wtorek, 24 marca 2020

Asuna XII


***

  Znów! Leżał na ziemi z szeroko otwartymi oczyma. W czarnych tęczówkach odbijało się niebo. Nie widział go. To było pewne. Jego myśli pomknęły w jakąś niemożliwą do odgadnięcia dal. Grymas na stężałej twarzy zdradzał jednoznacznie, że to, co przyszło mu oglądać, nie należało do rzeczy przyjemnych. Popatrzyli po sobie. Skrzydło zmarszczył brwi, Laugh odwrotnie – zachował zupełnie spokojny wyraz twarzy, ale dla obydwóch było jasne, że to Laughowi jest teraz szczególnie ciężko.
-       Skrzydło... – mruknął Laugh. – Sprowadź Liszkę.
-       Ale... Laugh, po co?
-       Niech zobaczy. Niech wreszcie zrozumie. Musi zrozumieć.
-       Zostaw to jej... I tak zrozumie. Po co się w to mieszać?..
-       Nie. To jest niebezpieczne. Za często pląta się przy nim. Wybaczysz sobie, że nie zrobiłeś nic, jeśli on w końcu przegra, a ona będzie w pobliżu?
     To, że leżał tutaj nieprzytomny było dowodem na rozgrywającą się w jego wnętrzu walkę. Nauczyli się tego. Zdążyli. W końcu przebywali z Asuną najczęściej. Póki tak pada, walczy. Gdy przestanie, nic go nie zwali z nóg. Tylko śmierć.
    Skrzydło zagryzł lekko wargi i patrzył na niego ponuro ważąc słowa, które padły. W końcu skinął jednak głową i pomknął w głąb lasu, do osady, by sprowadzić siostrę.

***

    Laugh położył dłoń na ramieniu Asuny jakby w ten sposób mógł dodać nieprzytomnemu przyjacielowi otuchy. Wiedział, że nie może, że jego gest na pewno nie przedrze się przez to, czego ten doświadczał.
     Asuna wyglądał tak, jakby już teraz dosięgła go śmierć. Wyprężone ciało, zakrzywione palce dłoni, brak oznak życia. Znów! Trzeci raz w ciągu niespełna trzech dziesiątek dni. Wiedział, że zbliża się kres możliwości przyjaciela, że koniecznie trzeba coś z tym zrobić. Nie zdoła tej walki pociągnąć już dłużej. I ani on, ani nikt inny nie będzie w stanie przewidzieć, co konkretnie będzie się działo, ale istniała pewność, że to będzie niebezpieczne. Niekoniecznie tylko dla Asuny. Na pewno nie tylko dla niego. Jeśli nie ucierpią współplemieńcy, ucierpi świat.
    Laugh pamiętał trzy przypadki przebudzenia siły, z jaką mierzył się teraz Asuna. Pierwszym był dziesięciolatek. Nie znał go. Nie widział jego kresu. Widział tylko ślady pożogi będącej dziełem tego dzieciaka. Drugim był starzec mieszkający samotnie w głębi puszczy, na zachód od osady, w której się wychowali. Konając zabrał ze sobą wszystkie zwierzęta, jakie znajdowały się w promieniu niemal dnia drogi od miejsca, gdzie akurat się znajdował. Szkody były tak duże, że nastały czasy głodu, które zmusiły kilkanaście osad do poszukiwania nowych siedlisk. To zaś o mało nie wywołało kolejnej fali krwawych jatek pomiędzy nimi i sąsiadami, którzy obawiali się o swoje ziemie. Ich osada też musiała wtedy się bronić. Trzeci przypadek był głośny nie tylko w Hantrze. Posłujący w Calenrion Arteńczyk, zaatakowany przez jednego z obecnych na spotkaniu szlachciców, uwolnił swą moc. Wszyscy spłonęli żywcem, ale żaden sprzęt we wnętrzu komnaty, gdzie odbywało się spotkanie z posłem nie uległ ogniowi. Wśród Heurów zaczęła krążyć wieść, że ci z Hantry to magowie gotowi zniszczyć wszystko, co stoi na ich drodze.
   Takich przypadków byłoby znacznie więcej, gdyby w każdej z osad nie było Sędziów. Jednym z nich był Laugh. Szkolono ich między innymi w rozpoznawaniu oznak aktywujących się dzikich darów i mieli obowiązek przeciwdziałać szkodom, jakie mogły spowodować. W praktyce oznaczało to, że powinni eliminować ich nosicieli. Możliwie szybko i bez zbędnego okrucieństwa. Ale czy można zabić bez niego? Czy można komuś odebrać nadzieję nie stając się okrutnym?
    Doskonale pamiętał, co czuł, gdy Asuna usiadł przy nim i tym swoim beznamiętnym głosem powiedział, co się dzieje. Mówił to tak, jakby opowiadał o zeszłorocznym deszczu i to takim, który nie miał żadnego znaczenia. I było oczywiste, że nie zwierza się przyjacielowi, a przyznaje się Sędziemu z tego, co doświadcza oczekując od niego działania. Pokłócili się wtedy. Pamiętał. Asuna stwierdził cynicznie, że sam nie zamierza skracać swego losu, że to nie leży w jego interesie, że to interes osady, by zniknął stąd jak najrychlej. I tyle. Sędzia miał obowiązek o te interesy dbać.

***
   
  
  Liszka pokręciła głową patrząc na Asuna. Jej przerażenie rosło z każdą chwilą. Laugh wytarł usta rękawem i spojrzał na nią z ukosa. Kochał siostrę chyba najbardziej z całej rodziny. Może dlatego, że była siostrą właśnie i jako dziewczyna potrafiła wydobyć z niego uczucia jakich nie doświadczał w stosunku do nikogo. A może dlatego, że był od niej na tyle starszy, by pamiętać ją z dni, w których się urodziła. Nie potrafił zrobić nic, gdy tak mocno pokochała Asunę. Nie umiał odmówić jej racji, nie uważał, że nie jest wart miłości. I teraz czuł się coraz bardziej bezradny.
    Laugh chrząknął. Potem odwrócił głowę i zacisnął mocno szczęki. Rysy jego twarzy wyostrzyły się.
-       Liszka, musisz go unikać – mruknął głucho. – Mniej cierpienia... Twojego i tego, które on będzie musiał...
      I mojego – pomyślał widząc jak do jej oczu napływają łzy. Zakończyć tę sprawę było tym trudniej, że siostra ufała, że starsi bracia zrobią wszystko, by pomóc. A jeśli nie zdołają, to przynajmniej będą trwać przy nim do końca. Jak wiele smarkul wciąż jeszcze wierzyła w brednie prawiące o tym, że miłość zdolna jest pokonać wszystko i, że nigdy nie jest balastem.
      Powtórzył w myślach to, co powiedział. Przygotowywał całe przemówienie, którym chciał jej wszystko w miarę delikatnie wytłumaczyć. I nie zdobył się na nie. Nie potrafił. Tak ze względu na nią, jak ze względu na Asunę.
      Wiedział, że Asuna nie chce jej zrobić krzywdy. Czasami można było odnieść wrażenie, że radzi sobie tylko dlatego, że ona jest w pobliżu. Chronił ją przed sobą, ostatnio nawet próbując unikać spotkań, zwodząc pozorami starszeństwa. Ale robił to wszystko jednocześnie tak, by nigdy nie czuła się zlekceważona. Budził tym szacunek obu braci.
    „Jeśli jeszcze nie uznałeś, że trzeba mnie zabić, to tylko dlatego, że nie chcę jej skrzywdzić – powiedział niedawno. - Walczę jeszcze tylko dlatego, że ty masz świetną siostrę – uśmiechnął się zażenowany. – Tak świetną, jak sprytną, bo umie mnie znaleźć dosłownie wszędzie i nigdy nie mam pewności, czy nie czai się gdzieś w pobliżu... Ten brak pewności  dodaje siły. Może nawet nie dodaje... Wymusza.”
      Poniekąd rozumiał go. Istniał ktoś, kto potrafił zastąpić wszelkie straty, jakie ponosi ktoś, kto traci więzy rodzinne. Ktoś kto umiał okazać serdeczność, tęsknotę, lojalność. Asuna bardziej miał siostrę niż oni ze Skrzydłem. Po prostu wybrała go sobie. Ale to wszystko zaczynało się robić zbyt niebezpieczne. Liszka rzeczywiście coraz częściej wymykała się im spod kontroli, kręciła wszędzie tam, gdzie on mógł być, gdzie choćby mogła na niego popatrzeć. Narażała się nie w pełni rozumiejąc na co. Jej nie uczono, jak to działa. Nie tak dokładnie, jak jego.
        Zerknął na wciąż milczącą siostrę. Wyczuła jego spojrzenie. Drgnęła odrywając wreszcie wzrok od Asuny.
-       Poczekam... – wykrztusiła wreszcie.  - Aż się to skończy...
     Laugh warknął przez zaciśnięte zęby coś o głupocie kobiet  i odwrócił głowę, Skrzydło spuścił oczy zapewne nie mogąc znieść tego, że nie może w żaden sposób pomóc. Nie lubił nie móc. Nagle Laugh warknął pod nosem jakieś przekleństwo i położył dłoń na szyi nieprzytomnego. Spojrzał na nią. I uśmiechnął się krzywo. Twarz Liszki zdradzała panikę, jaka ją ogarnęła, gdy zobaczyła ten gest. Zdał sobie sprawę, że ona przecież nie ma pojęcia, jak wyglądają tego typu egzekucje.
-       Wiesz co robię?! – spytał wpijając spojrzenie w jej oczy.
-       Nie... – szepnęła próbując powstrzymać łzy.
-       Uspokój się! – syknął. – Nie zabiję go na twoich oczach! Sprawdzam, czy żyje – ostatnie zdanie powiedział spokojniej.
-       I co? – spytała szybko.
     To było odruchowe. I silniejsze od niej. W oczach Laugha pojawiła się jakaś pustka. Cofnął rękę.
-       Żyje – wzruszył ramionami. -  Ale to nie ma znaczenia. Ktoś kiedyś stwierdzi, że już po wszystkim. Rozumiesz? On już to wie. Ty musisz zrozumieć...
-       Co? – jej oczy były spokojne. – Że jest chory? Że umrze? Myślałeś, że nie wiem?..
-       Bogowie! – podniósł głos Laugh. – Niczego nie wiesz! Chory?! Też mi coś! To nie choroba, dobrze o tym wiesz! To dziki dar! Zresztą... Pal licho ciebie! Pomyśl o nim! Twoje łażenie za nim jest dla niego ciężarem. 
-       Czemu niby? – spytała z gniewem w głosie.
      Przez moment patrzyły na nią oczy spod mocno ściągniętych brwi. To nie była nawet złość. To było znużenie. Tym, co działo się z Asuną, z nią, z nimi... I tym, że był Sędzią. Także dla nich. Dla przyjaciela, dla brata. Dla niej też. 
     -   Czemu? On musi cały czas się starać... Bo boi się, że coś ci się stanie.
-       Laugh... – zaczęła ostrożnie.
-       To nie zabawa, Liszka! – przerwał jej. - Jemu łatwiej będzie w samotności... To nie jest ktoś zły... I właśnie dlatego będzie mu łatwiej.On nie wybaczy sobie, jak coś ci się stanie.
   Nie wierzył w to, co mówił, choć było bardzo prawdopodobne, że nie mijał się z prawdą. Rzecz w tym, że nie chodziło mu o dobro Asuny. Nie w tej chwili. Chodziło o jej dobro. Więc czuł się jak ostatni łgarz. I zdrajca. 
     -   Nie zarażę się... - chlipnęła. 
   Kiria! Nic nie pojęła. 
-       Idź stąd! – warknął nagle. - Jak się ocknie, będzie się fatalnie czuł zastając cię tutaj...
-       A niby dlaczego? – próbowała się jeszcze opierać. – Tak się będzie czuł, jak widząc was.
-       Popatrz na niego i pomyśl, czy chciałabyś, by ktoś bliski widział cię w takim stanie – polecił spokojnie.
-       Odejdź... – poparł go cicho Skrzydło. – On ma rację, Liszka...
-       Po co?... Po co więc mnie tu sprowadziliście? – zapytała głucho.
-       Żebyś pojęła jak wygląda ktoś, kto walczy z toczącym go przekleństwem tylko po to, by chronić osoby, które kocha... I żebyś... – warczał Laugh – zrozumiała, że on potrzebuje samotności... Inaczej nawet ja nie zdołam mu pomóc.
-       Pomóc, Laugh? – popatrzyła z powątpiewaniem. – Ty go chcesz zabić...
-       Nie. Nie chcę – odparł spokojnie. – Muszę.

 Laugh patrzył jak odchodzi. Ciężkim, zmęczonym krokiem. Lezie jak zmęczony dorosły, a nie przestraszone dziecko. - przebiegła przez jego łeb ponura myśl. Właśnie. Bo takie rzeczy zżerają dzieciństwo! – pomyślał ze złością. Skrzydło przykucnął naprzeciw niego. Oparł dłonie na kolanach i tak siedząc przyglądał mu się lekko pochylając na bok głowę.
-       Co zrobisz? – spytał po chwili. – To naprawdę wygląda na koniec... Już trzeci raz... Krótkie odstępy czasu.... Już jej powiedziałeś, więc może najlepiej byłoby...
   Popatrzył na brata z roztargnieniem. A potem znów na Asunę. Razem się wychowali, razem byli szkoleni. Jak trzeba było, ratowali sobie nawzajem skórę. Do niedawna. Cholerny durniu! – pomyślał o sobie. – Co ty robisz, cholerny durniu?! 
-       Pytasz brata, czy Sędziego? – zapytał ostro.
   Przyjaciela, czy kogoś kto ma swoje obowiązki? – podszepnęła złośliwa myśl. Wiedział, co powinien. I nie potrafił tego wprowadzić w czyn. Po raz pierwszy w życiu. Asuna nie chciał poddać się Nitthor Tah. Można to było rozumieć. Ale to oznaczało, że oczekuje śmierci z jego rąk. Nie potrafił tego zrobić. Musiał. I nie potrafił!
-       Nie... Wiem... – odpowiedział zaskoczony Skrzydło wpatrując się w niego oczyma zaokrąglonymi ze zdumienia.
   Może dziwił się, że istnieją dwa rodzaje odpowiedzi. Przecież musiał już przywyknąć do tego, że Laugh jest Sędzią. Zaklął w myślach, popatrzył ponuro na przyjaciela. I przymknął oczy. Zrób to! – warknęła w jego głowie chłodna myśl. - Zrób cokolwiek... – pomknęła za nią mniej agresywna. „Przegrywam...” – rozległ się obojętny głos Asuny.  „Przegrywam...”
-       Najprawdopodobniej.... – urwał. - Wezwę Nitthor Tah... – mruknął nagle.
   Skrzydło patrzył na niego z powątpiewaniem. Wiedział, że zaczną od pytania, dlaczego tak późno? Od sądu nad Sędzią. Czy wystarczy im wyjaśnienie, że wstrzymywały go więzy przyjaźni? Wątpił. Laugh zamierzał sporo zaryzykować. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien powiedzieć o tym bratu. Uznał, że nie. Laugh zapewne doskonale rozumiał sytuację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz