niczego więcej. A jednak. Dostrzegł niedoskonałości. I to, jak je można usunąć.
        Wiatr wpił chłodne palce w długie, ciemne włosy Hantryjczyka. Chwilę przeczesywał wilgotne od późnojesiennej mgły pasma, po czym – zniecierpliwiony brakiem reakcji – wizgnął nimi na twarz przybysza. Zatańczył, zsunął się zimnym podmuchem wzdłuż przygarbionych pleców, załopotał połami znoszonego płaszcza. W końcu, nabrawszy pełen haust woni, jaką było nasycone ubranie, runął przed siebie ocierając się z groźnym pomrukiem o domy, zahaczając o drzwi, łomocząc wypaczonymi okiennicami, jakby chciał zbudzić śpiących za nimi mieszkańców. 

    Po raz wtóry potrząsnął głową próbując wyrzucić ze swego umysłu słowa, które kłębiły się pod czaszką. Mówił do niego. On. Jakiś. Był pewien, że to mężczyzna i, że nie powinien go słyszeć. A jednak słyszał. Prześladował go od paru dni. Możliwe, że to kończy się właśnie tak: obłędem. Skrzywił się niechętnie. Spośród wszystkiego, czego mógł się spodziewać, najbardziej pragnąłby umknąć szaleństwu.
    On. Myślał dużo i nerwowo. Na jego temat. Nie potrafił wyciszyć tego, co słał w jego stronę. Mógł tylko - jak dziś: zamknąć drzwi i wyjść, ale nie mógł bronić się przed tym, czym go nękał.

Boję się o ciebie.

      Wargi Asuny drgnęły lekko, ciemne oczy zwęziły się jeszcze bardziej. Z bólu, który był jedynym efektem wszelkich prób odizolowania się od Niego. Jego ślepia zatrzymały się na przypadkowym oknie. Przez okiennicę przebijało światło, tliło się ciepłym blaskiem. Drgnął niespokojnie, jak ktoś kto zrywa się do ucieczki. Jednym szarpnięciem ponownie naciągnął na łeb kaptur, który krył przed światem chmurne oczy. Ale uśmiechu, który na moment ustalił dolną partię architektury jego w twarzy w grymasie kogoś, kogo bolą wszystkie zęby, ukryć nie zdołał. Po chwili jednak drwina znikła, a jej miejsce zajął smutny spokój.

Kto wie ile jesteś w stanie znieść?
Co zrobisz, gdy dojdziesz do wniosku, że nie chcesz już znosić nic nad to?

       Uśpiona w większości osada dobrze komponuje się z tą samotnością, albo odwrotnie – pomyślał – to ta samotność doskonale pasuje do tego miejsca. Coś sprawiło, że zaczął rozumieć tak subtelne różnice. Że zaczął je zauważać.
      Od wszystkiego, co znał, co rozumiał i, co miało pozory bezpiecznych pewników oddzielały go jedynie drewniane mury chat i sen ich mieszkańców. Jedno i drugie łatwe do złamania. Gdyby chciał, wystarczyło uderzyć w jakieś okno, jakieś drzwi, obudzić kogoś z tych, co uważają się za przyjaciół, by znaleźć się znów w ich świecie. Rzecz w tym, że nie chciał. Nie teraz. Nie z Nim i pogrążonym w chaosie łbem.
     Gdzieś w pobliżu wiatr zgrzytnął łańcuchami, na których zawieszono szyld obwieszczający zaproszenie. Karczma. Tam się nie śpi. Jeszcze nie.

Czy potrafisz się pogodzić z tym, że nikt na ciebie nie czeka?

      Nie mógł. Alb mógł. Mniejsza z tym. Zbyt mocno pchnięte drzwi uciekły mu z ręki uderzając z impetem w ścianę. Z trudem utrzymał równowagę. Przesadzasz... - pomyślał odzyskując na nowo ostrość widzenia. Nie odpowiedział. On mógł do niego mówić. W drugą stronę to nie działało.
      Oczy biesiadników poczęły czujnie badać sylwetkę przybyłego. Sprawdzali, czy owo szumne wejście było przypadkowe, czy też stanowiło prowokację. Skinął w ich kierunku przepraszająco głową. Choć znali go wszyscy, w żadnych oczach nie pojawił się spokój, za to w kilku spojrzeniach błysnął chłód. Czekali na jego koniec. Był pewien. Już dawno zrozumieli, co się z nim dzieje. Potrafili to jakoś zrobić. Byli w tej materii, jak psy potrafiące bezbłędnie tropić zwierzynę. Porozumiewawcze spojrzenia mówiły same za siebie. Poczuł zmęczenie. To było nudne. I trudne. Coraz bardziej trudne. Z dnia na dzień. Mierzenie się z tą ich okrutną cierpliwością w wyczekiwaniu na jego śmierć i lękiem, by ta nie pochłonęła jeszcze kogoś. Zrobiło mu się niedobrze.

Czy znajdując się wśród mroku potrafisz jeszcze rozpoznać kierunek?

      Tym razem nie dał się zaskoczyć na tyle, by stracić panowanie nad sobą. Pięknie powiedziane, pomyślał z niechęcią. Prosto i wystarczająco dosadnie. Rzecz w tym, że On najwyraźniej widział wiele prostych rzeczy wśród tych, które dla Asuny proste nie były.
       Wybrał najbardziej ustronne miejsce, jedno z tych, które pozwalają choć trochę się ukryć przed wścibskimi spojrzeniami. Ściągnął płaszcz, przewiesił go niedbale przez oparcie krzesła, znieruchomiał skupiony nad własnymi myślami. Nie chciał, by Głos zyskiwał i tę przewagę, którą daje zaskoczenie. W myślach pojawiły się drewniane, trochę niedoskonałe drzwi. Otwarte. Jego drzwi? Czuł, że to jest to, do czego go zaprasza, ale przecież absolutnie nie potrafił przewidzieć, co za takimi drzwiami – które po prostu należą do głosu odzywającego się w jego łbie - może się znajdować. Gdyby tam była po prostu śmierć – pomyślał spokojnie. – Gdyby tylko ona... Gdybym miał tę pewność, poszedłbym.

Chciałeś wiedzieć.
Jest takie miejsce...


     Tak. Chciał wiedzieć, że istnieje choć jedno miejsce na świecie, o którym można mieć pewność, że będzie zawsze gościnne. Szukał więc takich miejsc, a gdy je znalazł, zrozumiał, że wielu rzeczy pragnie się nie po to, by je mieć, lecz po to, by zrozumieć, że łatwiej żyje się bez nich. Wiedział doskonale, że istnieje dom i drzwi, które zawsze będą stały dla niego otworem. I to nie było wcale to miejsce, które projektował jego mózg. Błogosławił Liszkę za to, że wciąż darzy go uczuciem, że chce mu pomagać i kocha jakby się nic nie zmieniało. I przeklinał się za to, że błogosławi ją. Przeklinał się za wdzięczność, jaką odczuwa do siostry, która stara się pomagać mu wszystkimi sposobami. I za poczucie więzi z tymi przyjaciółmi, którzy jeszcze nie ulegli lękowi. Zdawał sobie sprawę, że czas, w którym powinien się od nich odizolować, mija, albo nawet minął już całkiem.

Nie tak łatwo...
Nie tak łatwo się jest rozstać...


     Mer. Ładna, choć nie sprawiająca wrażenia szczególnie inteligentnej dziewczyna podeszła do niego, by przyjąć zamówienie. Nie mógł uwierzyć, że może postrzegać tak kogoś, kogo zna od lat, do kogo się przyzwyczaił i kogo lubił. To ocenianie też musiało mieć związek z tym, co się w nim działo. Dziewczyna cofnęła się. Coś ją przestraszyło. Odczytał ten jej lęk, jak czyta się proste zdanie. Bała się, że zginie. Przecież to Dziki Dar! Uśmiechnął się drwiąco. Nie mieli o tym pojęcia! Żadnego! Coś gorzkiego zatliło się w głębi jego oczu, po czym zgasło. Tylko Liszka się nie bała. Patrzyła bezczelnie w te oczy i była nimi zachwycona. Zawsze. Niezmiennie. Ciągle ślepa na to, kim się staje. Była czasami ostatnią deską ratunku. Ostatnim kimś, dla kogo zawsze znajdowało się siły, by walczyć dalej. Otarł pot z czoła.
-       Co podać? – spytała Mer tonem szambelana na królewskim przyjęciu.
     Tak tu się mawiało, choć nikt nie widział nigdy szambelana, ani królewskiego przyjęcia. Przywołał na twarz uśmiech, by choć trochę ją uspokoić. Grymas wyostrzył tylko zmęczone rysy, a Mer wpadła w jeszcze większą panikę.
-       Wino – mruknął zawiedziony własną nieskutecznością.
-       Jakie? – odwróciła oczy.
   Głos Mer zadrżał. Nie współczuła. Już nie. Choć w ubiegłym jeszcze roku długo płakała, gdy jej powiedział. Teraz po prostu chciała, by był możliwie najdalej.
-       Wybierz sama... – poprosił jeszcze ciszej próbując udawać, że nie widzi jej reakcji.
     Niepotrzebnie usiłował zmienić coś, co było już faktem. Dziewczyna skupiona na własnych obawach była absolutnie głucha na jego usiłowania i nastawiła się na obronę.
-       Najdroższe? – zakpiła, odwracając się nerwowo w stronę karczmarza.
     Wąskie czarne ślepia zatopiły się w jej spojrzeniu. Poczuł niechęć dziewczyny, przyjął ją. Wchłonął. Bezwiednie, odruchowo. Miał zamiar poprosić: „Daj spokój, dziewczyno...”  ale nagle mięśnie wokół jego ust drgnęły nerwowo.
-       Najtańsze – warknął przez zęby.
-       Coś jeszcze? – jej głos także się zmienił.
        Przestała udawać uprzejmość. A on miał ochotę wstać i wyjść. Po prostu. Z jakiegoś powodu po prostu nie wiedział jak to zrobić.

Zanim skoczysz światu do gardła, naucz się spokojnie oddychać.
Potem...
Zrób to!
 Zrób to lekko.
Cicho.
Skutecznie.

      Zwęził oczy zaciskając jednocześnie na moment usta. Kiwnął twierdząco głową.
-       Proszę jeszcze głośno wypowiedziane życzenie śmierci... Lekko zaprawione pogardą doskonale pasuje do najtańszego wina – wycedził przez zęby.
      Wydęła pogardliwie usta, jak ktoś kto w życiu słyszał najbzdurniejsze zamówienia, na tyle bzdurne, że takie nie może czynić żadnego wrażenia. Ale potem nagle popatrzyła na niego jakoś inaczej. Ach tak. Wzbudził litość. Przypomniała sobie jak bardzo niegdyś płakała... Coś więc zostało. Ale nic z tych rzeczy, których można by oczekiwać.
-       Przepraszam – powiedział spokojnie. – Jestem rozdrażniony... Ciężki dzień...
     Wzruszywszy ramionami ruszyła ku grupce myśliwych, którzy ani na chwilę nie spuszczali z niego wzroku. Kiria ha! – poczuł wściekłość na samego siebie. – Po co ja tu przylazłem?  Tamci wymienili między sobą szybko jakieś słowa. Nie miał wątpliwości czego dotyczy ta krótka wymiana zdań. Nie mógł ich mieć, skoro jeden z mężczyzn rozsiadł się wygodniej i z uśmiechem na topornej twarzy patrzył nachalnie w jego stronę. Mer płynęła ku kolejnym gościom stawiając miękkie, nieco kocie kroki. Nagle karczmarz pochylił się nad jednym z tych, co mieli ochotę na awanturę. Drgnęli równocześnie, jak na rozkaz. No jasne, powiedziano im z kim mają do czynienia. Uśmiechnął się, gdy wrócili do swoich spraw.
      Ktoś postawił przed nim garniec z winem. Nawet nie popatrzył. Wiedział, że to nie Mer.
-       A śmierć... – mruknął nad jego głową znajomy głos – to towar tylko na wynos. 
    Laugh rozsiadł się obok i popatrzył na niego z drwiną. I czujnie.
-       Nie zapomnij zapakować... – uśmiechnął się ponuro do przyjaciela. 
-       Jak sobie nasz szanowny klient życzy... – pokłonił się nisko parodiując uniżenie tych, którzy zwąchali dobry interes.
       
    Asuna uśmiechnął się lekko, gdy zobaczył szczere spojrzenie ciemnych oczu zerkających spod niesfornej, niedbale skróconej grzywki. Laugh lepiej od kogokolwiek innego wiedział, co się z nim dzieje. Nigdy jednak nie okazał strachu. Ani litości. Nie wiedział, co ważniejsze. Przełknął szybko parę łyków wina. Do najtańszych na pewno nie należało. Laugh wpatrywał się w niego badawczo.
-       Szukasz guza – mruknął nagle.
-       Chyba tak...
-       Chciałbyś, by ktoś rozwalił ci łeb?
    Dokładnie. I Jego. Jego głos. W tym łbie. Popatrzył poważnie w oczy przyjaciela.
-       Przegrywam – mruknął przez zaciśnięte zęby.
    Laugh znieruchomiał na moment, a potem skinął potakująco głową. Nie na znak zrozumienia. Potwierdzał, że to wie.
-       Chodź... – mruknął nagle. – Wino ci w tym nie pomoże...
-       Kto wie?
-       Chodź. Pójdziemy zapolować...
   Nie chciało mu się. Ale wiedział, co Laugh proponuje. Zmęczenie czasem pomagało zagłuszyć aktywność daru. Doszli do tego wniosku jakiś czas temu, gdy po żniwach było z tym trochę spokoju. Wstał więc i ruszył za przyjacielem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz