Odgłos ciężkich, niespiesznych kroków
umilkł nagle kończąc swe monotonne mantrowanie krótkim szczeknięciem kamienia
rozcieranego pod butami. Asuna wciągnął głęboko powietrze. Smukła dłoń powoli
powędrowała w kierunku głowy, by zsunąć na barki obszerny kaptur. Wąskie,
wypełnione po brzegi czarną tkanką oczy przemknęły po ścianach domów stojących
na straży obu brzegów uliczki. Były to
chaty źle zbudowane. Niedbale. Normalne dla tych, którzy nazbyt długo wiedli koczowniczy
tryb życia, by nauczyć się budować porządnie. Dla niego w ogóle normalnie. Tu
się urodził i wychował. Nie widział innych. Nie powinien więc oczekiwać niczego
więcej. A jednak. Dostrzegł niedoskonałości. I to, jak je można usunąć.
Wiatr wpił chłodne palce w długie,
ciemne włosy Hantryjczyka. Chwilę przeczesywał wilgotne od późnojesiennej mgły
pasma, po czym – zniecierpliwiony brakiem reakcji – wizgnął nimi na twarz
przybysza. Zatańczył, zsunął się zimnym podmuchem wzdłuż przygarbionych pleców,
załopotał połami znoszonego płaszcza. W końcu, nabrawszy pełen haust woni, jaką
było nasycone ubranie, runął przed siebie ocierając się z groźnym pomrukiem o
domy, zahaczając o drzwi, łomocząc wypaczonymi okiennicami, jakby chciał
zbudzić śpiących za nimi mieszkańców.
Po raz wtóry potrząsnął głową próbując
wyrzucić ze swego umysłu słowa, które kłębiły się pod czaszką. Mówił do niego.
On. Jakiś. Był pewien, że to mężczyzna i, że nie powinien go słyszeć. A jednak
słyszał. Prześladował go od paru dni. Możliwe, że to kończy się właśnie tak:
obłędem. Skrzywił się niechętnie. Spośród wszystkiego, czego mógł się
spodziewać, najbardziej pragnąłby umknąć szaleństwu.
On. Myślał dużo i nerwowo. Na jego temat.
Nie potrafił wyciszyć tego, co słał w jego stronę. Mógł tylko - jak dziś: zamknąć
drzwi i wyjść, ale nie mógł bronić się przed tym,
czym go nękał.
Boję się o ciebie.
Wargi Asuny drgnęły lekko, ciemne oczy
zwęziły się jeszcze bardziej. Z bólu, który był jedynym efektem wszelkich prób
odizolowania się od Niego. Jego ślepia zatrzymały się na przypadkowym oknie.
Przez okiennicę przebijało światło, tliło się ciepłym blaskiem. Drgnął
niespokojnie, jak ktoś kto zrywa się do ucieczki. Jednym szarpnięciem ponownie naciągnął
na łeb kaptur, który krył przed światem chmurne oczy. Ale uśmiechu, który na
moment ustalił dolną partię architektury jego w twarzy w grymasie kogoś, kogo
bolą wszystkie zęby, ukryć nie zdołał. Po chwili jednak drwina znikła, a jej
miejsce zajął smutny spokój.
Kto wie ile jesteś w stanie znieść?
Co zrobisz, gdy dojdziesz do wniosku, że nie chcesz
już znosić nic nad to?
Uśpiona w większości osada dobrze
komponuje się z tą samotnością, albo odwrotnie – pomyślał – to ta samotność
doskonale pasuje do tego miejsca. Coś sprawiło, że zaczął rozumieć tak subtelne
różnice. Że zaczął je zauważać.
Od wszystkiego, co znał, co rozumiał i,
co miało pozory bezpiecznych pewników oddzielały go jedynie drewniane mury chat
i sen ich mieszkańców. Jedno i drugie łatwe do złamania. Gdyby chciał,
wystarczyło uderzyć w jakieś okno, jakieś drzwi, obudzić kogoś z tych, co
uważają się za przyjaciół, by znaleźć się znów w ich świecie. Rzecz w tym, że
nie chciał. Nie teraz. Nie z Nim i pogrążonym w chaosie łbem.
Gdzieś w pobliżu wiatr zgrzytnął
łańcuchami, na których zawieszono szyld obwieszczający zaproszenie. Karczma.
Tam się nie śpi. Jeszcze nie.
Czy potrafisz się pogodzić z tym, że nikt na ciebie nie czeka?
Nie mógł. Alb mógł. Mniejsza z tym. Zbyt mocno pchnięte drzwi
uciekły mu z ręki uderzając z impetem w ścianę. Z trudem utrzymał równowagę.
Przesadzasz... - pomyślał odzyskując na nowo ostrość widzenia. Nie
odpowiedział. On mógł do niego mówić. W drugą stronę to nie działało.
Oczy biesiadników poczęły czujnie badać
sylwetkę przybyłego. Sprawdzali, czy owo szumne wejście było przypadkowe, czy
też stanowiło prowokację. Skinął w ich kierunku przepraszająco głową. Choć
znali go wszyscy, w żadnych oczach nie pojawił się spokój, za to w kilku
spojrzeniach błysnął chłód. Czekali na jego koniec. Był pewien. Już dawno
zrozumieli, co się z nim dzieje. Potrafili to jakoś zrobić. Byli w tej materii,
jak psy potrafiące bezbłędnie tropić zwierzynę. Porozumiewawcze spojrzenia
mówiły same za siebie. Poczuł zmęczenie. To było nudne. I trudne.
Coraz bardziej trudne. Z dnia na dzień. Mierzenie się z tą ich okrutną
cierpliwością w wyczekiwaniu na jego śmierć i lękiem, by ta nie pochłonęła
jeszcze kogoś. Zrobiło mu się niedobrze.
Czy znajdując się wśród mroku potrafisz jeszcze
rozpoznać kierunek?
Tym razem nie dał się zaskoczyć na tyle,
by stracić panowanie nad sobą. Pięknie powiedziane, pomyślał z niechęcią.
Prosto i wystarczająco dosadnie. Rzecz w tym, że On najwyraźniej widział
wiele prostych rzeczy wśród tych, które dla Asuny proste nie były.
Wybrał najbardziej ustronne miejsce,
jedno z tych, które pozwalają choć trochę się ukryć przed wścibskimi
spojrzeniami. Ściągnął płaszcz, przewiesił go niedbale przez oparcie krzesła,
znieruchomiał skupiony nad własnymi myślami. Nie chciał, by Głos zyskiwał i tę
przewagę, którą daje zaskoczenie. W myślach pojawiły się drewniane, trochę
niedoskonałe drzwi. Otwarte. Jego drzwi? Czuł, że to jest to, do czego go
zaprasza, ale przecież absolutnie nie potrafił przewidzieć, co za takimi
drzwiami – które po prostu należą do głosu odzywającego się w jego łbie - może
się znajdować. Gdyby tam była po prostu śmierć – pomyślał spokojnie. – Gdyby
tylko ona... Gdybym miał tę pewność, poszedłbym.
Chciałeś wiedzieć.
Jest takie
miejsce...
Tak. Chciał wiedzieć, że istnieje choć
jedno miejsce na świecie, o którym można mieć pewność, że będzie zawsze
gościnne. Szukał więc takich miejsc, a gdy je znalazł, zrozumiał, że wielu
rzeczy pragnie się nie po to, by je mieć, lecz po to, by zrozumieć, że łatwiej
żyje się bez nich. Wiedział doskonale, że istnieje dom i drzwi, które zawsze
będą stały dla niego otworem. I to nie było wcale to miejsce, które projektował
jego mózg. Błogosławił Liszkę za to, że wciąż darzy go uczuciem, że chce mu
pomagać i kocha jakby się nic nie zmieniało. I przeklinał się za to, że
błogosławi ją. Przeklinał się za wdzięczność, jaką odczuwa do siostry,
która stara się pomagać mu wszystkimi sposobami. I za poczucie więzi z tymi
przyjaciółmi, którzy jeszcze nie ulegli lękowi. Zdawał sobie sprawę, że czas, w
którym powinien się od nich odizolować, mija, albo nawet minął już całkiem.
Nie tak łatwo...
Nie tak łatwo się jest rozstać...
Mer. Ładna, choć nie sprawiająca wrażenia
szczególnie inteligentnej dziewczyna podeszła do niego, by przyjąć zamówienie.
Nie mógł uwierzyć, że może postrzegać tak kogoś, kogo zna od lat, do kogo się
przyzwyczaił i kogo lubił. To ocenianie też musiało mieć związek z tym, co się
w nim działo. Dziewczyna cofnęła się. Coś ją przestraszyło. Odczytał ten jej
lęk, jak czyta się proste zdanie. Bała się, że zginie. Przecież to Dziki Dar!
Uśmiechnął się drwiąco. Nie mieli o tym pojęcia! Żadnego! Coś gorzkiego zatliło
się w głębi jego oczu, po czym zgasło. Tylko Liszka się nie bała. Patrzyła bezczelnie
w te oczy i była nimi zachwycona. Zawsze. Niezmiennie. Ciągle ślepa na to, kim
się staje. Była czasami ostatnią deską ratunku. Ostatnim kimś, dla kogo zawsze znajdowało się siły, by walczyć dalej. Otarł pot z czoła.
-
Co podać? – spytała Mer tonem szambelana na królewskim
przyjęciu.
Tak tu się mawiało, choć nikt nie widział
nigdy szambelana, ani królewskiego przyjęcia. Przywołał na twarz uśmiech, by
choć trochę ją uspokoić. Grymas wyostrzył tylko zmęczone rysy, a Mer wpadła w
jeszcze większą panikę.
-
Wino – mruknął zawiedziony własną nieskutecznością.
-
Jakie? – odwróciła oczy.
Głos Mer zadrżał. Nie współczuła. Już nie.
Choć w ubiegłym jeszcze roku długo płakała, gdy jej powiedział. Teraz po prostu
chciała, by był możliwie najdalej.
-
Wybierz sama... – poprosił jeszcze ciszej próbując
udawać, że nie widzi jej reakcji.
Niepotrzebnie usiłował zmienić coś, co
było już faktem. Dziewczyna skupiona na własnych obawach była absolutnie głucha
na jego usiłowania i nastawiła się na obronę.
-
Najdroższe? – zakpiła, odwracając się nerwowo w stronę
karczmarza.
Wąskie czarne ślepia zatopiły się w jej
spojrzeniu. Poczuł niechęć dziewczyny, przyjął ją. Wchłonął. Bezwiednie,
odruchowo. Miał zamiar poprosić: „Daj spokój, dziewczyno...” ale nagle mięśnie wokół jego ust drgnęły nerwowo.
-
Najtańsze – warknął przez zęby.
-
Coś jeszcze? – jej głos także się zmienił.
Przestała udawać uprzejmość. A on miał
ochotę wstać i wyjść. Po prostu. Z jakiegoś powodu po prostu nie wiedział jak
to zrobić.
Zanim skoczysz światu do gardła, naucz się spokojnie
oddychać.
Potem...
Zrób to!
Zrób to lekko.
Cicho.
Skutecznie.
Zwęził oczy zaciskając jednocześnie na
moment usta. Kiwnął twierdząco głową.
-
Proszę jeszcze głośno wypowiedziane życzenie
śmierci... Lekko zaprawione pogardą doskonale pasuje do najtańszego wina –
wycedził przez zęby.
Wydęła pogardliwie usta, jak ktoś kto w
życiu słyszał najbzdurniejsze zamówienia, na tyle bzdurne, że takie nie może
czynić żadnego wrażenia. Ale potem nagle popatrzyła na niego jakoś inaczej. Ach
tak. Wzbudził litość. Przypomniała sobie jak bardzo niegdyś płakała... Coś więc
zostało. Ale nic z tych rzeczy, których można by oczekiwać.
-
Przepraszam – powiedział spokojnie. – Jestem
rozdrażniony... Ciężki dzień...
Wzruszywszy ramionami ruszyła ku grupce
myśliwych, którzy ani na chwilę nie spuszczali z niego wzroku. Kiria ha! – poczuł
wściekłość na samego siebie. – Po co ja tu przylazłem? Tamci wymienili między sobą szybko jakieś
słowa. Nie miał wątpliwości czego dotyczy ta krótka wymiana zdań. Nie mógł ich
mieć, skoro jeden z mężczyzn rozsiadł się wygodniej i z uśmiechem na topornej
twarzy patrzył nachalnie w jego stronę. Mer płynęła ku kolejnym gościom
stawiając miękkie, nieco kocie kroki. Nagle karczmarz pochylił się nad jednym z
tych, co mieli ochotę na awanturę. Drgnęli równocześnie, jak na rozkaz. No
jasne, powiedziano im z kim mają do czynienia. Uśmiechnął się, gdy wrócili do
swoich spraw.
Ktoś postawił przed nim garniec z winem.
Nawet nie popatrzył. Wiedział, że to nie Mer.
-
A śmierć... – mruknął nad jego głową znajomy głos – to
towar tylko na wynos.
Laugh rozsiadł się obok i popatrzył na
niego z drwiną. I czujnie.
-
Nie zapomnij zapakować... – uśmiechnął się ponuro do
przyjaciela.
-
Jak sobie nasz szanowny klient życzy... – pokłonił się
nisko parodiując uniżenie tych, którzy zwąchali dobry interes.
Asuna uśmiechnął się lekko, gdy zobaczył
szczere spojrzenie ciemnych oczu zerkających spod niesfornej, niedbale
skróconej grzywki. Laugh lepiej od kogokolwiek innego wiedział, co się z nim
dzieje. Nigdy jednak nie okazał strachu. Ani litości. Nie wiedział, co ważniejsze.
Przełknął szybko parę łyków wina. Do najtańszych na pewno nie należało. Laugh
wpatrywał się w niego badawczo.
-
Szukasz guza – mruknął nagle.
-
Chyba tak...
-
Chciałbyś, by ktoś rozwalił ci łeb?
Dokładnie. I Jego. Jego głos. W tym łbie.
Popatrzył poważnie w oczy przyjaciela.
-
Przegrywam – mruknął przez zaciśnięte zęby.
Laugh znieruchomiał na moment, a potem
skinął potakująco głową. Nie na znak zrozumienia. Potwierdzał, że to wie.
-
Chodź... – mruknął nagle. – Wino ci w tym nie
pomoże...
-
Kto wie?
-
Chodź. Pójdziemy zapolować...
Nie chciało mu się. Ale wiedział, co Laugh
proponuje. Zmęczenie czasem pomagało zagłuszyć aktywność daru. Doszli do tego
wniosku jakiś czas temu, gdy po żniwach było z tym trochę spokoju. Wstał więc i
ruszył za przyjacielem.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz