poniedziałek, 16 marca 2020

Asuna VI


***

    Zapadał już zmrok. Kapłan intonował modlitwę. Ciepły wiatr poruszał drobnymi, budzącymi się liśćmi, podnosił niesamowitą woń Pory Ciepłej.
-       - Bogowie – mówił podniosłym tonem -  co podrywacie głowy przerywając swój święty sen wtedy, gdy grozi nam niebezpieczeństwo! Taholo, Bogu Jaskini, który sprawujesz opiekę nad zmarłymi, dostojny przewodniku szybkiej i zaszczytnej śmierci. Aranu, Bogini Lasów, która kroczysz za myśliwym i nakłaniasz puszcze, by stawały się gościnne! Loho, synu Skał, który swym gniewem ściągasz lawiny, a dobrocią powstrzymujesz je! Ignisie, bogu ognia, ciepła i pożarów! Arielu, bogu wiatrów wypełniających żagle i wichrów kładących najpotężniejsze z drzew! Lito, bogini ziemi, która nas nosisz i obdarzasz bogactwem roślin! Lu, bogini życiodajnej wody wzbierająca w gniewie powodziami! Daanan, bogini kręgu słonecznego, pani Pory Ciepłej...
     Laugh skrzywił się lekko. Według kapłanów miał problemy natury religijnej. Może i miał, ale w zupełnie innym znaczeniu, niż sądzili oni. On po prostu przestał przywiązywać jakąkolwiek wagę do spraw wiary. W bogów nie wierzył, bo żadnego z nich nie widział, choć kapłani twierdzili, że ci - odziani w swe niewidzialne postacie - śpią na tych samych posłaniach, co Hantryjczycy. Był przekonany, że jedyne towarzystwo jakie znajduje na posłaniu to Adurnu. I nie odczuwał potrzeby głębszego zastanawiania się nad tą sprawą. Jeśli miał rzeczywiste problemy religijne, to takie jak teraz, które pojawiały się podczas przedłużających się obrządków, które po prostu go nudziły. I drażniły, bo odciągały wyjście. Kapłan po prostu uznał, że musi uczciwie i z pełnymi honorami pożegnać Ertha. Paplał więc już od dłuższego czasu te swoje formułki uniemożliwiając działanie. A potrzebny był pośpiech. Laugh miał nadzieję, że może spotkanie z uzdrowicielką odroczy to, co i tak w końcu nieuniknione. Kiedy uniósł oczy na ojca, napotkał surowy, niechętny wzrok. Horn zawsze surowo tępił wszelkie przejawy niechęci względem kapłanów i obrzędowości. Laugh z trudem powstrzymał ziewniecie i wyprostował się udając zainteresowanie przemową kapłana. Tyle dla ojca mógł zrobić. I dla siebie, bo to pomagało uniknąć ewentualnych pouczeń w materii spraw boskich.
      Kapłan nadal wymieniał liczne imiona bogów, pięść Horna zacisnęła się w odpowiedzi na kolejny grymas niechęci, tym razem demonstrowanej przez Skrzydło, który dla odmiany ziewnięcia nie powstrzymał. Matka opuściła smukłą dłoń na ramię męża.
        Asuna również wiercił się niecierpliwie nie mogąc usiedzieć na miejscu. Pragnął wyruszyć na granicę.
-       Asuna! – zawołał go wreszcie Laugh.
-       Weźmiemy ze sobą Ertha na brzeg… Może zdoła mu pomóc – powiedział szybko Laugh.
-       Nie może na miejscu? – zapytał Asuna.- Przecież i tak przyjdzie tutaj...
   Nie podobał mu się pomysł wleczenia ze sobą kogoś, kogo trzeba będzie nieść. Laugh poczuł zniecierpliwienie, zwłaszcza, że martwiła go ta sprawa i odnosił wrażenie, że właściwie tylko jego. Lubił starego kapłana, który chyba jako jedyny nie angażował się przesadnie w przywracanie bogom jego osoby, a jego rezerwę do spraw religijnych uznawał po prostu za prawo wieku.
-       Może by i mogła, ale idą po niego Nitthor Tah… Chcemy ich ubiec, rozumiesz? - powiedział spokojnie ocierając pot z czoła. – Jeśli ona mu nie pomoże i tak zabiorą go do Serca. Chcą sprawdzić co to... – dodał ciszej. – Aha… Asuna, może wykorzystaj to, że będziesz eskortował doskonałego medyka… Strażnicy dość dobrze znają się na rzeczy... Twoja ręka się nie goi.
-       To może zrobić Aga – zaoponował natychmiast.
-       Oczywiście… - odparł Laugh. – I zrobi, jeśli nie poprosisz Strażniczki… Natychmiast po powrocie dostaniesz rozkaz stawienia się u Agi – wyszczerzył zęby w kpiącym uśmiechu.
   Asuna warknął z niechęcią. Skaleczenia dorobił się na jednym z treningów prowadzonych przez Laugha. Nie zdążył na czas uskoczyć przed mieczem, a cięcie dosięgło ramienia. Było płytkie, niegroźne, więc się nim nie przejmował. Odkąd ćwiczyli prawdziwą bronią nabawił się sporej liczby podobnych. Tyle, że to rzeczywiście coś nie chciało się goić i ręka bolała coraz mocniej. Sam już powoli dorastał do myśli, że będzie musiał w tej sprawie poprosić kogoś o pomoc. Było jednak oczywiste, że Aga wścieknie się, gdy powie jej jak wiele dni temu to się stało. A wściekła uzdrowicielka to nie ktoś kogo opiece chętnie by się poddawało. Niemal każdy z nich płacił u niej za podobną ignorancję i wiedzieli, że potrafi być okrutna.
-       Stawię się – obiecał wiedząc, że w tej chwili dyskusja i tak nie ma sensu.
-       Radzę ci poprosić…
   Asuna wzruszył ramionami i podszedł do noszy na których leżał Erth. 

***

    Laugh stał już na granicy osady w otoczeniu tych, których zostawiono w jego drużynie. Czekali na Asunę z wyrazem zniecierpliwienia na twarzach. Wreszcie pojawił się. Towarzyszyło mu czterech kapłanów, którym polecono nieść nosze z pogrążonym w gorączce Erthem. Stary najprawdopodobniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że zabierają go z sobą. Laugh popatrzył na niego z troską. Choroba pożarła jego ciało, zapadł się jakoś tak, że teraz wydawał się pół mniejszy, niż kilkanaście dni temu, gdy jeszcze można z nim było rozmawiać. Nie był pewien, czy rzeczywiście dobrym pomysłem jest wlec go z sobą taki kawał. Nitthor Tah zabiorą go do Tarumy od której dzieliło ich dobrych parę dni drogi. on zaś zadecydował, że do tej drogi dołoży jeszcze szmat podróży. Starzec wyglądał na kogoś, kto może nie przetrwać nawet wędrówki do granicy. A może wcale nie miało to znaczenia? Przecież Nitthor Tah nie interesowali się wcale nim, a jego chorobą…  Równie dobrze mogło im wystarczyć jego ciało. Zmarszczył brwi. 
     Jak wszyscy na Pograniczu spotykał Nitthor Tah jedynie w takich sytuacjach, które nie pozwalały myśleć o nich z sympatią. Albo zabierali chorych, którzy już nigdy nie wracali do domów, albo – tak jak to było z rodziną Asuny – przybywali  wykonać wyroki i sprawdzić jakość pracy Pograniczników, co prawie nigdy nie kończyło się pochwałą z ich strony. Tak czy inaczej ich wizyty zwiastowały nieszczęścia, a jemu dodatkową pracę. Jako Sędzia musiał zdawać im relację z wszystkiego, co działo się w okolicy od ostatniej ich wizyty, tłumaczyć się z własnych decyzji, co drażniło go za każdym razem tak samo i znosić podejrzliwe pytania pyszałkowatych wojowników. A przede wszystkim, jak niemal tutaj wszyscy, nie zdołał wyzbyć się lęku przed tym, czym byli.
-       Idziemy! – wydał ostro rozkaz pozostałym.
     Asuna poprawił jeszcze wiązanie wysokich, skórzanych butów przytrzymywanych na łydkach splecionymi krzyżowo rzemieniami i ruszył na przód. Miał prowadzić grupę i choć tutaj jeszcze wszyscy drogę znali, wolał być na swoim miejscu. Jeszcze on, pomyślał Laugh odprowadzając chłopaka wzrokiem. Każde spotkanie z Nitthor Tah to obowiązek odpowiadania na pytania związane z Asuną. Zdawał sobie sprawę, że każda odpowiedź może pogrzebać los chłopaka. Nie rozumiał sensu tych pytań i obawiał się, że kiedyś udzieli odpowiedzi, która skrzywdzi Asunę. Pytania naprawdę były osobliwe. Czasem pytali o zdrowie Asuny, czasem o to, jak długo sypia, co jest przyczyną jego zmartwień, co wyprowadza go z równowagi, albo jakie pije trunki. Nie sposób było przewidzieć do czego zmierzają domagając się takiego typu odpowiedzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz