***
-
- Nie muszę cię
wcale zabić. Mogę wezwać Nitthor Tah. Zgódź się na to. W tym jest przynajmniej
cień nadziei. W tym, co mogę zrobić ja, nie ma jej.
-
- Nitthor Tah... – mruknął marszcząc brwi, po czym
wzruszył ramionami. – Zrobisz, jak uznasz za słuszne.
Znów w niczym nie pomógł. Gdyby okazał
oburzenie, skreśliłby tę możliwość. A była dość istotna. Nitthor Tah jednych
zabijali natychmiast, innych zabierali z sobą. Podobno nie po to, by zabijać w
zaciszu własnego Domu. Mówiło się o jakimś specjalnym szkoleniu przeznaczonych
dla tych, którzy zbyt późno odkryli swe dary, albo dla tych, których dar
przybierał zdziczałą, zdegenerowaną formę.
Ale poddanie
się tamtym oznaczało poddanie im całego swego życia. Na zawsze. Aż do śmierci.
-
- Wezwę ich... – mruknął. – Jak tylko...
-
- Nie pytam cię o to... – mruknął ponuro Asuna i wstał.
Przez moment jeszcze przyglądał się rzece.
Potem zerknął na niego z ukosa.
-
- Prosiłem cię, Laugh, o przysługę. Nie spełniłeś mojej
prośby.
-
- Nie mogę cię zabić!
-
- Bo?
-
Nie potrafię...
Asuna uśmiechnął się krzywo.
-
Wygląda na to, że jesteś jednym z nielicznych w tej
osadzie – uśmiechnął się krzywo.
Laugh patrzył jak odchodzi klnąc pod nosem.
Być może Asuna miał rację. Znał nastroje w wiosce. Coraz częściej odzywali się
ci, którzy otwarcie żądali rozwiązania sprawy.
***
Maran otworzył oczy i zaklął krzywiąc się
z bólu. Poleżał chwilę bez ruchu słuchając skrzypienia toczącego się niespiesznie
wozu i próbował się poddać ociężałemu kołysaniu, po czym znów zaklął. Z trudem
zmusił się do powstania, na czworaka dopełzł do woźnicy i kazał zatrzymać
konie.
Woźnica kiwnął w odpowiedzi łbem i
uśmiechnął się krzywo. Kupiec ześlizgnął się z wozu, popatrzył niezbyt
przytomnie na pozostałe dwa, z których dobiegała cicha rozmowa. Przez ułamek
chwili mocował się z obolałymi mięśniami, po czym ruszył w pobliskie krzaki,
stojące u podnóża lasu.
-
Co znowu?.. – zapytał ktoś.
Woźnica się odwrócił w stronę jasnowłosego
chłopaka. Skrzywił się.
-
Maran znów musi...
Popularne przekleństwo skwitowało
dolegliwości Marana. Młody Kost nie miewał takich, a nagły przystanek wybił go ze snu. Spać poszedł niedawno,
zdawało mu się, że ledwo chwilę temu wymienił - siedzącego teraz z lejcami w
dłoni - Obrę. Odkąd wyruszyli, spał zbyt mało, zbyt mało jadł i za dużo
doznawał niewygód. Nie był pewien wcale, czy ojciec miał rację twierdząc, że
trudy czynią z ludzi mężczyzn. Po prawdzie w ogóle nie znajdywał kompletnie
żadnych racji w słowach ojca, podobnie było z jego ojcem, gdy wysłuchiwał
zrzędzenia swego ojca i ojcem ojca... Znał to z opowieści. Przy winie. Kiepskim
i kwaśnym, ale teraz dałby dużo nawet za takie.
Maran starał się nie myśleć o sikaniu.
Bolało. Gapił się więc tępo przed siebie, starając się myśleć o czymś zupełnie
innym. Marny to wysiłek. Ból robił swoje. Zaklął przypominając sobie, że
dopiero w Calenrion będzie można kupić zioła, które zaradzą jego
dolegliwościom. A tego będzie... Będzie jeszcze jakieś dziesięć dni... Chyba,
że Hantryjczycy coś poradzą, pocieszył się. W końcu
zawiązał rzemienie spodni i popatrzył przytomniej w głąb lasu.
Las milczał. Milczał, jak wszystkie
pogrążone w bezwietrznym upale lasy, a zarazem zupełnie inaczej. Zupełnie. Jego
cisza była nasycona czymś takim, co Maran znał tylko z jednego miejsca: z
wytrawionej ogniem Puszczy Wschodniej. Tam była podobna, nieruchoma, martwa
cisza. Nic. Nic wypełnione lękiem. I śmiercią. Wykrztusił kolejne przekleństwo,
tym razem tylko po to, by zagłuszyć choć trochę ową ciszę. Jego słowo zdawało
się zostać wessane, w bezbrzeżne milczenie. Kupiec przeciągnął się. Jak się
człowiek boi, to dobrze zrobić coś zwykłego, coś oczywistego. I wszystkie
głupie myśli wietrzeją ze łba... Coś... Znieruchomiał. Jego oczy zatrzymały się
na czymś, co równie dobrze mogło być porzuconym ścierwem zwierzęcia, jak i...
-
Maran! – ponaglił zniecierpliwiony woźnica.
-
Już, Obra... Ino na coś okiem rzucę... – mruknął bez
zastanowienia wchodząc w głąb lasu.
Obra zaklął, Kost huknął na klnącego spod
skór. Chciał spać. Maran trącił nogą leżące zwłoki: człowieka, nie zwierzęcia,
jak się okazało. Odwrócił je na wznak. I zaklął. To, co na pierwszy rzut oka
było trupem, żyło. Na kupca patrzyły przymrużone, ciemne ślepia, po brzegi
wypełnione czarną tkanką oczy, wyzierające z białej niczym śnieg twarzy.
Hantryjczyk, zdziwił się kupiec naiwnie, jakby po tej stronie granicy mógł
spodziewać się kogoś innego. Ciemne, spękane usta poruszyły się lekko. Nie
padło jednak żadne słowo. Maran westchnął ciężko i począł gorączkowo rozważać,
czy wziąć tego nieszczęśnika na swój wóz, czy go tutaj zostawić. Rozważał
zdając sobie po trosze sprawę, że nawet
w myśl najbardziej zdrowych racji, nikogo by tak nie umiał zostawić. I nie
powinien. Poza tym mogły być z tego niejakie korzyści. Był w Hantrze i mógłby
się legitymować pomocą niesioną Hantryjczykowi... To powinno udobruchać Dawny
Lud.
-
Do mnie! – krzyknął. – Tu człek jakiś, pomocy
potrzebuje! – podrapał się po głowie i znów popatrzył na potrzebującego pomocy.
- Co ci?... – spytał kupiec łagodnie przyklękając przy nim.
Nieszczęśnik był chyba w lepszej kondycji,
niż wyglądało to na pierwszy rzut oka. Podniósł się miękko, zwinnie i
uśmiechnął się dziwnym, niemądrym uśmiechem. Jego oczy zmieniły wyraz. Zmieniły
go do tego stopnia, że jego twarz stała się w makabryczną maskę.
-
Las... – wydusił całą siłą woli. – Rzeka...
-
Co „las” Co „rzeka”? – zdziwił się rozsądnie Maran
patrząc na zbliżających się w jego stronę Kosta i Obrę. – Co?
Wszyscy pozostali pozłazili z wozów i
patrzyli w ich kierunku. Obra doszedłszy, wyciągnął rękę na powitanie.
Hantryjczyk nie zrozumiał gestu, albo zrozumieć nie chciał. Popatrzył na
wyciągniętą dłoń i uśmiechnął się ponownie.
-
Nad rzekę iść... – powiedział niewyraźnie. – Tam... –
pokazał ręką w stronę z której właśnie przyjechali. – Masz tam miejsce...
Bezpieczne... Zostaw...
Maran podrapał się po głowie. Hantryjczyk
mówił z trudem, ale teraz już wcale nie było pewne, czy powodem tego są jego dolegliwości,
czy słaba znajomość języka.
-
Potrzebujesz pomocy? Jedziemy do Tarumy, do stolicy...
Możemy cię zabrać...
Hantryjczyk przechylił głowę na bok wpijając
się wzrokiem w oczy kupca. Koniuszkiem języka oblizał wargi.
-
Ty potrzebujesz pomocy... Nie w Tarumie... –
uśmiechnął się szeroko.
-
Nie rozumiem... – zawahał się kupiec. – Myślałem...
Leżałeś tu... Nie wyglądasz zdrowo...
Głowa Hantryjczyka przechyliła się jeszcze
bardziej na bok. Oczy zwęziły. Oddychał głęboko, równomiernie, ale jakoś nienormalnie.
- "Nie wyglądasz zdrowo"... – powtórzył ciemnooki, jakby
chciał zapamiętać wypowiedziane słowa. – Rzeka... – pokazał powtórnie kierunek.
-
Nie rozumiem... Wyjaśnij...
-
Wyjaśniam...
Z oddali usłyszeli krzyk. Wołanie.
Wszyscy odwrócili głowy. Ku nim ktoś biegł pędem. Był jednak zbyt daleko, by
mogli pojąć o co mu chodzi. Maran przeniósł pytający wzrok na Hantryjczyka. Ten
uśmiechnął się szeroko, skinął głową.
-
Tam... – jego głos nabrał jakiegoś świstu, jakby w
słowie chciał zamknąć jakieś westchnienie.
-
Nie wyglądasz zdrowo... – powtórzył Maran czując, że z
jakiegoś powodu skóra cierpnie mu na grzbiecie. - Nie chcesz pomocy, to ja
idę...
Kost splunął. Do wozu dopadła jakaś
dziewczynka. Mówiła coś do Obry szybko pokazując na rzekę. Nagle spojrzała ku
nim i runęła biegiem w stronę wody. A potem nastąpiła cisza. Cisza i skwar
stężały w jednej chwili, naprężyły się, zmieniły w coś, co można by uznać za
namacalne. A potem złagodniały, przybrały rozsądny odcień, typowy lasom, przez
które przemierza pora letnia. Nikt z nich już tego nie doczekał. Nikt nie
zaprotestował. Nawet konie nie zdążyły się spłoszyć. Potem nie było już nic.
Asuna wstał z kolan dysząc ciężko. Już.
Stało się. Otarł pot z czoła czując, że mięśnie jego ręki drżą. Podniósł oczy.
Na brzegu stały trzy wyładowane wozy. Jeden za drugim. Podróżni skorzystali z
brodu znajdującego się niedaleko miejsca, w którym utknęli. Wozy były
nietknięte. Popatrzył w bok i poczuł, że robi się mu niedobrze. Z dwóch
niewielkich kopczyków unosił się żółty, gryzący w nozdrza dym. Przez chwilę
próbował zwalczyć mdłości, po czym ruszył niepewnym krokiem ku wozom. Musiał.
Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że powinien.
Pierwsze ciało leżało przy wozie. Na
truchle konia. Więc zwierzęta też – jęknęło w nim coś głucho. Kawałek dalej
leżały następne trupy. Ludzi i zwierząt. Niczym porzucone śmieci. Asuna zagryzł
wargi i skrzywił się. Śmierdziało. Szedł dalej, wzdłuż brzegu
rozległej, pozornie tylko spokojnej rzeki. Martwi go nie interesowali, szukał
żywych. Czuł to życie, gdzieś w pobliżu, ale nie potrafił go odszukać.
Zaklął pod nosem, gdy poczuł to znów:
nagłe spięcie mięśni brzucha i fala bólu. Nie jego. Wrażenie trwało ułamek
sekundy, ale było dostatecznie silne, by kogoś nienawykłego do podobnych
rzeczy zwalić z nóg. Należał do nienawykłych. Runął na kolana. Bogowie,
pomyślał nagle, Liszka! To może być ona! Uniósł wyżej głowę i wciągnął w
nozdrza powietrze nie zdając sobie nawet sprawy, że próbuje wciąż korzystać z
uwolnionych mocy. Nic... Wstał z trudem. Serce biło ze zdwojonym rytmem. Tamci,
to jego dzieło... Ona... Rozglądał się wokół bezradnie. Kogokolwiek obecność
wyczuwał, nie mógł odejść zbyt daleko. Nie w tym stanie. Chłonął to obce
cierpienie, bo było teraz jedynym łącznikiem, jedyną wskazówką. Jeśli to
ona!...
-
Przyjaciele – syknął przez zaciśnięte zęby.
Gdyby Laugh spełnił jego prośbę na czas, nie
doszłoby do tego. Zachwiał się i ruszył przed siebie pozwalając, by nogi same
niosły go w kierunku, którego nie wybierał. Jak mógł im wytłumaczyć, że dziki
dar chroniąc siebie uniemożliwia mu odebranie sobie życia? Nie zrozumieliby!
Czuł, że jest obserwowany. Mógł szybko dokonać lokalizacji. Ale to miało swoje
koszty. Jeśli tamten jest ciężko ranny, może tego nie przeżyć. Warknął. Tym
razem zrozumiał, że nie posługuje się normalnymi technikami. Bogini, jeśli to
nie Liszka, sam oddam się w ręce Nitthor Tah – przysiągł w myślach. – Sprawcie,
by to nie była ona!
-
Gdzie jesteś?!.. – krzyknął lustrując porastające
brzeg rzeki krzewy.
Żaden z nich nie wydawał się dobrym
schronieniem dla osoby ukrywającej się, a już na pewno nie mógł ochronić przed
tym, co pozbawiło życia tamtych na brzegu. Asuna zwęził oczy. Przez chwilę przyglądał się mulistemu
brzegowi szukając na nim jakichś śladów. Cisza, szum rzeki wlokącej brudną
poburzową wodę . I skwar. Żadnych wskazówek. Asuna popatrzył na drugi brzeg. Tam
to samo. Identyczny pejzaż i zupełnie inny świat. Canis była rzeką graniczną i
strzegła granic Hantry znacznie lepiej, niż mogłyby to zrobić, nawet pomnożone
przez sto straże graniczne. Jej
zdradliwe nurty odstraszały rozsądnych śmiałków, a nierozsądnych nader często
pochłaniały. Trzeba było zatem pilnować głównie brodów. Były dobrze strzeżone,
tamci na pewno mieli zgodę na przekroczenie granicy. Inaczej nie byłoby ich
tutaj.
-
Bogowie... – wyszeptał bezradnie. I z rozpaczą. –
Pomóżcie...
Chyba któremuś z bogów zechciało się go
wysłuchać. Ale nie do końca. Z wody wyłoniła się Liszka.
- Asuna... – jęknęła cicho łapiąc się obmywanego wodą
korzenia.
Odruchowo ruszył w jej stronę i nagle
zatrzymał się. Przecież...
-
Pomóż mi...
Gówniara nadal nie rozumiał niczego?!
Cokolwiek z nią było, było za jego sprawą! Cofnął się. I pomknął w głąb lasu.
- Asuna! – rozległ się za jego plecami ostry krzyk. –
Wracaj!
Zatrzymał się. Przy Liszce był już Laugh.
Trzymał ją na rękach ostrożnie, jak maleńkie dziecko. Ale chyba nie było z nią
zbyt źle, skoro znalazł czas, by zajmować się jeszcze nim.
-
Chodź tu! Nie uciekaj. To nie ma sensu...
Asuna zgarbił się, pomknął spojrzeniem
gdzieś w dal i nagle się uspokoił. Zawrócił. Laugh patrzył na niego spod
ściągniętych brwi. Bezwiednie pogładził ramię siostry i przekazał ją w ręce Asuny.
-
Zaniesiesz ją do osady. Ja zobaczę jak tu wyglądają
sprawy i dołączę do was.
Głos Laugha
był chłodny, ale spokojny. Asuna
przygryzł lekko wargi i skinął twierdząco głową.
-
Nie chciałem... – mruknął cicho czując, że jest
żałosny w tej chwili.
-
Wiem – odparł twardo Laugh i ruszył w stronę
wozów.
Objął dziewczynkę najostrożniej, jak zdołał. Patrzyła na niego. Ufnie. Ruszył w kierunku osady.
Rozstępowano się przed nim w milczeniu.
Patrzyli. Ze złymi, zawziętymi twarzami próbując ze stanu Liszki odgadnąć
dokładny przebieg wydarzeń. Ale cokolwiek sobie wyobrażali, byli wściekli na
niego, na Laugha pewnie też. Nie musiał w tym momencie się nad tym zastanawiać.
Ważna była ona. Dotarł do domu uzdrowicielki i zawołał. Wyszła natychmiast. Bez słowa zrobiła mu
miejsce w drzwiach, by mógł wnieść ją do środka. Gdy przekroczył próg usłyszał
jak mówi do tamtych: „Won!”. Położył ostrożnie dziewczynę na stercie skór na
których zwykle sypiała uzdrowicielka. Tam, bo nie wiedział, gdzie powinien ją
ułożyć. Odsunął się szybko z zamiarem wyjścia.
-
Zostań! – warknęła. – Nigdzie nie łaź. Kroi się na
lincz.
-
Tym bardziej powinienem...
-
Nitthor Tah już tu zmierzają – mruknęła twardo. –
Czekaj.
Przez chwilę badała dziewczynę, a na jej
twarzy z każdą chwilą pojawiało się więcej ulgi.
-
Nic jej nie będzie – mruknęła w końcu. – A ty? Jesteś
cały?
Wzruszył ramionami. Nie zastanowił się nad
tym. I nic go to nie obchodziło. Uzdrowicielka zostawiła dziewczynę i podeszła
do niego. Przez chwilę wpatrywała się badawczo w jego oczy.
-
Nie wiem, Asuna, jakie wieści przyniesie Laugh. Ale
moim zdaniem zdołałeś to powstrzymać pomimo, że są ofiary...
-
Brednie! – warknął.
-
Nie. Wątpię, by mogła to przeżyć, gdyby było inaczej.
Wątpię, byś ty to przeżył.
***
Asuna zaszył się wśród skał, które podobnie jak Pazury Świata sterczały w dziwacznym, półkolistym zgrupowaniu. Dość daleko od osady. Po czasie w którym miał ochotę rozwalić łeb o jedną z nich, przyszło zmęczenie. Zasnął.
Laugh na widok chłopaka zaklął pod nosem, zeskoczył z konia i puszczając zwierzę
luzem ruszył ku tamtemu.
-
Szukają cię, czego tu sterczysz? – powiedział chłodno.
-
Niech sobie szukają… - warknął.
-
Pomoże ci, jak zerwiesz przy okazji parę batów?
Sam nie wiedział po co tutaj przyszedł. Nie
mógł pomóc. Już nie. Popatrzył gdzieś w bok.
- Nie wiem. Może tak.
-
Nie tylko tobie jest z tym źle…
-
Źle? – Asuna roześmiał się gorzko. – To zabawne słowo
w zestawieniu z tym, co czuję. Zabiłem kilkunastu hav, omal nie załatwiłem
twojej siostry. Dlaczego ona tam była? Tylko dlatego, że...
-
Tak – przerwał mu. - Wiem, że możesz wymieć wiele
powodów, dla których jest ci gorzej, niż innym… - przerwał mu ciężko
wzdychając. – Posłuchaj. Nitthor Tah polecili, byś siedział tutaj, gdzie akurat
jesteś. Z dala od osady, aż przyjdą po ciebie.
-
Jasne... – mruknął.
-
Nie kombinuj niczego...
-
Nie mam zamiaru! – warknął. – Kiria ha! Czy wy tego
nie widzicie!
-
Ja widzę. I doceniam.
Asuna popatrzył na niego z ukosa i objął
ramionami nogi.
-
Wciąż się mnie nie boisz... – zauważył.
-
Nie boję się – przyznał. – Nie wiem dlaczego, ale nie.
Podobnie jak Liszka, Skrzydło i Aga... Myślę, że znalazło by się jeszcze paru.
-
Może to właśnie wasz błąd...
-
Możliwe. Choć Nitthor Tah też nie wydawali się zbytnio
przejęci tym wszystkim... Myślę, że my tutaj za mało wiemy, a z tego co wiemy,
to w zbyt dużej części są przesądy - wstał.
-
Laugh – zatrzymał go Asuna. – Wyjaśnij Liszce, że...
-
Nie muszę – powiedział spokojnie. – Ona rozumie.
Posłuchaj... Nie zapomnij o nas. Po prostu.
***
Stali w bezruchu na skałach. Wysoka, krótko ostrzyżona kobieta o zaskakująco dużych oczach, które lśniły zza ciemnej zasłony skrywającej jej twarz, potarła bezwiednie nadgarstek lewej ręki nie spuszczając
wzroku z obserwowanego mężczyzny. Znajdował się poniżej, pomiędzy skałami, zupełnie
nieświadom towarzystwa. Siedział wsparty plecami o spory głaz i mamrotał coś, czego
nie sposób było dosłyszeć z takiej odległości. Widziała też niewiele: ledwo
czarne, lśniące w słońcu kudły, skuloną sylwetkę obleczoną w typowe tutaj, myśliwskie
ubranie ze skóry. Najciekawsze wydały się dłonie, może dlatego, że najbardziej
ruchliwe: to splatały się na szyi, to - od czasu do czasu - przemykały po
włosach, to opadały ze zniecierpliwieniem na ziemię, by zacisnąć się w pięści i
znów wrócić ku głowie. Monotonny głos powtarzający coś z uporem stał się nagle
głośniejszy. Zrozumiała widać coś z tego, co mówi, bo skrzywiła się lekko i
popatrzyła znacząco na towarzyszącego jej Nithrę. Wojownik skinął twierdząco głową.
On również osłonił twarz maską wykonaną z ciemnego płótna, ale i tak zdołała
zauważyć, że zacisnął szczęki.
Znów się zaczyna, nie wiem czy nie należało by
poczekać.
Nithra nie tyle słyszał, co czuł jej wolę.
Znów skinął głową na znak zgody. I tak musiał robić to, czego żądała. Nie jego
Droga. To ona zajmowała się podobnymi sprawami. Był tu tylko jako wsparcie.
-
To szaleństwo, czy dziki dar? Nigdy tak się nie zachowywał – szepnął Laugh.
Popatrzyły na niego owe duże oczy. Było w nich coś, że poczuł lęk. Ale wzroku od nich oderwać nie potrafił. Nithra również nie spuszczał z niej wzroku.
Wiele zależało od tego co zrobi, nie od tego, co powie.
- Dar, gdy dziczeje... – odpowiedziała nie siląc się na szept – w
pewnym sensie staje się chorobą.Tak na to patrz.
-
Jest szalony? – Nacisnął Laugh.
Uśmiechnęła się, czego tamten nie mógł widzieć. Bał się. Owszem. Ale nie na tyle, by zapomnieć kim jest. I nie na tyle, by przestać chcieć wiedzieć. To dobrze. Przeniosła wzrok na tamtego, u stóp skały.
-
Odbiega od normy... Można więc uznać, że owszem. Nazwałbyś kogoś, kogo nie znasz innym określeniem, gdybyś zobaczył go w podobnej sytuacji?
-
Nie, pani...
Nithra zmarszczył brwi.
Takie akcje często wiązały się z likwidacją
całych osad. Miał nadzieję, że tym razem tego unikną. Rozmowa z miejscowym
Sędzią sprawiła, że był przekonany iż nie powinno do tego dojść. Choć wiedział
też, że wielu z miejscowych nie zasłużyło sobie na akt łaski. Zapytał. Skinęła
przecząco głową i ruszyła w drogę powrotną. Nie było sensu dalej tutaj
sterczeć. To, co zobaczyła, wystarczyło. Wiedziała, co pragnęła wiedzieć.
Nithra, zgarniemy go wieczorem.
- Przyjdziemy tu później - zwróciła się do Sędziego. - Stworzyłeś dla niego psy?
- Prosił - Laugh zacisnął szczęki i umilkł na moment. - Nie ufał sobie.
- Brak zaufania był twoim obowiązkiem - warknęła. - Są zbędne. Ściągnij je.
Ściągnij psy. Nie są potrzebne.
Nithra odwrócił wzrok. Poczuł ulgę. Obędzie się bez przelewu krwi. Uśmiechnęła
się lekko czując jak bardzo jest zadowolony z tego, co usłyszał.
***
Na skałę bezszelestnie wspiął się cień.
Jeden. Drugi. Trzeci. Ciemne postacie dotarły na szczyt głazu, przylgnęły do
jego powierzchni i znieruchomiały wpatrując się w jej podnóże. Twarze mieli
ukryte pod maskami, jak zawsze, gdy wykonywali misje znaczącej wagi.
Nitthor Tah. "Ci, którzy idą drogą Pieśni
Ostrza. Od urodzenia. Po śmierć. I są tylko dla tej drogi. Dla żadnej innej" – wyrecytowała w myślach słowa ojca. Dziewczyna ukryta pomiędzy gałęziami jednego z drzew tkwiła na swym miejscu od długiego czasu.
Zaskoczyła ją powolność z jaką działali
Nitthor Tah. Przybyli o świcie. Długo rozmawiali z Laughem. Najpierw gniewnie,
potem spokojniej. Wreszcie wyszli w milczeniu odprowadzanymi niespokojnymi
spojrzeniami. W tych spojrzeniach był i lęk, i niechęć. I duma, którą próbowano
przeciwstawić pysze tamtych. Podobno. Liszka, która cały czas podglądała tamto
spotkanie, a teraz śledziła każdy ruch Tarumów, nie dostrzegła w ich zachowaniu
pychy. Owszem, jakieś dostojeństwo, jakie można odczuwać w obecności wysoko
urodzonych, ale nic poza tym.
Przyszli tu późnym popołudniem i natknęli
się na osobliwy, samotny pokaz sprawności Asuny. Najwyraźniej ewolucje, które
Liszce potrafiły zaprzeć dech w piersiach z podziwu, na nich nie uczyniły
szczególnego wrażenia. Nie przerywali mu jednak. Nawet wtedy, gdy już było
oczywiste, że to nie żaden morderczy trening, żadne samodoskonalenie, a jakaś
beznadziejna próba wyładowania się. Trwało to długo. Tak długo, jak mógł się
utrzymać na nogach. Dopiero wtedy powstali ujawniając swą obecność. I nagle
zrozumiała. Czekali na to! Na to właśnie, by był tak zmęczony, jak w tej
chwili. Nie chcieli z nim walczyć. To dobrze, czy źle? – zastanowiła się.
Jeszcze raz popatrzyła w stronę tamtych. Jeden przykucnął i oparłszy dłoń na
kamieniu spoglądał na niebo. Drugi nie spuszczał wciąż wzroku z Asuny. Trzeci
spoglądał gdzieś w bok. Byli czujni. Spodziewają się kogoś?
UCIEKAJ!
Drgnęła nerwowo. Obca, nieprzyjemnie silna
myśl wtargnęła do jej umysłu, w ślad za nią po jej grzbiecie prześlizgnął się
strach. Poczuła jak jej mięśnie spinają się do ucieczki. Zacisnęła palce na
gałęzi na której się wspierała. Nie. Nie może teraz, gdy... Z trudem się
opanowała i popatrzyła znów w stronę Nitthor Tah. Dwóch patrzyło dokładnie na
nią, jakby osłona liści w ogóle dla nich nie miała znaczenia. Wpatrywali się
demonstracyjnie. Dawali jej znać, że wiedzą o tym, że tu jest. Skuliła się,
zacisnęła szczęki i przez moment walczyła z kolejną falą lęku. Nie!
JAK CHCESZ.
Tym razem myśl była przepełniona chłodem.
Obojętnością. Może pogardą. Już nie patrzyli na nią. Jeden złożył ręce w jakiś
znak, drugi powtórzył to samo. Trzeci jednym, miękkim skokiem znalazł się na
ziemi. Dokładnie przed Asuną. Wylądował na lekko ugiętych nogach, z taką
lekkością, jakby jego ciało nic nie ważyło, a skok był wykonany ze znacznie
mniejszej odległości. Asuna podniósł głowę i przypatrywał się tamtemu w
milczeniu. Był spokojny. Padły jakieś słowa, ale nie mogła ich usłyszeć.
Dlaczego? Przecież nie była wcale tak daleko. Prawdopodobnie Nitthor Tah i na
to mieli jakieś sposoby. Zobaczyła jak Asuna kiwa twierdząco głową. Otarł pot z
czoła i popatrzył na tamtego z wyczekiwaniem. Dwaj pozostali wciąż trwali w
bezruchu utrzymując dłonie w dziwacznym układzie. Czary. Ale ich obecność już
nie musiała być tajemnicą. Ten, który zszedł do Asuny, znów coś powiedział i
pokazał na nich. Chłopak bez większego zainteresowania spojrzał we wskazanym kierunku i znów
skinął głową na znak zgody. Potem ściągnął bluzę, odrzucił ją niedbale na bok i
wstał z trudem. Nitthor Tah pomógł mu w tym. A potem pokazał na jakieś miejsce. Asuna przeniósł się więc o kilka kroków dalej i uklęknął na ziemi. Nitthor Tah
spojrzał jeszcze raz w kierunku, gdzie siedziała Liszka, ale zaraz odwrócił
wzrok. Czy to była jego myśl? - znów poczuła lęk. Dlaczego najpierw kazał jej
uciekać, a potem obojętnie przyjął odmowę?
Nitthor Tah podszedł do Asuny, wykonał serię
szybkich gestów a potem położył dłonie na jego głowie. Przez chwilę ostrożnie
układał na niej palce, a potem zastygł w bezruchu. Nie działo się nic. Po
twarzy Liszki płynęły łzy. Serce waliło jej jak oszalałe. Przynieśli mu śmierć! Była tego pewna! Widziała
już, jak zabijano właśnie w taki sposób. Nagle Asuna mruknął, a potem krzyknął
tak przeraźliwie, że Liszka wstrzymała oddech i poczuła jak robi jej się
niedobrze.
Krzyk trwał. Trwał w
nieskończoność. Chciała tylko jednego – by nastąpił koniec. Nienawidziła teraz
Laugha, że on tego nie zrobił. Pod jego dłońmi nikt tak nie krzyczał.
Zeskoczyła ze swojej gałęzi i runęła ku tamtym
Cisza. Leżała na ziemi. Znad czarnego
materiału osłaniającego twarz patrzyły na nią ciemne, wąskie oczy. Zdała sobie
sprawę, że Nitthor Tah podtrzymuje ją.
MÓWIŁEM.
PO CO BYĆ ŚWIADKIEM TAKICH SYTUACJI?
Zacisnęła dłonie w pięści. I wbrew własnym
możliwościom usiłowała spojrzeć w stronę, gdzie powinno znajdować się ciało Asuny. Chyba zrozumiał.
ŻYJE.
PO PROSTU TRZEBA BYŁO ZATRZYMAĆ TO, CO SIĘ Z NIM
DZIEJE.
Popatrzyła na niego niemal z wdzięcznością.
Ta jednak nie spodobała się Nitthor Tah. Jego oczy zwęziły się lekko. Położył
ją ostrożnie na ziemi.
ZAPOMNIJ O NIM.
NIGDY GO NIE ZOBACZYSZ.
NAGRODĄ ZA TO, ŻE GO KOCHAŁAŚ NIECH BĘDZIE WIEDZA O
TYM, ŻE ŻYJE.
TO WIĘCEJ, NIŻ MOŻESZ SOBIE WYOBRAZIĆ.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz