sobota, 14 marca 2020

Asuna cz. I

     
   Drobniutka, piegowata dziewczynka zatrzymała się gwałtownie nasłuchując odgłosów dobiegających zza drzew. Jej oczy błysnęły ciekawością. Przez moment stała niezdecydowana, po czym szurnęła w głąb pobliskich zarośli. Las sprzyjał dziś podkradaniu się: wiatr tańczył wśród drzew, a szum zagłuszał kroki. Mała uśmiechnęła się łobuzersko i skierowała kroki ku grupie skał sterczących pośród drzew.
           Pazury  Świata. Tak nazywali to miejsce. Rzeczywiście zgromadzone tu kamienie wyglądały tak jakby wyrastały z jakiejś potężnej łapy, która jeszcze nie zdążyła wydobyć się z ziemi. Zgrupowane we wschodniej części dzikiej polany nadawały niesamowity koloryt tej części lasu, nieodmiennie od setek lat stawały się inspiracją dla dziecięcej wyobraźni i ulubionym miejscem zabaw miejscowych szczeniaków. Również ona znała je jak własną kieszeń.
    Szybko, ze sprawnością typową dzieciom, które na co dzień wykonują podobne ewolucje, wspięła się na jeden z wysokich głazów i przywarowała na jego szczycie. Poniżej znajdowała się polana. Jeśli nie liczyć gruzowiska powstałego pod samymi Pazurami, była gładka jak stół i porośnięta miękką trawą. Tutaj często odbywały się nocne zgromadzenia, odprawy udających się na patrole grup albo te święta, które obchodzono w kręgach ognisk. Teraz zaś odbywał się jakiś szalony trening. Laugh! Jej serce poruszyło się radośniej na widok brata, który ze zwinnością kota doskoczył do swego przeciwnika. I...  Asuna! Uśmiechnęła się szeroko.

       Asuna był najmłodszym z grupy Pograniczników, którą dowodził jej brat i zarazem uwielbiany przez jego młodsze rodzeństwo. To znaczy nie całe. Właściwie głównie przez Liszkę. Niewielu jego rówieśników w ogóle ich zauważało. On owszem i zdawał się przy tym dobrze bawić. Może dlatego, że był sam.

       Patrzyła z zapartym tchem na ćwiczących. Bez wątpienia prym wiódł tutaj Laugh, ale Asuna wcale za bardzo od niego nie odstawał. Szybkie obroty, wyskoki, błyskawiczne wyprowadzenie ciosów przypominały trochę ewolucje tancerzy ognia, tyle tylko, że było w nich znacznie więcej siły. I inne było też ich przeznaczenie. Liszka uśmiechnęła się z zadowoleniem, gdy młodzieńcy sięgnęli po drewniane, ćwiczebne miecze. To dopiero będzie! Jej oczy błysnęły z podekscytowania. Rzadko miała okazję widzieć, co jej brat potrafi walcząc przy pomocy miecza. Jeśli sięgał po broń, to szedł na patrol. Ale wtedy nie robił tego po to, by się nią popisywać. Mimo to wśród dzieciaków o jego umiejętnościach krążyły legendy. Killas, ten którego ojciec tresował psy myśliwskie, ponoć widział jak Laugh walczy. Podglądał go kiedyś podczas święta i zawsze jak o tym opowiadał, jego oczy stawały się okrągłe i błyszczące. Była zazdrosna, bo Killas widział a ona nie. A teraz taka okazja! Zsunęła się bliżej krawędzi skały, żeby lepiej widzieć i zastygła w bezruchu.
   Młodzi wojownicy krążyli wokół siebie niczym szykujące się do ataku koty. Dłoń Laugha obejmowała rękojeść miecza z jakąś taką swobodą, jakby ten nic nie ważył. Końcówka imitującego ostrze drewna kreśliła w powietrzu jakieś skomplikowane znaki. Przy czym brat nie spuszczał ani na moment wzroku z przeciwnika. Jego skupienie i spokój dość mocno kontrastowało z wyrazem twarzy i zachowaniem Asuny. Chłopak miał gniewne spojrzenie, przesuwał się na lekko ugiętych nogach to w prawo, to w lewo w skupieniu obserwując ostrze broni Laugha. Nagle jej brat skoczył w jego stronę. Z trudem powstrzymała krzyk. Wydawało się, że broń rozbije głowę chłopaka. Ale nie! Uderzenie powstrzymała broń tamtego. Asuna wykonał półobrót i niespodziewanie zaatakował nogi Laugha mierząc w golenie. Brat Liszki roześmiał się cicho wyskakując jednocześnie w górę i silnym kopnięciem odtrącił broń. Asuna podjął kolejną szarżę. Laugh nie pozwolił się jednak dosięgnąć, za to sam pacnął mieczem w ramię tamtego. Chłopak odskoczył i szybko roztarł uderzone miejsce. Tym razem zaatakował Laugh. Jedno, drugie, trzecie uderzenie wyprowadzane na tyle szybko, że jej wzrok nie nadążał za ruchem ostrza. Asuna zaklął i natychmiast zebrał kolejny raz, po którym wylądował na ziemi. Liszka krzyknęła ostrzegawczo i zeskoczyła ze skały. Szurnęła ku walczącym. Z determinacją stanęła pomiędzy siedzącym na trawie Asuną a bratem.
-                     Przestańcie!
         O mały włos, a uderzenie Laugha spadłoby na nią. Pokonany zdążył tylko syknąć z zapartym tchem patrząc jak Laugh wycofuje miecz. Robił to powoli, jakby obawiał się gwałtownym ruchem spłoszyć dziecko. Mała dopiero teraz zdała sobie sprawę jak blisko była niebezpieczeństwa. Wykrzywiła się gotowa zacząć płacz. Powstrzymała ją dłoń brata troskliwie obejmująca jej ramię.
-                     Nie płacz – uśmiechnął się. -  Przecież nic się nie stało...
-                     Ja nie chciałam... – chlipnęła i wtuliła się w jego nogi.
-                Co nie chciałaś, Liszka? – zapytał z cierpliwością, która w jego wydaniu dla niejednego musiałaby być dużym zaskoczeniem. Przykucnął przed nią. - No? Co nie chciałaś? – przejechał dłonią po czuprynie dziewczynki.
-                     Chciałeś go bić... A to przecież... Asuna!
          Laugh zerknął na chłopaka. Asuna zaplótł ręce na karku i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Uśmiechnął się i dmuchnął na jej czoło rozwiewając grzywkę miękkich, ciemnych włosów. Łypnęła na niego podejrzliwie, ale zaraz potem zrobiła dokładnie to, co on. Laugh cofnął się udając, że jej podmuch go przestraszył. Zachichotała radośnie. Tak niewiele, a już nie pamiętała o płaczu. To dlatego uważa się, że dzieci są szczęśliwsze od dorosłych, pomyślał rozbawiony, dorosły dłużej zatrzymuje się przy troskach.
-                     No, Liszka! – mruknął wstając i jeszcze raz zmierzwił włosy na jej głowie. - Śmigaj na swoją skałę, jeśli chcesz tu zostać – zdradził, że doskonale zdawał sobie sprawę z jej obecności. - Za chwilę skończymy i pójdziemy nad rzekę... Oczywiście pójdziesz z nami? – udawał szczere zaniepokojenie tym, że mogłaby odmówić.
    Pisnęła z radości i kiwnęła potakująco głową. Uwielbiała pływać. Potrafiła sterczeć przy nim całymi dniami w nadziei, że zabierze ją ze sobą. 

     Asuna już wstał i czekał w cierpliwie obserwując zajście pomiędzy rodzeństwem. Razy, które próbowała powstrzymać Liszka i tak dosięgły jego ciała. Był już w stanie jako tako odpierać ataki Laugha, ale nie na tyle dobrze, by móc zapewnić sobie nietykalność. Niemniej obecność dziewczynki sprawiła, że Laugh wkładał teraz w uderzenia znacznie mniej siły.
-                     Asuna – Laugh opuścił wreszcie miecz patrząc jak tamten rozciera obolały nadgarstek – gdyby nie moja siostra, nie miałbyś dziś ochoty na pływanie... – po czym wyszczerzył zęby w trochę złośliwym uśmiechu.
   Asuna nie miał nic w tej materii do gadania. Nikt go nie pytał, czy ma ochotę na kąpiel. Widać Laugh uznał to za oczywiste zakończenie treningu. Odwzajemnił się więc podobnym grymasem jaki zadedykował mu Laugh. Przywołał do siebie małą. Zeskoczyła z takim entuzjazmem, że obaj mogli podsumować jej pośpiech tylko kolejnymi uśmiechami.
-                     Widzisz... W przeciwieństwie do ciebie mam powodzenie u kobiet... – Asuna mrugnął porozumiewawczo do Laugha pozwalając, by Liszka wdrapała mu się na grzbiet. 
      Gdy kończyła się nauka, ich relacje znacznie się ocieplały. Laugh traktował te lekcje śmiertelnie poważnie. Może obawiał się mieć pod swą komendą kogoś, kto nie dorównuje pozostałym i nie można od niego wymagać tyle co od innych, a może chciał pomóc najmłodszemu z grupy, by jak najkrócej musiał użerać się ze złośliwością pozostałych. Dość na tym, że uczył.
-                     Szkoda tylko, że u siedmioletnich... – mruknął Laugh udając rozdrażnienie.
     Asuna znów się roześmiał. Często się śmiał. Wielu lubiło go już za tę tylko osobliwość. A było to rzeczywiście niezwykłe. Dzieliła ich dostateczna różnica wieku, by mógł pamiętać to, co umknęło Asunie. Chłopak wywodził się z rodziny, którą może i za wiele rzeczy niegdyś ceniono, ale nigdy za poczucie humoru. Laugh przygryzł wargi. Nagle pomyślał o zawsze milczącym, trzymającym się na uboczu Idairu, o Ilo, który zwykł się zachowywać jakby zjadł wszystkie rozumy, o Lahi kształconej od siódmego roku życia na kapłankę Manath, tak obojętnej na sprawy żywych, że chyba nawet śmierć równie obojętna nie bywa... Ojciec Asuny też był zimny jak głaz. I okrutny. Matka nieobecna, na poły obłąkana, na poły zastraszona. Ją pamiętał zresztą najsłabiej, choć to ona ponoć była przyczyną wszystkiego, co stało się później. Ponoć, bo tamci zabrali tajemnicę do grobu. Z całego rodu ocalał jedynie starszy brat Asuny, którego zabrali Nitthor Tah i ledwo trzymiesięczny Asuna. Ten ostatni został powierzony opiece ojca Laugha, a teraz jemu samemu. Zacisnął szczęki. Polubił Asunę, ale nie wolno mu było zapomnieć o obowiązku nieustannego obserwowania chłopaka, w którym mogło się przebudzić przekleństwo tamtego nieszczęsnego rodu. Religijny nie był, ale patrząc na niego modlił się po cichu, by nigdy nie dostrzec w nim tego, czego tak się obawiano. Przejechał dłonią po włosach. Były wilgotne od potu. Asuna już potrafił go zmęczyć. Sam natomiast zdawał się mieć niespożytą energię. Uśmiechnął się lekko. Taki już był. Zawsze.

***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz