Drobniutka, piegowata dziewczynka zatrzymała
się gwałtownie nasłuchując odgłosów dobiegających zza drzew. Jej oczy błysnęły
ciekawością. Przez moment stała niezdecydowana, po czym szurnęła w głąb
pobliskich zarośli. Las sprzyjał dziś podkradaniu się: wiatr tańczył wśród drzew,
a szum zagłuszał kroki. Mała uśmiechnęła się łobuzersko i skierowała kroki ku
grupie skał sterczących pośród drzew.
Pazury
Świata. Tak nazywali to miejsce. Rzeczywiście zgromadzone tu kamienie
wyglądały tak jakby wyrastały z jakiejś potężnej łapy, która jeszcze nie
zdążyła wydobyć się z ziemi. Zgrupowane we wschodniej części dzikiej polany
nadawały niesamowity koloryt tej części lasu, nieodmiennie od setek lat stawały
się inspiracją dla dziecięcej wyobraźni i ulubionym miejscem zabaw miejscowych
szczeniaków. Również ona znała je jak własną kieszeń.
Szybko, ze sprawnością typową dzieciom,
które na co dzień wykonują podobne ewolucje, wspięła się na jeden z wysokich
głazów i przywarowała na jego szczycie. Poniżej znajdowała się polana. Jeśli
nie liczyć gruzowiska powstałego pod samymi Pazurami, była gładka jak stół i
porośnięta miękką trawą. Tutaj często odbywały się nocne zgromadzenia, odprawy
udających się na patrole grup albo te święta, które obchodzono w kręgach
ognisk. Teraz zaś odbywał się jakiś szalony trening. Laugh! Jej serce poruszyło
się radośniej na widok brata, który ze zwinnością kota doskoczył do swego
przeciwnika. I... Asuna! Uśmiechnęła się
szeroko.
Patrzyła z zapartym tchem na ćwiczących.
Bez wątpienia prym wiódł tutaj Laugh, ale Asuna wcale za bardzo od niego nie
odstawał. Szybkie obroty, wyskoki, błyskawiczne wyprowadzenie ciosów
przypominały trochę ewolucje tancerzy ognia, tyle tylko, że było w nich
znacznie więcej siły. I inne było też ich przeznaczenie. Liszka uśmiechnęła się
z zadowoleniem, gdy młodzieńcy sięgnęli po drewniane, ćwiczebne miecze. To
dopiero będzie! Jej oczy błysnęły z podekscytowania. Rzadko miała okazję
widzieć, co jej brat potrafi walcząc przy pomocy miecza. Jeśli sięgał po broń, to szedł na patrol. Ale wtedy nie robił
tego po to, by się nią popisywać. Mimo to wśród dzieciaków o jego umiejętnościach
krążyły legendy. Killas, ten którego ojciec tresował psy myśliwskie, ponoć
widział jak Laugh walczy. Podglądał go kiedyś podczas święta i zawsze jak o tym
opowiadał, jego oczy stawały się okrągłe i błyszczące. Była zazdrosna, bo
Killas widział a ona nie. A teraz taka okazja! Zsunęła się bliżej krawędzi
skały, żeby lepiej widzieć i zastygła w bezruchu.
Młodzi wojownicy krążyli wokół siebie niczym
szykujące się do ataku koty. Dłoń Laugha obejmowała rękojeść miecza z jakąś
taką swobodą, jakby ten nic nie ważył. Końcówka imitującego ostrze drewna
kreśliła w powietrzu jakieś skomplikowane znaki. Przy czym brat nie spuszczał
ani na moment wzroku z przeciwnika. Jego skupienie i spokój dość mocno
kontrastowało z wyrazem twarzy i zachowaniem Asuny. Chłopak miał gniewne spojrzenie, przesuwał się na lekko ugiętych
nogach to w prawo, to w lewo w skupieniu obserwując ostrze broni Laugha. Nagle
jej brat skoczył w jego stronę. Z trudem powstrzymała krzyk. Wydawało się, że
broń rozbije głowę chłopaka. Ale nie! Uderzenie powstrzymała broń tamtego.
Asuna wykonał półobrót i niespodziewanie zaatakował nogi Laugha mierząc w
golenie. Brat Liszki roześmiał się cicho wyskakując jednocześnie w górę i silnym
kopnięciem odtrącił broń. Asuna podjął kolejną szarżę. Laugh nie pozwolił się
jednak dosięgnąć, za to sam pacnął mieczem w ramię tamtego. Chłopak odskoczył i
szybko roztarł uderzone miejsce. Tym razem zaatakował Laugh. Jedno, drugie,
trzecie uderzenie wyprowadzane na tyle szybko, że jej wzrok nie nadążał za
ruchem ostrza. Asuna zaklął i natychmiast zebrał kolejny raz, po którym
wylądował na ziemi. Liszka krzyknęła ostrzegawczo i zeskoczyła ze skały.
Szurnęła ku walczącym. Z determinacją stanęła pomiędzy siedzącym na trawie
Asuną a bratem.
-
Przestańcie!
O mały włos, a uderzenie Laugha spadłoby na
nią. Pokonany zdążył tylko syknąć z zapartym tchem patrząc jak Laugh wycofuje
miecz. Robił to powoli, jakby obawiał się gwałtownym ruchem spłoszyć dziecko. Mała
dopiero teraz zdała sobie sprawę jak blisko była niebezpieczeństwa. Wykrzywiła się gotowa zacząć płacz. Powstrzymała ją dłoń brata troskliwie obejmująca jej
ramię.
-
Nie
płacz – uśmiechnął się. - Przecież nic
się nie stało...
-
Ja
nie chciałam... – chlipnęła i wtuliła się w jego nogi.
- Co
nie chciałaś, Liszka? – zapytał z cierpliwością, która w jego wydaniu dla
niejednego musiałaby być dużym zaskoczeniem. Przykucnął przed nią. - No?
Co nie chciałaś? – przejechał dłonią po czuprynie dziewczynki.
-
Chciałeś
go bić... A to przecież... Asuna!
Laugh zerknął na chłopaka. Asuna zaplótł
ręce na karku i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Uśmiechnął się i dmuchnął
na jej czoło rozwiewając grzywkę miękkich, ciemnych włosów. Łypnęła na niego
podejrzliwie, ale zaraz potem zrobiła dokładnie to, co on. Laugh cofnął się
udając, że jej podmuch go przestraszył. Zachichotała radośnie. Tak niewiele, a
już nie pamiętała o płaczu. To dlatego uważa się, że dzieci są szczęśliwsze od
dorosłych, pomyślał rozbawiony, dorosły dłużej zatrzymuje się przy troskach.
-
No,
Liszka! – mruknął wstając i jeszcze raz zmierzwił włosy na jej głowie. - Śmigaj
na swoją skałę, jeśli chcesz tu zostać – zdradził, że doskonale zdawał sobie
sprawę z jej obecności. - Za chwilę skończymy i pójdziemy nad rzekę...
Oczywiście pójdziesz z nami? – udawał szczere zaniepokojenie tym, że mogłaby
odmówić.
Pisnęła z radości i kiwnęła potakująco
głową. Uwielbiała pływać. Potrafiła sterczeć przy nim całymi dniami w nadziei,
że zabierze ją ze sobą.
Asuna już wstał i czekał w cierpliwie
obserwując zajście pomiędzy rodzeństwem. Razy, które próbowała powstrzymać Liszka i tak dosięgły jego ciała. Był już w
stanie jako tako odpierać ataki Laugha, ale nie na tyle dobrze, by móc zapewnić
sobie nietykalność. Niemniej obecność dziewczynki sprawiła, że Laugh wkładał
teraz w uderzenia znacznie mniej siły.
-
Asuna – Laugh opuścił wreszcie miecz patrząc jak tamten rozciera obolały nadgarstek –
gdyby nie moja siostra, nie miałbyś dziś ochoty na pływanie... – po czym
wyszczerzył zęby w trochę złośliwym uśmiechu.
Asuna nie miał nic w tej materii do gadania. Nikt go nie
pytał, czy ma ochotę na kąpiel. Widać Laugh uznał to za oczywiste zakończenie
treningu. Odwzajemnił się więc podobnym grymasem jaki zadedykował mu Laugh. Przywołał do siebie małą. Zeskoczyła z takim entuzjazmem, że
obaj mogli podsumować jej pośpiech tylko kolejnymi uśmiechami.
-
Widzisz...
W przeciwieństwie do ciebie mam powodzenie u kobiet... – Asuna mrugnął
porozumiewawczo do Laugha pozwalając, by Liszka wdrapała mu się na
grzbiet.
Gdy kończyła się nauka, ich relacje
znacznie się ocieplały. Laugh traktował te lekcje śmiertelnie poważnie. Może
obawiał się mieć pod swą komendą kogoś, kto nie dorównuje pozostałym i nie
można od niego wymagać tyle co od innych, a może chciał pomóc najmłodszemu z
grupy, by jak najkrócej musiał użerać się ze złośliwością pozostałych. Dość na
tym, że uczył.
-
Szkoda
tylko, że u siedmioletnich... – mruknął Laugh udając rozdrażnienie.
Asuna znów się roześmiał. Często się
śmiał. Wielu lubiło go już za tę tylko osobliwość. A było to rzeczywiście
niezwykłe. Dzieliła ich dostateczna różnica wieku, by mógł pamiętać to, co umknęło Asunie. Chłopak wywodził się z rodziny, którą może i za wiele rzeczy niegdyś
ceniono, ale nigdy za poczucie humoru. Laugh przygryzł wargi. Nagle pomyślał o
zawsze milczącym, trzymającym się na uboczu Idairu, o Ilo, który zwykł się
zachowywać jakby zjadł wszystkie rozumy, o Lahi kształconej od siódmego roku
życia na kapłankę Manath, tak obojętnej na sprawy żywych, że chyba nawet śmierć
równie obojętna nie bywa... Ojciec Asuny też był zimny jak głaz. I okrutny.
Matka nieobecna, na poły obłąkana, na poły zastraszona. Ją pamiętał zresztą
najsłabiej, choć to ona ponoć była przyczyną wszystkiego, co stało się później.
Ponoć, bo tamci zabrali tajemnicę do grobu. Z całego rodu ocalał jedynie
starszy brat Asuny, którego zabrali Nitthor Tah i ledwo trzymiesięczny Asuna.
Ten ostatni został powierzony opiece ojca Laugha, a teraz jemu samemu. Zacisnął
szczęki. Polubił Asunę, ale nie wolno mu było zapomnieć o obowiązku
nieustannego obserwowania chłopaka, w którym mogło się przebudzić
przekleństwo tamtego nieszczęsnego rodu. Religijny nie był, ale patrząc na niego modlił się po cichu, by
nigdy nie dostrzec w nim tego, czego tak się obawiano. Przejechał dłonią po
włosach. Były wilgotne od potu. Asuna już potrafił go zmęczyć. Sam natomiast
zdawał się mieć niespożytą energię. Uśmiechnął się lekko. Taki już był. Zawsze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz