***
-
- Jest ranny... Może o to chodziło... Powiedziałem mu,
żeby poprosił cię o pomoc, ale zostawiłem alternatywę. Nie chcę mu narzucać...
Asuna, jak będzie? Ja bym wybrał pomoc Strażniczki...
Asuna wzruszył ramionami. Zerknął z ukosa
na Gendes i westchnął ciężko.
-
Nie dałoby się tego załatwić w osadzie? – zapytał
zwracając się do Rundhinziael.
-
Dałoby się pewnie, skoro przyszedłeś tu o własnych
siłach.
-
To w porządku... – mruknął. – Proszę cię o pomoc... W
osadzie.
Nie musisz prosić, pomyślała. Ja muszę to
sprawdzić! Laugh zerknął na kapłanów wynoszących z groty Ertha. Przez moment
patrzyli na grupę otaczającą nosze. Laugh wydał kilka szybkich poleceń
pomijając w nich Asunę. Po chwili zostali sami.
-
Jak z nim będzie, Vaja Rundhinziael? – zapytał cicho
patrząc za odchodzącymi. – Zabiorą go do Tarumy?
-
Nie martw się – ucięła. – Będzie dobrze.
Kłamała. Ale umiała to robić tak, by nie był
w stanie się zorientować. Nie było potrzebne, by musiał się nad tym głowić.
Zwłaszcza, że chodziło o sprawę, na którą nie mógł mieć wpływu.
-
Asuna, ja pójdę jednak z nimi. Ty prowadź naszych gości do
osady. Przy skałkach dołączy do was patrol... Na hatte... – mruknął pożegnanie
będące jednocześnie zapowiedzią rychłego spotkania.
-
Na hatte – odpowiedziała Rundhinziael.
-
Jesteś... – Gendes wpatrywała się w niego. Mówiła niewyraźnie wciąż oszołomiona
przez Rundhizniael. – Z krwi Horna...
-
Ha... – potwierdził przechylając lekko głowę. I nagle
uśmiechnął się. – Jeśli Viija zna ojca, Asuna, prowadź od razu do nas...
***
Ciemne, po brzegi wypełnione czarną
tkanką oczy zatopiły się w spojrzeniu Rundhinziael. Udawały gniew nieudolnie skrywając
pod nim lęk.
-
- Rób, co twoje i pozwól mi odejść... – mruknął z trudem
panując nad głosem.
-
- Gendes wyjdź – mruknęła chłodno Rundhinziael widząc,
że ta znów wpiła nienawistne spojrzenie w chłopaka. – Siądź na zewnątrz i
czekaj.
-
- Nie lecz go! – syknęła dziewczyna gniewnie.
-
- Co z tobą?!
-
- Nie lecz! – wpiła wzrok w Asunę.
-
Wyjdź!
Gendes, przestraszona umknęła przed jej
spojrzeniem. I wyszła. Rundhinziael wzruszyła ramionami.
-
Nie domyślasz się przypadkiem, Asuna, co jest
powodem jej zachowania?
-
Może... – podrapał się po głowie. – Bo gdyby na to
popatrzeć tak... Hm... Ona jest córką światła. Jeśli tak... To ja... Może odwrotnie.
-
Odwrotnie?
-
Noc. Mrok... Zło w moim rodzie. Może dlatego...
-
Zło?
-
Złe dary...
-
Dzikie Dary?
-
Ha... – zacisnął na moment zęby. - Ja chyba nie. Ale
może wystarczy, że ktoś?
-
Chyba? Nitthor Tah cię sprawdzali?
-
Pilnują mnie. Co roku.
-
Sprawdzę to jeszcze i ja, Asuna.
Przełknął ślinę, ale kiwnął przyzwalająco
głową. Jeśli się bał, to tylko tak ogólnie. Nagle machnął lekceważąco ręką, jakby
chciał zbagatelizować wszystko, co miało się stać.
-
Sprawdzaj – uśmiechnął się lekko.
-
Usiądź, Asuna… - poprosiła Rundhinziael. – I najpierw
pokaż mi to, o czym wspominał twój dowódca…
-
To naprawdę nic takiego – powiedział spokojnie, ale
szybko ściągnął bluzę.
W milczeniu badała brzeg odsłoniętej
rany myśląc, że po drugiej stronie Canis owo "nic takiego" potrafiłoby zwalić niejednego z nóg. Tutaj było czymś, nad czym nie byłoby warto się zatrzymywać, gdyby tylko zechciało się goić. .
-
Wyczyszczenie tego nie zaszkodzi…
Szybko przygotowała potrzebne rzeczy:
szarpie, słoiczek z maścią przyspieszającą gojenie, pasy pociętego starannie w
pasy lnu, bukłak z wódką. Dobrą, pędzoną w Calenrion. Włożyła ostrze noża do
żaru ogniska i wróciła do badania rany. Obserwował to, co robi z cierpliwością. Spokojnie.
-
Jesteś inna od tych, których widywałem... – mruknął
patrząc jak sięga po nóż.
- Jakich "tych"?
- Strażników - doprecyzował. - Nitthor Tah nie badają... Robią to Strażnicy.
Nie zawsze, pomyślała zerkając na jego twarz. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy mają rzeczywiste powody do obaw.
-
Bo pewnie nikogo zza rzeki nie znasz... – mruknęła
dotykając jego skóry tuż nad brzegiem rany ciągnącej się od prawego boku, aż po
łopatkę – Unieś trochę rękę... O tak. Tak będzie dobrze... Nie. Nie masz racji.
Nie jestem inna. Dla ciebie wszyscy z tamtej strony rzeki zostaną tacy sami...
Tak samo inni. Obcy. Tak, jak dla mnie prawie wszyscy po tej stronie rzeki. Tak
jest lepiej… Uważaj, będzie trochę bolało... Musi...
-
Obcość też miewa różne twarze – powiedział cicho,
przymykając oczy, gdy tylko nóż dotknął jego skóry.- Nie to miałem zresztą na myśli. Zawsze jest tak: dużo rozkazów, obojętność, żadnej rozmowy.
Zajęta pracą
nie odpowiedziała. Ale gdy drgnął nerwowo, przerwała na moment.
-
Nie koncentruj się na bólu – powiedziała łagodnie. –
Myśl o czymś innym... To naprawdę powinno być do zniesienia. I potrwa krótko. Oni... - wróciła do tematu - muszą w ten sposób. Ja nie. Nie ruszaj się.
-
Przepraszam – mruknął speszony. – To odruch...
-
W porządku... – zagłębiła ostrze w ranie. – Za chwilę będzie lepiej.
Na jego skroniach pojawiły się kropelki
potu.
-
Zrozumiałeś, co naprawdę będzie przyczyną badania? –
spytała.
Popatrzył na nią, trochę zaskoczony
pytaniem.
-
Sądzę, że tak – rzekł po chwili milczenia. - Na Manath, kobieto! – warknął nie panując nad
bólem.
-
Chwilę... – powiedział twardo, zanurzając jeszcze
głębiej w ranie ostrze.
Nie odpowiedział. Nie zdołałby już zapanować nad głosem. Wtulił
głowę w ramiona, by nie widziała jego twarzy.
-
Jak to będzie wyglądać?.. – zapytał po długiej chwili.
-
Normalnie... – mruknęła odkładając nóż i zerkając na
jego twarz. – Nie musisz się tego bać.
-
Jeśli normalnie, to powinienem - parsknął.- Przekonany jestem od lat, że powinienem.
Zrozumiała. Musieli za każdym razem robić to tak, jak podczas Próby.
-
Nie jestem Nitthor Tah...Więc być może aż tak normalnie nie będzie.
-
W pewnym sensie jesteś... Jesteś Strażniczką. A jak coś ci się nie spodoba, to co? Taruma? Komu powiesz?
- Powiem waszemu
Sędziemu. Najpierw.
-
Aha... Laughowi.
- Nie jesteś jednak taki pewien, że
wszystko jest w porządku? – zauważyła.
Przełknął nerwowo ślinę.
-
Nigdy nie można mieć pewności. Nigdy.
-
Tak. Nie można. Ale w tym wypadku im szybciej się wie,
tym lepiej...
-
A jeśli nic nie znajdziesz?
-
Przeproszę cię. Za to, że
zajęłam ci zbyt dużo czasu.
Uśmiechnął się lekko.
-
Nie musisz.
-
Nie muszę. Ale powinnam – odpowiedziała również
uśmiechem.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz