czwartek, 19 marca 2020

Asuna IX


***


   Dowodzący grupą przedstawił się natychmiast, gdy tylko wyszła z groty. W skupieniu wysłuchał jej relacji i zmierzył wzrokiem na zwiadowcę. Skinął jednak twierdząco głową i uśmiechnął się do Rundhizniael z zażenowaniem.
-       - Jest ranny... Może o to chodziło... Powiedziałem mu, żeby poprosił cię o pomoc, ale zostawiłem alternatywę. Nie chcę mu narzucać... Asuna, jak będzie? Ja bym wybrał pomoc Strażniczki...
    Asuna wzruszył ramionami. Zerknął z ukosa na Gendes i westchnął ciężko.
-       Nie dałoby się tego załatwić w osadzie? – zapytał zwracając się do Rundhinziael.
-       Dałoby się pewnie, skoro przyszedłeś tu o własnych siłach.
-       To w porządku... – mruknął. – Proszę cię o pomoc... W osadzie.
    Nie musisz prosić, pomyślała. Ja muszę to sprawdzić! Laugh zerknął na kapłanów wynoszących z groty Ertha. Przez moment patrzyli na grupę otaczającą nosze. Laugh wydał kilka szybkich poleceń pomijając w nich Asunę. Po chwili zostali sami.
-       Jak z nim będzie, Vaja Rundhinziael? – zapytał cicho patrząc za odchodzącymi. – Zabiorą go do Tarumy?
-       Nie martw się – ucięła. – Będzie dobrze.
   Kłamała. Ale umiała to robić tak, by nie był w stanie się zorientować. Nie było potrzebne, by musiał się nad tym głowić. Zwłaszcza, że chodziło o sprawę, na którą nie mógł mieć wpływu.
-       Asuna, ja pójdę jednak z nimi. Ty prowadź naszych gości do osady. Przy skałkach dołączy do was patrol... Na hatte... – mruknął pożegnanie będące jednocześnie zapowiedzią rychłego spotkania. 
-       Na hatte – odpowiedziała Rundhinziael.
-       Jesteś... –  Gendes wpatrywała się w niego. Mówiła niewyraźnie wciąż oszołomiona przez Rundhizniael. – Z krwi Horna...
-       Ha... – potwierdził przechylając lekko głowę. I nagle uśmiechnął się. – Jeśli Viija zna ojca, Asuna, prowadź od razu do nas...

***


    Ciemne, po brzegi wypełnione czarną tkanką oczy zatopiły się w spojrzeniu Rundhinziael. Udawały gniew nieudolnie skrywając pod nim lęk. 
-       - Rób, co twoje i pozwól mi odejść... – mruknął z trudem panując nad głosem.
-       - Gendes wyjdź – mruknęła chłodno Rundhinziael widząc, że ta znów wpiła nienawistne spojrzenie w chłopaka. – Siądź na zewnątrz i czekaj.
-       - Nie lecz go! – syknęła dziewczyna gniewnie.
-       - Co z tobą?!
-       - Nie lecz! – wpiła wzrok w Asunę.
-       Wyjdź!
    Gendes, przestraszona umknęła przed jej spojrzeniem. I wyszła. Rundhinziael wzruszyła ramionami.
-       Nie domyślasz się przypadkiem, Asuna, co jest powodem  jej zachowania?
-       Może... – podrapał się po głowie. – Bo gdyby na to popatrzeć tak... Hm... Ona jest córką światła. Jeśli tak... To ja... Może odwrotnie.
-       Odwrotnie?
-       Noc. Mrok... Zło w moim rodzie. Może dlatego...
-       Zło?
-       Złe dary...
-       Dzikie Dary?
-       Ha... – zacisnął na moment zęby. - Ja chyba nie. Ale może wystarczy, że ktoś?
-       Chyba? Nitthor Tah cię sprawdzali?
-       Pilnują mnie. Co roku. 
-       Sprawdzę to jeszcze i ja, Asuna.
   Przełknął ślinę, ale kiwnął przyzwalająco głową. Jeśli się bał, to tylko tak ogólnie. Nagle machnął lekceważąco ręką, jakby chciał zbagatelizować wszystko, co miało się stać.
-       Sprawdzaj – uśmiechnął się lekko.
-       Usiądź, Asuna… - poprosiła Rundhinziael. – I najpierw pokaż mi to, o czym wspominał twój dowódca…
-       To naprawdę nic takiego – powiedział spokojnie, ale szybko ściągnął bluzę.
    W milczeniu badała brzeg odsłoniętej rany myśląc, że po drugiej stronie Canis owo "nic takiego" potrafiłoby zwalić niejednego z nóg. Tutaj było czymś, nad czym nie byłoby warto się zatrzymywać, gdyby tylko zechciało się goić. .
-       Wyczyszczenie tego nie zaszkodzi…
   Szybko przygotowała potrzebne rzeczy: szarpie, słoiczek z maścią przyspieszającą gojenie, pasy pociętego starannie w pasy lnu, bukłak z wódką. Dobrą, pędzoną w Calenrion. Włożyła ostrze noża do żaru ogniska i wróciła do badania rany. Obserwował to, co robi z cierpliwością. Spokojnie.
-       Jesteś inna od tych, których widywałem... – mruknął patrząc jak sięga po nóż.
-   Jakich "tych"?
-   Strażników - doprecyzował. - Nitthor Tah nie badają... Robią to Strażnicy. 
Nie zawsze, pomyślała zerkając na jego twarz. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy mają rzeczywiste powody do obaw.
-       Bo pewnie nikogo zza rzeki nie znasz... – mruknęła dotykając jego skóry tuż nad brzegiem rany ciągnącej się od prawego boku, aż po łopatkę – Unieś trochę rękę... O tak. Tak będzie dobrze... Nie. Nie masz racji. Nie jestem inna. Dla ciebie wszyscy z tamtej strony rzeki zostaną tacy sami... Tak samo inni. Obcy. Tak, jak dla mnie prawie wszyscy po tej stronie rzeki. Tak jest lepiej… Uważaj, będzie trochę bolało... Musi...
-       Obcość też miewa różne twarze – powiedział cicho, przymykając oczy, gdy tylko nóż dotknął jego skóry.- Nie to miałem zresztą na myśli. Zawsze jest tak: dużo rozkazów, obojętność, żadnej rozmowy.
Zajęta pracą nie odpowiedziała. Ale gdy drgnął nerwowo, przerwała na moment.
-       Nie koncentruj się na bólu – powiedziała łagodnie. – Myśl o czymś innym... To naprawdę powinno być do zniesienia. I potrwa krótko. Oni... - wróciła do tematu - muszą w ten sposób. Ja nie. Nie ruszaj się.
-       Przepraszam – mruknął speszony. – To odruch...
-       W porządku... – zagłębiła ostrze w ranie. – Za chwilę będzie lepiej.
       Na jego skroniach pojawiły się kropelki potu.
-       Zrozumiałeś, co naprawdę będzie przyczyną badania? – spytała.
   Popatrzył na nią, trochę zaskoczony pytaniem.
-       Sądzę, że tak – rzekł po chwili milczenia. -  Na Manath, kobieto! – warknął nie panując nad bólem.
-       Chwilę... – powiedział twardo, zanurzając jeszcze głębiej w ranie ostrze.
   Nie odpowiedział.  Nie zdołałby już zapanować nad głosem. Wtulił głowę w ramiona, by nie widziała jego twarzy.
-       Jak to będzie wyglądać?.. – zapytał po długiej chwili.
-       Normalnie... – mruknęła odkładając nóż i zerkając na jego twarz. – Nie musisz się tego bać.
-       Jeśli normalnie, to powinienem - parsknął.- Przekonany jestem od lat, że powinienem. 
   Zrozumiała. Musieli za każdym razem robić to tak, jak podczas Próby.
-       Nie jestem Nitthor Tah...Więc być może aż tak normalnie nie będzie.
-       W pewnym sensie jesteś... Jesteś Strażniczką. A jak coś ci się nie spodoba, to co? Taruma? Komu powiesz?
-       Powiem waszemu Sędziemu. Najpierw.
-       Aha... Laughowi. 
-   Nie jesteś jednak taki pewien, że wszystko jest w porządku? – zauważyła.
   Przełknął nerwowo ślinę.
-       Nigdy nie można mieć pewności. Nigdy.
-       Tak. Nie można. Ale w tym wypadku im szybciej się wie, tym lepiej...
-       A jeśli nic nie znajdziesz?
-       Przeproszę cię. Za to, że zajęłam ci zbyt dużo czasu.
      Uśmiechnął się lekko.
-       Nie musisz.
-       Nie muszę. Ale powinnam – odpowiedziała również uśmiechem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz